Hunter: "Będziemy grali, dopóki starczy sił"
rozmowa z Pawłem Grzegorczykiem, 14 sierpnia 2005, Szczytno
HunterFest, bo o tej imprezie mowa, zainteresował nie tylko fanów polskiego rocka, ale również szeroko pojęte media, które licznie zjawiły się na tej imprezie. Oczywiście nie zabrakło wśród nich nas.
Kilka miesięcy wcześniej grupa Hunter, która jest gospodarzem szczycieńskiego rockowiska, wydała swój trzeci studyjny krążek pt. "T.E.L.I.". Ta nowatorska płyta odniosła niemały sukces komercyjny (dotarł do siódmego miejsca Oficjalnej Listy Sprzedaży w Polsce), ale przede wszystkim urzekła fanów pomysłem, siłą i przekazem. Jest jeszcze jeden powód dla którego zdecydowałem się na rozmowę z Drakiem (wokalistą zespołu) w tym właśnie czasie. Na HunterFeście grupa postanowiła świętować dwudziestolecie istnienia! Był piękny koncert, goście, tort i fajerwerki. Poniżej przedstawiam to, co powiedział mi Paweł na kilka godzin przed tą uroczystością.
W zeszłym roku HunterFest odniósł sukces. W tym roku festiwal rozwinął się do edycji dwudniowej. To musi być dla Was wielka satysfakcja.
Drak: Największą satysfakcją by było zrobienie tej imprezy np. czterodniowej, no ale dwa dni to zawsze lepiej niż jeden. Mnóstwo chętnych kapel się zgłosiło i nie wszyscy mogli zagrać. To tylko daje pojęcie o tym, jak wiele zespołów jest w Polsce i tak na prawdę takie festiwale powinny być kilkudniowe, nie tylko dwudniowe. Niektóre kapele będą musiały poczekać do następnego roku, miejmy nadzieję.
Jeśli zgłosiło się tyle zespołów, to powiedz jak wyglądało wybieranie tych najlepszych?
Drak: To było robione w dwojaki sposób. Graliśmy niedawno trasę po Polsce. Powiedzieliśmy sobie, że zaprosimy na HunterFest najciekawsze kapele, które będą nas supportować. Więc spośród tych zespołów, które tutaj grają, część z nich jest wyborem tej trasy. Mnóstwo zespołów przysłało do nas swoje płyty. Głównie trafiały do naszego menadżera, Arka Michalskiego, ponieważ my byliśmy wtedy w trasie. On wybierał spośród tych kapel najciekawsze, oczywiście kierując się tymi zasadami, które sobie na początku postawiliśmy: mają to być kapele ciekawe, oryginalne, mające coś do przekazania, pasujące do koncepcji i idei tego festiwalu. No i wiadomo, że są jeszcze takie zespoły kultowe jak Dezerter lub Hey, które powinny grać na takich festiwalach i dla nas to wielki zaszczyt, że tutaj zagrały.
Dowcip primaaprilisowy chyba się nie udał. Co z gwiazdą zagraniczną?
Drak: Na początku to był dowcip prima aprilisowy, ale gdy zaczęliśmy drążyć temat, okazało się, że taka opcja była całkiem realna. To znaczy byłaby, gdyby nie to, że w tym czasie System Of A Down miał koncerty w Stanach i akurat 14 sierpnia był terminem wolnym, lecz nie zdążyliby przylecieć. Nie sposób było tego logistycznie rozwiązać, ale żart prima aprilisowy nabrał w pewnym momencie dosyć konkretnego kształtu. Walczyliśmy o to, bo to zespół bardzo ważny dla nas i ma wielu fanów w Polsce. Może następnym razem się uda.
Hunter istnieje dwadzieścia lat. Trudno wytrzymać w jednym zespole tyle czasu?
