Mech: "Rany boskie, panowie, co to za historia?"

rozmowa z Maciejem Januszko, 14  sierpnia 2005

Zawsze podejrzewałem, że Maciej Januszko jest osobą nieprzeciętną, lecz dopiero ta rozmowa przekonała mnie, jak bardzo miałem rację. Okazja do dyskusji nadarzyła się po występie grupy Mech na drugiej edycji HunterFestu w Szczytnie. Udaliśmy się w zaciszne miejsce, abym mógł tam dokładnie zarejestrować cały wywiad i dobrze, że to nagrałem, bo chwilami własnym uszom wierzyć nie mogłem, jak niezwykłe rzeczy i w jak wybitny sposób opowiadał mój rozmówca! Zresztą za chwilę sami się o tym przekonacie.

Moje pierwsze pytanie dotyczyło tego, jak wspomina początki zespołu, które sięgają (według oficjalnych informacji) roku 1977 – na co Maciej, nie wiadomo czemu, wybuchnął śmiechem.

Maciej Januszko: Nie! Słuchaj... Zespół powstał wcześniej. Zaczynaliśmy grać w liceum Rejtana. To była typowa kariera zespołu, takiego jak na całym świecie. W liceum, sala gimnastyczna. Generalnie ludzie powinny zacząć się realizować w wieku takim właśnie szkolnym. No i tak to się działo, a później doszło do studiów, a na studiach działały kluby studenckie.  Problemem było to, że myśmy byli w innym systemie, a te kluby miały wtedy tą olbrzymia zaletę, że przez nie można było kupować sprzęt. Normalnie muzykanta nie było stać na to, żeby kupić sprzęt, żeby się gdzieś zapożyczyć – z jednej prostej przyczyny: bo tego sprzętu nie było! Były jakieś gówna demoludzkich produkcji, ale nawet i one nie były do kupienia w normalnym sklepie, bo nie było normalnych sklepów. No i tak to wyglądało, i dzięki własnemu uporowi graliśmy na jakichś festiwalach. Mokotowska Jesień Muzyczna, dostaliśmy tam jakieś nagrody. To był taki festiwal Domu Kultury na Łowickiej – to dosyć znana sprawa nie tylko lokalnie, bo tam wiele, wiele zespołów grało i działało: De Mono, Wilki które się jeszcze wtedy nazywały Madame, w każdym razie wiele różnych zespołów i muzyków przewijało się, albo przez Dom Kultury na Łowickiej, albo przez jury tego festiwalu. No i właśnie tak zaczęliśmy w tym klubie studenckim i to był właśnie ten ‘77 rok. Jak zaczęliśmy się już przymierzać do grania, to okazało się, że szukają zespołów na Pop Session, na drugą edycję Muzyki Młodej Generacji, bo w pierwszej to same tuzy były: Kombi, Exodus (śmiech). No i myśmy tam wystąpili w drugiej edycji tej imprezy. Wystąpiła również Kasa Chorych – super zespół, bardzo niedoceniona bluesowa kapela, która też przeżyła swój dramat, ponieważ ich frontman, harmonijkarz zmarł – Skiba niejaki, no ale nie zrobiło to większego wrażenia, bo to była normalnie prawdziwa kapela bluesowa, a nie jak jakaś inna, gdzie też tam ktoś umierał, aż filmy o tym robią. On był po prostu zwykłym pijakiem, a nie pseudo-narkomanem. Tam był wtedy jeszcze zespół Res Publica, gdzie Ciechowski grał na flecie, dopiero później został frontmanem i zmienił nazwę na Republika. Śmieszne czasy w ogóle, bardzo takie towarzyskie. Zaczęliśmy grać i nagraliśmy dwie płyty jednego roku, no a potem układy towarzysko-polityczne, które wtedy panowały spowodowały, że przestaliśmy grać. Ja jestem bezkompromisowym człowiekiem i nie chcę wchodzić w jakieś układy, które wtedy było łatwo przekroczyć. To był stan wojenny, to były wiesz lata 80-te. Milicja dawała po mordzie. Włamywali się do domów, dorabiali Ci gęby, no i po co to? A potem jak przyszedł 90-ty rok. Ja wtedy cały czas grałem, chociaż kapela zmieniała skład. Grali z nami wspaniali muzycy, którzy obecnie wszyscy siedzą w Stanach. Grałem również z Jackiem Skubikowskim. Graliśmy różne takie dziwne rzeczy: „Żółta żaba żarła żur”, „Weź to do buzi”, „Daj mi Agato”. Graliśmy striptizy, dancingi, super, rozrywkowo było mocno (śmiech). Cały czas znałem się z Dzikim, no i stwierdziliśmy, że chcemy grać. Dziki jako gitarzysta zaczął opracowywać te nasze starsze numery, no i szukaliśmy ludzi. W pewnym momencie taki był skład, że ja grałem na basie, Dziki na gitarze i bębniarz grał z nami, no i fajnie to wychodziło. No ale niestety ja nie jestem takim basistą jak Najman, który jest jednym z najlepszych jakich kiedykolwiek widziałem. No i tak się ten skład skrystalizował, że gra Dziki, Krzysiek Najman i Piotrek Pawłowski, czyli ‘Posejdon’.