Drak: Były momenty trudne, bo to jest ciężki kawał chleba w tym kraju, ale to jest nasza pasja, kochamy to. Będziemy grali, dopóki starczy sił. W międzyczasie zdarzało się tak, że ktoś po prostu nie dawał rady, bo nie jest lekko. Nie chodzi o trudy koncertowe, czy studyjne, tylko o to, że z takiej muzyki ciężko jest utrzymać się w naszym kraju, a żeby robić coś profesjonalnie to trzeba poświecić temu cały swój wolny czas. Nie może to być hobby. Rzeczywiście czasami jest ciężko.
Planujecie również jesienną trasę koncertową. Jakie atrakcje na tę okazję?
Drak: Atrakcyjne będą na pewno miejsca, w których będziemy grali. Prawdopodobnie wyjedziemy poza nasz kraj. Więc oprócz tego, że zagramy w bardzo ważnych dla nas miastach w Polsce, to zagramy również w zupełnie nowych miejscach. Szykują się koncerty w Kanadzie, w Czechach są rozmowy z czeskim zespołem Arakain. A czy będą atrakcje? Każdy koncert staramy się w jakiś sposób uatrakcyjnić. Nawet jeśli nie jest to show, to w jakiś sposób samym graniem. Podchodzimy indywidualnie do każdego koncertu. Nie istotne jest nawet ile jest ludzi. Czasami bywa tak, że jesteśmy zmęczeni. Dajemy z siebie wszystko, ale czasami fizycznie nie jesteśmy w stanie tego zrobić, tak jak byśmy chcieli. Nie jesteśmy cyborgami. Zdarzają nam się lepsze i słabsze dni, ale zawsze gramy na sto procent, zawsze z całej siły i zawsze z pełnym sercem.
Wydaliście w tym roku płytę pt. "T.E.L.I." Skąd dokładnie pochodzi cytat "Terriblis Est Locus Iste"?
Drak: To łaciński zwrot, który oznacza: "to miejsce jest przerażające". Jest to napis na pewnym kościele w Anglii.
T.E.L.I, czyli "To miejsce jest przerażające". Powiedz mi, w jaki sposób ma oddziaływać na słuchacza płyta o takim tytule. Czy to nie jest zbyt negatywne?
Drak: Myślę, że każdemu interesującemu się tym, w jakim kraju żyjemy, ciężko jest powiedzieć, że jest tutaj dobrze. Cały czas ludzie się zarzynają i to w imię, tak naprawdę, pieniądza. Połączenie na okładce symbolu Boga i to w dodatku masońskiego oraz najbardziej znanego symbolu materializmu, czyli jednodolarówki może być dosyć zaskakujące, lecz ma wydźwięk bardzo negatywny, bo jeżeli pieniądz, czy ropa ma być naszym bogiem, to ja nie chcę takiego boga. Postanowiliśmy podzielić się naszymi spostrzeżeniami na ten temat. Płyta jest mocna tekstowo. Jesteśmy bardzo w to zaangażowani. Nie potrafimy obok takich spraw przechodzić obojętnie. Chcemy o tym śpiewać jak najgłośniej, chociaż wiemy, że nie jest to gwarantem komercyjnego sukcesu (śmiech). Mimo to okazuje się, że coraz więcej ludzi tego słucha. Coraz więcej ludzi ma dosyć i zaczyna szukać, jeżeli nie możliwości naprawienia tego, to przynajmniej ludzi, którzy podobnie myślą, żeby wspólnie jakoś przeżyć to całe pandemonium, które w tej chwili panuje. Najlepszym przykładem jest tegoroczny HunterFest: dwa dni, mnóstwo kapel, mnóstwo fanów. Jest dla kogo grać.
Mówisz, że płyta jest mocna tekstowo, a planujecie wkrótce wydać wersje anglojęzyczną. Czy nie boisz się, że przez angielskie teksty, te utwory stracą na sile?
Drak: Nie. Bardzo dobrze są przetłumaczone. Bardzo pomysłowo. Pomagały nam w tym dwie osoby: Andżelika Piworowicz i Patrycja Tyc. One bardzo mocno się w to zaangażowały i naprawdę były w stanie dobrze te teksty przetłumaczyć. Patrycja dwadzieścia lat spędziła w Stanach i zna myślenie tych ludzi. Dobierała tak słowa, żeby było to dla nich zrozumiałe. Podam Ci przykład: tytuł "Przy wódce" ma dwojakie znaczenie - chodzi o "przy wódce" i "przywódcę". Oczywiście nie ma takiego słowa w języku angielskim, ale jest słowo "lider", które oznacza "przywódca" i słowo "liter", które oznacza "litr", ale wymawia się dokładnie tak samo. Tak wiec jest przetłumaczone idealnie. Wiadomo, że nie wszystko można dosłownie przetłumaczyć, ale sama idea i koncepcja tekstów pozostają bez zmian. Różnice będą minimalne, a gry słowne są tam, gdzie się udały. Powiem Ci szczerze, że jestem bardzo zaskoczony tym, jak dobrze się to udało. Jestem bardzo zadowolony. Bałem się oczywiście, że angielskie wersje stracą na ciosie i poetyckości, ale tak się nie stało. Jeżeli ktoś zna angielski, to na pewno doceni te teksty. A czy zrobią to Amerykanie, czy Anglicy, czy ktokolwiek, kto nie jest polskojęzyczny, to na pewno zostaniemy dobrze zrozumiani.
A czy w warstwie muzycznej płyta będzie się różnić od polskiego oryginału?
Drak: Właściwie nie. Może drobne korekty, urozmaicenia przy miksie. Może uda mi się tam coś jeszcze dograć drobnego, ale to takie kosmetyczne sprawy. Na pewno będzie większy cios. Okazuje się, że język angielski rzeczywiście lepiej brzmi. Polskiego nie można tak bardzo wyciągnąć do przodu, bo w pewnym momencie zabije całą muzykę. Te wszyscy szeleszczące głoski "s", "sz", "cz" itd. Jest to trudne do opanowania. Z kolei, żeby wyrazić i być zrozumianym trzeba to troszeczkę dać głośniej. Więc "T.E.L.I." ma niesamowitego kopa, ale wersja angielska będzie miała jeszcze większego.
Singlem promującym krążek było "Pomiędzy niebem, a piekłem". Zdecydowaliście się na utwór, który wyróżnia się spośród pozostałych.
Drak: Tak. To jest ballada. Każdy zespół metalowy nagrywa balladę. Ten utwór powstał sześć lub siedem lat temu. Tak naprawdę mogliśmy go już nagrać na "Medeis", ale nie było za bardzo koncepcji. Raczej tam nie pasował. Właściwie do tej płyty również nie bardzo pasuje, ale nie uważam, że zrobiliśmy coś niewłaściwego. Jest to fajny utwór, bardzo szczery, trochę autobiograficzny, trochę taki fanowski. Powiem szczerze, że trochę się obawiałem reakcji fanów. Okazało się, że został bardzo pozytywnie przyjęty. Trafiliśmy z nim nawet na trójkową listę Niedźwieckiego, gdy byłem małolatem, to słuchałem tej listy. Wiem, że On nie przepada za metalem, ale to jest utwór bardziej akustyczny, niż metalowy. No ale najważniejsze, że podoba się fanom.
Podobno istnieje alternatywna wersja tego utworu? Czym się różni i kiedy ją usłyszymy?
Drak: Właściwie to mieliśmy pewien dylemat. Bo chcieliśmy ten utwór ujednolicić z resztą płyty, ale okazało się, że on najlepiej brzmi, tak jak powstał, czyli grany na gitarze akustycznej, plus delikatne skrzypce Jelonka. Zrobiliśmy taką wersję psychodeliczną trochę. Dużo elektroniki. Ale nie myśl, że to poszło w stronę jakiegoś techno, to była psychodelia rockowa. Właściwie to piosenka się nie zmieniła, poza tym, ze warstwa muzyczna była inna i przez to troszeczkę nabierała innego charakteru. Próbowaliśmy jakoś to ugryźć, żeby jak najlepiej to brzmiało. Ze trzy takie wersje powstały. Miało to swój urok, ale w końcu wybraliśmy tą wersję najprostszą. Może kiedyś będzie okazja, żeby tamte wersje również zaprezentować.