W tym momencie przerwał opowieść, aby zwięźle i półserio podsumować:

Maciej: No i tak staramy się kontynuować karierę, czego niewątpliwym ukoronowaniem jest nasz dzisiejszy występ na HunterFescie – nasz drugi występ. W zeszłym roku graliśmy na samym końcu, po Kulcie, i po prostu tak żeśmy grali, że aż prąd wyłączyli. W tym roku się śmiałem, że gramy tak wcześnie, że nie wiem czy zdążą go włączyć, ale jakoś zdążyli i publiczności się podobało. Zagraliśmy dzisiaj nawet więcej piosenek, niż umiemy – sukces!

Po wysłuchaniu tej niezwykle wyczerpującej opowieści, zapytałem o nowy materiał na kolejna płytę.

Maciej: Płyta jest nagrana, zmasterowana, gotowa do wydania przez firme TC Music – to jest z Katowic, firma związana z MetalMindem – tak że tu promocję mamy o tyle ciekawą, że możemy uczestniczyć w ich produkcjach koncertowych. Graliśmy z Black Label Society, Soufly, a teraz będziemy grali z Kornem na MetalHammer Festival. Więc pod tym względem jest fajnie. Wiesz, możemy się zapoznać chociaż z widownią tych zespołów, bo przecież na nas nie przyjdzie tyle ludzi – chwilowo oczywiście! (śmiech). No i organizacja, widownia, ta cała otoczka, fajnie! Gramy w Spodku, to już nie w kij dmuchał. Wielu ludzi będzie tak rzeźbić po tych małych scenach i tak marzyć, żeby kiedyś może zagrać w takim miejscu, a my tak jakoś płynnie, nie przerywając snu.

Osoba z tak bogatym doświadczeniem scenicznym może nam niejedną ciekawą rzecz opowiedzieć, więc poprosiłem o rozwinięcie tematu koncertów zespołu.

Maciej: My cały czas gramy i to w różnych dziwnych miejscach - gramy dla 20 osób, dla 70, dla 120, dla 3 tysięcy, dla 250 tysięcy. Wiec nas w ogóle interesuje granie jako takie, a wspaniałe są miejsca w Polsce do grania. Małe kluby. Atmosferowo to po prostu nie do opisania. Jest latarnia morska w Kołobrzegu, po prostu nieprawdopodobny klimat i genialni ludzie, którzy to prowadzą. Jest to miejsce maleńkie, ale z taką atmosferą na taką muzykę. W ogóle bardzo lubimy grać, małe imprezy i te duże, bo na tych dużych jest inne uderzenie, ale właśnie te małe imprezy powodują, że człowiek ma kontakt z całą widownią, można się tam pokłócić, pogadać... śmiesznie, no fajnie jest.

Mech zasłynął wiele lat temu wprowadzeniem na scenę, jako jedni z pierwszych w Polsce, kwadrofonię i lasery. Skoro już rozmawialiśmy o koncertach, postanowiłem dowiedzieć się, co mój rozmówca dzisiaj myśli o takich wynalazkach.

Maciej: Wczoraj spotkałem człowieka, który był na takim koncercie w Teatrze Małym, gdzie właśnie te kwadrofonie były, lasery, takie patenty i on specjalnie przyjechał na nasz koncert teraz, a graliśmy w Bralinie, na takim zlocie motocyklistów – oni nas zapraszają. Może nie gramy tam jakichś przebojowych piosenek, takiego typu, jak by to się wydawało. Prawda, że tacy motocykliści, to lubią to, gramy ostro, więc lubią tą atmosferę. Czasami to są poważne osoby, w poważnym wieku, w poważnych skórach, z poważnym budżetem pod dupą, bo taki motor to trochę waży finansowo. No i był tam człowiek, który specjalnie przyjechał dla nas i mówił, że był na tym koncercie w Teatrze Małym, a wtedy Tomasz Stańko grał z nami. W ogóle, te kwadrofonie były super, zdębiałem, to jeszcze ja żyje tak długo, aby coś takiego... no ale jakoś mi się udaje (śmiech). Nie wiem czy będziemy robili takie rzeczy bo to był pomysł efekciarski i chcieliśmy sprawdzić jak to wyjdzie. No ale to Pink Floyd się tym zajmuje, ja byłem na ich koncercie.