Próbowaliście również wprowadzić nowe instrumentarium.
Drak: Była opcja na wiolonczele, ale stwierdziliśmy, że Jelonek doskonale to zagra na skrzypcach. On ma tych efektów, tej swojej chemii bardzo dużo. Ale wykorzystaliśmy również dużo innych instrumentów, takich jak moog, który jest właśnie w balladzie. Jest to taki analogowy syntezator dźwięku. Właściwie to ciężko to nazwać keyboardem. Jest to bardzo dziwne urządzenie. Klawiatura ma dosłownie dwie oktawy, więc za dużo na tym nie zagrasz. Natomiast jest oscyloskop, który powoduje, że ten dźwięk jest niesamowity. Nagle nabiera niezwykłego brzmienia. Można na przykład naśladować bzyczenie muchy, które wykorzystaliśmy w "Wersetach". Wykorzystaliśmy dużo akustycznych urządzeń, dżemby, itd. Także urozmaiceń na płycie jest mnóstwo. Idziemy tropem "Medeis", przy czym rozwijamy to jeszcze bardziej. Mimo, że sama muzyka, w warstwie gitarowej, troszeczkę została uproszczona, ale przez to ma większą siłę, jest cięższa ta płyta. Teksty są ciężkie, jest w nich dużo dołu, więc chcieliśmy, aby było również dużo dołu w muzyce. Dlatego przestroiliśmy gitary do chyba najbardziej popularnej tonacji wśród klasyków - c-moll. Większość utworów takich jak "Requiem", czy msze żałobne powstawały w właśnie w tej tonacji. Chcieliśmy również w ten sposób zilustrować teksty muzyką.
Oprócz muzyki interesujecie się również filmem. Czy myśleliście o jakiejś produkcji video? Być może z wykorzystaniem Waszej muzyki?
Drak: Uważam, że gramy muzykę w pewnym sensie ilustracyjną. Teksty, jak i muzyka, często wybiegają poza ramy gatunkowe takiego normalnego metalu, tradycyjnie pojętego. Fajnie było by zrobić do tego kupę obrazów. Mógłby to nawet być bardzo mocny surrealizm, ale wszystko się o pieniądze rozbija. Nie stać nas na to. No chociaż, gdybyśmy mieli sprzęt, to może byśmy sami dali radę, ale to wszystko kosztuje niestety. Pomysłów jest mnóstwo. Bardzo chcielibyśmy to zrobić. Może ktoś, na przykład z jakichś młodych reżyserów, kiedyś się odezwie w tej sprawie. Bardzo chętnie nawiązalibyśmy współpracę z kimś kto pasjonuje się takimi rzeczami lub może robi dyplom. Wydaje mi się, że to jest dosyć wdzięczny materiał. Zarówno "Medeis", jak i "T.E.L.I." - do tego można zrobić fajne klipy, co zresztą w pewnym sensie pokazaliśmy na "Fallen", który był trochę taki parateatralny. To są historie z życia wzięte. Można to przedstawić na wiele różnych sposobów i dają te tematy pole do popisu, chociaż z drugiej strony są to teksty poruszające trudne tematy i podejrzewam, że te teledyski z założenia nie odniosłyby żadnego sukcesu komercyjnego. Byłby to raczej mocny underground. Chociaż większość tych utworów jest chociaż przez fanów uważana za przeboje - pamiętają, śpiewają, lecz przesłanie jest dosyć konkretne i niezbyt lubiane przez media.
Dziękuję za rozmowę i gratuluje dwudziestu lat grania.
Drak: Dzięki!
HunterFest, bo o tej imprezie mowa, zainteresował nie tylko fanów polskiego rocka, ale również szeroko pojęte media, które licznie zjawiły się na tej imprezie. Oczywiście nie zabrakło wśród nich nas.Kilka miesięcy wcześniej grupa Hunter, która jest gospodarzem szczycieńskiego rockowiska, wydała swój trzeci studyjny krążek pt. "T.E.L.I.". Ta nowatorska płyta odniosła niemały sukces komercyjny (dotarł do siódmego miejsca Oficjalnej Listy Sprzedaży w Polsce), ale przede wszystkim urzekła fanów pomysłem, siłą i przekazem. Jest jeszcze jeden powód dla którego zdecydowałem się na rozmowę z Drakiem (wokalistą zespołu) w tym właśnie czasie. Na HunterFeście grupa postanowiła świętować dwudziestolecie istnienia! Był piękny koncert, goście, tort i fajerwerki. Poniżej przedstawiam to, co powiedział mi Paweł na kilka godzin przed tą uroczystością.
W zeszłym roku HunterFest odniósł sukces. W tym roku festiwal rozwinął się do edycji dwudniowej. To musi być dla Was wielka satysfakcja.
Drak: Największą satysfakcją by było zrobienie tej imprezy np. czterodniowej, no ale dwa dni to zawsze lepiej niż jeden. Mnóstwo chętnych kapel się zgłosiło i nie wszyscy mogli zagrać. To tylko daje pojęcie o tym, jak wiele zespołów jest w Polsce i tak na prawdę takie festiwale powinny być kilkudniowe, nie tylko dwudniowe. Niektóre kapele będą musiały poczekać do następnego roku, miejmy nadzieję.
Jeśli zgłosiło się tyle zespołów, to powiedz jak wyglądało wybieranie tych najlepszych?
Drak: To było robione w dwojaki sposób. Graliśmy niedawno trasę po Polsce. Powiedzieliśmy sobie, że zaprosimy na HunterFest najciekawsze kapele, które będą nas supportować. Więc spośród tych zespołów, które tutaj grają, część z nich jest wyborem tej trasy. Mnóstwo zespołów przysłało do nas swoje płyty. Głównie trafiały do naszego menadżera, Arka Michalskiego, ponieważ my byliśmy wtedy w trasie. On wybierał spośród tych kapel najciekawsze, oczywiście kierując się tymi zasadami, które sobie na początku postawiliśmy: mają to być kapele ciekawe, oryginalne, mające coś do przekazania, pasujące do koncepcji i idei tego festiwalu. No i wiadomo, że są jeszcze takie zespoły kultowe jak Dezerter lub Hey, które powinny grać na takich festiwalach i dla nas to wielki zaszczyt, że tutaj zagrały.
Dowcip primaaprilisowy chyba się nie udał. Co z gwiazdą zagraniczną?
Drak: Na początku to był dowcip prima aprilisowy, ale gdy zaczęliśmy drążyć temat, okazało się, że taka opcja była całkiem realna. To znaczy byłaby, gdyby nie to, że w tym czasie System Of A Down miał koncerty w Stanach i akurat 14 sierpnia był terminem wolnym, lecz nie zdążyliby przylecieć. Nie sposób było tego logistycznie rozwiązać, ale żart prima aprilisowy nabrał w pewnym momencie dosyć konkretnego kształtu. Walczyliśmy o to, bo to zespół bardzo ważny dla nas i ma wielu fanów w Polsce. Może następnym razem się uda.
Hunter istnieje dwadzieścia lat. Trudno wytrzymać w jednym zespole tyle czasu?