W tym momencie przypomniałem Maciejowi, że Pink Floyd niestety już nie koncertuje, co spotkało się ze stanowczym sprzeciwem:

Maciej: No nie wiem, nie wiem. To co na Live 8 pokazali było piorunujące, znakomite – mi się strasznie spodobało! Wyszło czterech gości, jak trzasnęli to tam w ogóle wszyscy się posrali w majtki, super! Gilmour jest jednym z większych gigantów, jeżeli chodzi o gitarę. Jest bardzo honorowany - grał na przykład na koncercie ku czci Les Paul’a. Dla młodszych mogę powiedzieć, że Les Paul to jest facet, który wymyślił tą gitarę. Pracował u Gibsona i był inżynierem, który zbudował gitarę Les Paul. Nazwał ją swoim imieniem i nazwiskiem. Zresztą sam był wybitnym gitarzystą, no i właśnie widziałem taki koncert, gdzie grał Zaak Wylde, Gilmour i Edek Van Halen. Wiec wiesz – to już jest coś! Wydawałoby się, że ten Gilmour to taki tam iiiiiyyy pini piti gryli, a to genialny muzyk!

No i w końcu usłyszałem podsumowanie pomysłu instalowania bardziej zaawansowanych technologii na koncertach:

Maciej: Więc pod tym względem technologii, itd. to chciałoby się tak zagrać koncerty. Full-sala, wszyscy reagują, ale mi się wydaje, że chwilowo nie gramy nic tak wysublimowanego i wysmakowanego – po prostu usiłujemy rąbać równo i dobrze, motorycznie. Mieliśmy kontakt z tą grą Painkiller, gdzie trzeba było nagrać takie riffy i różne dziwne rzeczy, no to tak gramy.

Maciej wspomniał o Zaaku Wyldzie, którego miał kiedyś okazję poznać. Wymusiłem więc kilka słów na ten temat... co oczywiście przyszło mi z wyjątkową łatwością...

Maciej: Byliśmy kiedyś na OzzFescie w Katowicach. Była to bardzo ciekawa sprawa, bo ani jednego dziennikarza nie było. Nie było w ogóle żadnej telewizji. Nikogo to kompletnie nie interesowało. To było coś niesamowitego, tam był Tool, Slayer, no i Ozzy Osbourne z zespołem. Jeszcze w tym składzie mody światowej, z Bordinem i z Trujillo. No i zrobiliśmy u Marka Witkowskiego gitarę, taką malutką kopię gitary Randy Rhoadsa – bo to też nie jest gitara Wylde’a, ta w kółka – to Randy Rhoads, to był pierwszy gitarzysta Ozbourna, który zginął zresztą w 1984 roku w katastrofie lotniczej. No i przywieźliśmy mu taką gitarę. On myślał, że podpis ma złożyć. Na co my: „nie nie, to jest dla Ciebie!”. On pyta: „ale to gra?” Ja na to, że gra! On zaczął grać, mówi: „rany boskie, panowie, co to za historia?” Mówię, że żadna historia, że po prostu mamy taką chęć, zrobić taki prezent. Był bardzo zaskoczony, bardzo sympatycznie to wyszło. Wylde w ogóle, to ma jeden feler. Ma po prostu fatalnego managera, który dba o te gówna, o te kurteczki, te duperelki, breloczki. Oni tak wyglądają,  żeby nikogo nie obrazić, no ale tak małym miastem zalatuje. Są dopracowani w szczegółach, no ale trudno. Teraz jak graliśmy z nimi (z Black Label Society – przyp. td) to też dwa słowa zamieniliśmy, ale to nie jest tak, że się siedzi w garderobie i zaprawia – to jest ciężka robota!

Skoro rozmawialiśmy o gitarzyście Ozziego Osbourna, to zapytałem, co sądzi o częstych porównaniach Mecha do tego artysty.