Drak: Były momenty trudne, bo to jest ciężki kawał chleba w tym kraju, ale to jest nasza pasja, kochamy to. Będziemy grali, dopóki starczy sił. W międzyczasie zdarzało się tak, że ktoś po prostu nie dawał rady, bo nie jest lekko. Nie chodzi o trudy koncertowe, czy studyjne, tylko o to, że z takiej muzyki ciężko jest utrzymać się w naszym kraju, a żeby robić coś profesjonalnie to trzeba poświecić temu cały swój wolny czas. Nie może to być hobby. Rzeczywiście czasami jest ciężko.
Planujecie również jesienną trasę koncertową. Jakie atrakcje na tę okazję?
Drak: Atrakcyjne będą na pewno miejsca, w których będziemy grali. Prawdopodobnie wyjedziemy poza nasz kraj. Więc oprócz tego, że zagramy w bardzo ważnych dla nas miastach w Polsce, to zagramy również w zupełnie nowych miejscach. Szykują się koncerty w Kanadzie, w Czechach są rozmowy z czeskim zespołem Arakain. A czy będą atrakcje? Każdy koncert staramy się w jakiś sposób uatrakcyjnić. Nawet jeśli nie jest to show, to w jakiś sposób samym graniem. Podchodzimy indywidualnie do każdego koncertu. Nie istotne jest nawet ile jest ludzi. Czasami bywa tak, że jesteśmy zmęczeni. Dajemy z siebie wszystko, ale czasami fizycznie nie jesteśmy w stanie tego zrobić, tak jak byśmy chcieli. Nie jesteśmy cyborgami. Zdarzają nam się lepsze i słabsze dni, ale zawsze gramy na sto procent, zawsze z całej siły i zawsze z pełnym sercem.
Wydaliście w tym roku płytę pt. "T.E.L.I." Skąd dokładnie pochodzi cytat "Terriblis Est Locus Iste"?
Drak: To łaciński zwrot, który oznacza: "to miejsce jest przerażające". Jest to napis na pewnym kościele w Anglii.
T.E.L.I, czyli "To miejsce jest przerażające". Powiedz mi, w jaki sposób ma oddziaływać na słuchacza płyta o takim tytule. Czy to nie jest zbyt negatywne?
Drak: Myślę, że każdemu interesującemu się tym, w jakim kraju żyjemy, ciężko jest powiedzieć, że jest tutaj dobrze. Cały czas ludzie się zarzynają i to w imię, tak naprawdę, pieniądza. Połączenie na okładce symbolu Boga i to w dodatku masońskiego oraz najbardziej znanego symbolu materializmu, czyli jednodolarówki może być dosyć zaskakujące, lecz ma wydźwięk bardzo negatywny, bo jeżeli pieniądz, czy ropa ma być naszym bogiem, to ja nie chcę takiego boga. Postanowiliśmy podzielić się naszymi spostrzeżeniami na ten temat. Płyta jest mocna tekstowo. Jesteśmy bardzo w to zaangażowani. Nie potrafimy obok takich spraw przechodzić obojętnie. Chcemy o tym śpiewać jak najgłośniej, chociaż wiemy, że nie jest to gwarantem komercyjnego sukcesu (śmiech). Mimo to okazuje się, że coraz więcej ludzi tego słucha. Coraz więcej ludzi ma dosyć i zaczyna szukać, jeżeli nie możliwości naprawienia tego, to przynajmniej ludzi, którzy podobnie myślą, żeby wspólnie jakoś przeżyć to całe pandemonium, które w tej chwili panuje. Najlepszym przykładem jest tegoroczny HunterFest: dwa dni, mnóstwo kapel, mnóstwo fanów. Jest dla kogo grać.
Mówisz, że płyta jest mocna tekstowo, a planujecie wkrótce wydać wersje anglojęzyczną. Czy nie boisz się, że przez angielskie teksty, te utwory stracą na sile?
Drak: Nie. Bardzo dobrze są przetłumaczone. Bardzo pomysłowo. Pomagały nam w tym dwie osoby: Andżelika Piworowicz i Patrycja Tyc. One bardzo mocno się w to zaangażowały i naprawdę były w stanie dobrze te teksty przetłumaczyć. Patrycja dwadzieścia lat spędziła w Stanach i zna myślenie tych ludzi. Dobierała tak słowa, żeby było to dla nich zrozumiałe. Podam Ci przykład: tytuł "Przy wódce" ma dwojakie znaczenie - chodzi o "przy wódce" i "przywódcę". Oczywiście nie ma takiego słowa w języku angielskim, ale jest słowo "lider", które oznacza "przywódca" i słowo "liter", które oznacza "litr", ale wymawia się dokładnie tak samo. Tak wiec jest przetłumaczone idealnie. Wiadomo, że nie wszystko można dosłownie przetłumaczyć, ale sama idea i koncepcja tekstów pozostają bez zmian. Różnice będą minimalne, a gry słowne są tam, gdzie się udały. Powiem Ci szczerze, że jestem bardzo zaskoczony tym, jak dobrze się to udało. Jestem bardzo zadowolony. Bałem się oczywiście, że angielskie wersje stracą na ciosie i poetyckości, ale tak się nie stało. Jeżeli ktoś zna angielski, to na pewno doceni te teksty. A czy zrobią to Amerykanie, czy Anglicy, czy ktokolwiek, kto nie jest polskojęzyczny, to na pewno zostaniemy dobrze zrozumiani.
A czy w warstwie muzycznej płyta będzie się różnić od polskiego oryginału?
Drak: Właściwie nie. Może drobne korekty, urozmaicenia przy miksie. Może uda mi się tam coś jeszcze dograć drobnego, ale to takie kosmetyczne sprawy. Na pewno będzie większy cios. Okazuje się, że język angielski rzeczywiście lepiej brzmi. Polskiego nie można tak bardzo wyciągnąć do przodu, bo w pewnym momencie zabije całą muzykę. Te wszyscy szeleszczące głoski "s", "sz", "cz" itd. Jest to trudne do opanowania. Z kolei, żeby wyrazić i być zrozumianym trzeba to troszeczkę dać głośniej. Więc "T.E.L.I." ma niesamowitego kopa, ale wersja angielska będzie miała jeszcze większego.
Singlem promującym krążek było "Pomiędzy niebem, a piekłem". Zdecydowaliście się na utwór, który wyróżnia się spośród pozostałych.
Drak: Tak. To jest ballada. Każdy zespół metalowy nagrywa balladę. Ten utwór powstał sześć lub siedem lat temu. Tak naprawdę mogliśmy go już nagrać na "Medeis", ale nie było za bardzo koncepcji. Raczej tam nie pasował. Właściwie do tej płyty również nie bardzo pasuje, ale nie uważam, że zrobiliśmy coś niewłaściwego. Jest to fajny utwór, bardzo szczery, trochę autobiograficzny, trochę taki fanowski. Powiem szczerze, że trochę się obawiałem reakcji fanów. Okazało się, że został bardzo pozytywnie przyjęty. Trafiliśmy z nim nawet na trójkową listę Niedźwieckiego, gdy byłem małolatem, to słuchałem tej listy. Wiem, że On nie przepada za metalem, ale to jest utwór bardziej akustyczny, niż metalowy. No ale najważniejsze, że podoba się fanom.
Podobno istnieje alternatywna wersja tego utworu? Czym się różni i kiedy ją usłyszymy?
Drak: Właściwie to mieliśmy pewien dylemat. Bo chcieliśmy ten utwór ujednolicić z resztą płyty, ale okazało się, że on najlepiej brzmi, tak jak powstał, czyli grany na gitarze akustycznej, plus delikatne skrzypce Jelonka. Zrobiliśmy taką wersję psychodeliczną trochę. Dużo elektroniki. Ale nie myśl, że to poszło w stronę jakiegoś techno, to była psychodelia rockowa. Właściwie to piosenka się nie zmieniła, poza tym, ze warstwa muzyczna była inna i przez to troszeczkę nabierała innego charakteru. Próbowaliśmy jakoś to ugryźć, żeby jak najlepiej to brzmiało. Ze trzy takie wersje powstały. Miało to swój urok, ale w końcu wybraliśmy tą wersję najprostszą. Może kiedyś będzie okazja, żeby tamte wersje również zaprezentować.