Maciej: Tak porównują, to z racji głosu i troszeczkę gitarzysty, który tak manierycznie gra, ale powiem, że to wszystko to jeden korzeń po prostu. To wynika z gitarzysty, właśnie z Randy Rhoadsa, to wynika troszkę z Van Halena. Przecież w końcu Zaak Wylde to jest człowiek, który też słucha, a nawet zna tych ludzi. Wiesz, że poddać się wpływom najlepszych, to nie jest nic złego. U nas gitarzyści z reguły będą Ci mówili, ze słuchają Hendrixa, Blackmoura, no i tak też jest – no dajże spokój, to nie są te czasy! Hendrix oczywiście, bardzo fajnie. Claptona można sobie jeszcze posłuchać... i usnąć! No i tak sobie myślę, czy to co robimy jest podobne do Ozziego, czy Black Sabbath? Momentami tak i nas to fascynuje – bawimy się tym, że potrafimy tak zrobić. Była nawet propozycja, żeby coś włączyć do repertuaru, ale powiedziałem „ni cholery, nie chce” – po prostu nie możemy zrobić czegoś takiego, bo wtedy wyjdzie na to, że robimy to specjalnie, a my tak naprawdę po prostu gramy. To gramy Electric Light Orkiestra, ponieważ uważamy, że oni są w prostej linii kontynuatorami Beatlesów, od których wszystko się w muzyce niebluesowej, rockowej zaczęło. Poza tym, przez grzeczność nie przeczę, ale ten Osbourne nieszczęsny, też tych Beatlesów i Beatlesów, tak wiec coś w tym jest.

Jak zrozumiałem, źródłem podobieństwa są wspólne korzenie i inspiracje...

Maciej: No wiesz... bluesowa muzyka, to muzyka czarnych, a swingowa muzyka to jest muzyka białych, to jest jazz – nie ma wiele wspólnego z bluesem. To jest ciekawe zagadnienie. Ale my gramy bardziej swingowo. Van Halen gra swingowo, to jest swingowy gitarzysta, jeżeli go słuchasz, jak tam jeszcze Lee Roth śpiewa, to po prostu same nogi chodzą. To jest właśnie takie wodewilowo-swingowe. To nas bardziej interesuje niż granie bluesa, machanie tą głową, kurcze... i zasnęli. Trzeba umieć, a nie da się tego nauczyć – trzeba to mieć we krwi. Czarni najlepiej grają bluesa, ale nie grają rocka. Jedyny zespół to Living Colours i żaden inny. Pojawiają się tam jacyś rockowcy od czasu do czasu, ale to są nie tyle ułamki, co jakieś jedne-tysięczne, nie mówię oczywiście o Lannym Kravitzu, bo to akurat jest taki czarny, jak ja niebieski. Żyd który udaje Murzyna. Prince’a też trudno uważać za czarnego, to jest jakiś cholera wie, metys nie metys. W każdym bądź razie, w metalu to bardzo rzadko się zdarza. Teraz częściej można się spotkać z takimi ludźmi, z czarnymi muzykami, wiesz dlaczego... Bo to jest efektowne, bo to gadżet. Zespół wchodzi na scenę grać, to nie patrzą jak będą brzmiały instrumenty, tylko jak będą wyglądali. Stąd masz renesans takich gitar Rickenbackera i innych. Swego czasu brzmiały, ale nie przetrwały. W studio i tak grają na Les Paulach i Fenderach, a potem wychodzą na scenę i mają jakieś dziwolągi. No niestety komercja – musi wyglądać.

Mieliśmy jeszcze chwilę czasu, wiec zapytałem o miejsce, w którym się właśnie znajdowaliśmy. Co robi Mech na HunterFescie?

Maciej: Zaproszenie od zespołu Hunter, polega na tym, że w zeszłym roku zaprosili nas tak, że nas policja wygoniła ze sceny, tak wiec wyszło na to, że wiesz... No dobrze, lubimy się, bo jesteśmy w jednej firmie. Graliśmy razem z Soufly’em, więc podejrzewam, że będziemy dalej jakoś współpracować. To fajny zespół. Zresztą Dziki był wielokrotnie na Woodstocku. Ma studio nagrań i nagrywa te Woodstocki. Opracowuje soundtracki, robi DVD. No i tego Huntera to tam już się osłuchałem, bo brałem udział w robieniu ich DVD z Woodstocku. No mają swoją publikę, są dobrze zorganizowani... wiesz, robią taki festiwal! No pogratulować. Może MechFest zrobię w Warszawie – zobaczymy. Tylko jak bym zrobił MechFest, to by grały na nim takie gwiazdy, że my byśmy w ogóle nie zagrali (śmiech). No ale to i tak wszystko OzzFest zainicjował – trudno coś w tej branży wymyślić, ale cieszę się, że się starają i nabrało to takiego wigoru. Już nawet telewizja jest, już media wiedzą, już wszyscy wiedzą, już Polska wie, że warto, że trzeba przyjechać, być tu, no i to tyle.

Tadeusz Bisewski




[ Wróć ]