Próbowaliście również wprowadzić nowe instrumentarium.
Drak: Była opcja na wiolonczele, ale stwierdziliśmy, że Jelonek doskonale to zagra na skrzypcach. On ma tych efektów, tej swojej chemii bardzo dużo. Ale wykorzystaliśmy również dużo innych instrumentów, takich jak moog, który jest właśnie w balladzie. Jest to taki analogowy syntezator dźwięku. Właściwie to ciężko to nazwać keyboardem. Jest to bardzo dziwne urządzenie. Klawiatura ma dosłownie dwie oktawy, więc za dużo na tym nie zagrasz. Natomiast jest oscyloskop, który powoduje, że ten dźwięk jest niesamowity. Nagle nabiera niezwykłego brzmienia. Można na przykład naśladować bzyczenie muchy, które wykorzystaliśmy w "Wersetach". Wykorzystaliśmy dużo akustycznych urządzeń, dżemby, itd. Także urozmaiceń na płycie jest mnóstwo. Idziemy tropem "Medeis", przy czym rozwijamy to jeszcze bardziej. Mimo, że sama muzyka, w warstwie gitarowej, troszeczkę została uproszczona, ale przez to ma większą siłę, jest cięższa ta płyta. Teksty są ciężkie, jest w nich dużo dołu, więc chcieliśmy, aby było również dużo dołu w muzyce. Dlatego przestroiliśmy gitary do chyba najbardziej popularnej tonacji wśród klasyków - c-moll. Większość utworów takich jak "Requiem", czy msze żałobne powstawały w właśnie w tej tonacji. Chcieliśmy również w ten sposób zilustrować teksty muzyką.
Oprócz muzyki interesujecie się również filmem. Czy myśleliście o jakiejś produkcji video? Być może z wykorzystaniem Waszej muzyki?
Drak: Uważam, że gramy muzykę w pewnym sensie ilustracyjną. Teksty, jak i muzyka, często wybiegają poza ramy gatunkowe takiego normalnego metalu, tradycyjnie pojętego. Fajnie było by zrobić do tego kupę obrazów. Mógłby to nawet być bardzo mocny surrealizm, ale wszystko się o pieniądze rozbija. Nie stać nas na to. No chociaż, gdybyśmy mieli sprzęt, to może byśmy sami dali radę, ale to wszystko kosztuje niestety. Pomysłów jest mnóstwo. Bardzo chcielibyśmy to zrobić. Może ktoś, na przykład z jakichś młodych reżyserów, kiedyś się odezwie w tej sprawie. Bardzo chętnie nawiązalibyśmy współpracę z kimś kto pasjonuje się takimi rzeczami lub może robi dyplom. Wydaje mi się, że to jest dosyć wdzięczny materiał. Zarówno "Medeis", jak i "T.E.L.I." - do tego można zrobić fajne klipy, co zresztą w pewnym sensie pokazaliśmy na "Fallen", który był trochę taki parateatralny. To są historie z życia wzięte. Można to przedstawić na wiele różnych sposobów i dają te tematy pole do popisu, chociaż z drugiej strony są to teksty poruszające trudne tematy i podejrzewam, że te teledyski z założenia nie odniosłyby żadnego sukcesu komercyjnego. Byłby to raczej mocny underground. Chociaż większość tych utworów jest chociaż przez fanów uważana za przeboje - pamiętają, śpiewają, lecz przesłanie jest dosyć konkretne i niezbyt lubiane przez media.
Dziękuję za rozmowę i gratuluje dwudziestu lat grania.
Drak: Dzięki!
Tadeusz Bisewski
