Roman Kostrzewski: "Wypada mi przeprosić naszych metalowych przyjaciół"
rozmowa z Romanem Kostrzewskim, 1 grudnia 2004
To ważny okres dla Romana Kostrzewskiego i zespołu KAT. Wokalista żegna się ze swoim zespołem, gdy część grupy twierdzi, że już dawno go w nim nie ma! Wiele w tym niedomówień i sprzecznych informacji. Części faktów nie wyjaśniła nawet bezpośrednia rozmowa z Romkiem. Poniższy wywiad porusza również inne kwestie z wieloletniej kariery artysty. Oto co zdradził nam (były) wokalista formacji KAT!
Jesteś w trakcie "trasy pożegnalnej". Powiedz jednak, jak wspominasz początki śpiewania w Kacie.
Roman: Sympatycznie. To dla mnie był czas życiowych przemian, a i w kraju co nie co się działo, więc tym łatwiej było znaleźć tematy do pisania. W przeciwieństwie do wielu komentatorów tamtych czasów, ja sięgnąłem po tematy, które trochę później okazały się na czasie. Kapelę wówczas rozsadzał entuzjazm do tego stopnia, że pomimo iż zdarzało się grać dla garstki kolegów, a na scenie fajczył się sprzęt, to zachowywaliśmy dobry humor.
Czy od zdarzyło się coś, co szczególnie utkwiło Ci w pamięci?
Roman: W społeczeństwie utarło się przekonanie, że artyści mają klawo, albowiem ich życiowy hedonizm przekłada się na jajcarskie życie. I jest w tym podejrzeniu sporo racji. Tym bardziej trudno z tego życiowego bałaganu wyłuskać to naj, naj. Może w trakcie wywiadu coś chlapnę.
Graliście przed wieloma światowymi gwiazdami metalu. Jak wspominasz te koncerty i Wasz udział w nich?
Roman: Osobiście szczególnie ciepło wspominam trasę z Hanoi Rocks. To dla wielu raczej nieznany band, lecz w owym okresie, a mówimy tu o 1985 roku, kapela miała wzięcie z uwagi na żywiołowe zachowanie na scenie, no i niebanalny skład. Dzień koncertowy w większości spędzany w wesołym autokarze przesączony był whisky, sączonej z butelki i zielem, które z uwagi na sporą ilość, trzeba było palić w wałeczkach wielkości hawajskiego cygara. Przystanęliśmy na godzinkę przy jednej z nielicznych wówczas przydrożnych knajp i gdy rozgościliśmy się w ogródku, w którym akurat odbywały się poprawiny po jakimś weselu, szybko doszło do integracji. Hulanka trwała z dobrą godzinę, po czym zapakowaliśmy się do autokaru i jazda dalej. Gdzieś po godzinie, gdy majowy świt rozjaśnił wnętrze, zauważyliśmy brak gitarzysty Andiego McCoy-a. Zapadła szybka i jedynie słuszna decyzja - wracamy! Oczywiście mena znaleźliśmy. Szedł miarowo środkiem jezdni, bez butów lecz jak zwykle w kapeluszu, kwiecistej koszuli, świecących gaciach i z butelką w dłoni . Był uśmiechnięty pomimo, krążących opowieści o białych niedźwiedziach. Tak, ta kapela wiele nas nauczyła (śmiech).
Czy trudno ustalić pożegnalny repertuar? Czym się kierowaliście w doborze utworów do setu?
Roman: Poczuciem estetyki i piękna, a mniej poważnie to tęsknotą do fikuśnej dynamiki, żeby nam się to granie nie znudziło i publiczności również.
Postawiliście też na coś nowego - gracie akustycznie!
Roman: To raczej fragment koncertu, ale potwierdzający wcześniejszą wypowiedź. Stało się to możliwe także dzięki sprawności manualnej gitarzystów. Myślę, że słuchacze przyjęli ten moment jako artystyczna formę wypoczynku na koncercie, a jeśli tak, to dobrze, że nie zasnęli.
Ukazało się DVD "Somewhere In Poland". Czy mógłbyś opowiedzieć o tym wydawnictwie?
Roman: Katowi ta produkcja się przydała dla zobrazowania fragmentu historii polskiej muzy metalowej. Pod tym względem a także artystycznym wyszło to fajnie. Przyznaję jednak, że w czasie przed i po-koncertowym, byłem gorącym fanem Dziewicy... hm muzycznej dodajmy.
Wasza ekipa telewizyjna zarejestrowała również koncert zespołu Iron Maiden na Mystic Festival. Czy wiadomo Ci może o jakichś planach wykorzystania tych materiałów?
Roman: W łóżku?... Żartuję. Niestety nic o tym fakcie nie wiem.
Wróćmy do sprawy najważniejszej aktualnie - to pożegnalne koncerty z KATem. Czy mógłbyś sprecyzować dlaczego rozstajesz się z zespołem?
Roman: O tym piszę na swojej stronie internetowej (www.roman-kostrzewski.com.pl - przyp. td.). Tutaj wypada mi przeprosić naszych metalowych przyjaciół za ten cały bajzel.
Czy słyszałeś o planach ponownego nagrania "Oddechu wymarłych światów"?
Roman: Oj, to raczej nie jest mój plan wydawniczy. Fakt, szkoda tego tytułu i niedobrze, że sprawa nie znajduje polubownego rozwiązania i chociaż to trudny temat, to wierzę, że może kiedyś...
Czy jest wg Ciebie ktoś, kto mógłby Cię zastąpić w zespole, bądź na wspomnianym krążku?
Roman: Modne są klony, lecz nie polecam, mam paskudny charakter i nie wyobrażam sobie jak można chcieć mnie zastępować. Na drugi biegun tego pytania przypłynęła jednak kwestia związana z moim stosunkiem do rodzimych wokalistów i tu muszę potwierdzić, że nie brak talentów i jeśli mogę skorzystać z okazji to czarująco ich pozdrawiam.
Co po tej trasie. Jakie plany na przyszłość?
Roman: Na koncertach informuję wszystkich o dwóch sferach moich zainteresowań. Zabawy ze sobą w ramach projektów solowych oraz z kolegami z zespołu, aby móc kontynuować grę identyfikującej się szerszej publiczności z tym, co prezentował Kat. Nad projektami pracuję równolegle, więc zważywszy, że nie zamierzamy zrezygnować z występów powoduje, że mamy troszeczkę pracy. Cieszę, że wokół nas powoli gęstnieje atmosfera życzliwości, co oczywiście zobowiązuje. Z tego zobowiązania będziemy się starali wywiązać z filingiem i serduchem, a nie publicznie wyrażonym kontraktem więc powinno być OK.
To ważny okres dla Romana Kostrzewskiego i zespołu KAT. Wokalista żegna się ze swoim zespołem, gdy część grupy twierdzi, że już dawno go w nim nie ma! Wiele w tym niedomówień i sprzecznych informacji. Części faktów nie wyjaśniła nawet bezpośrednia rozmowa z Romkiem. Poniższy wywiad porusza również inne kwestie z wieloletniej kariery artysty. Oto co zdradził nam (były) wokalista formacji KAT!Jesteś w trakcie "trasy pożegnalnej". Powiedz jednak, jak wspominasz początki śpiewania w Kacie.
Roman: Sympatycznie. To dla mnie był czas życiowych przemian, a i w kraju co nie co się działo, więc tym łatwiej było znaleźć tematy do pisania. W przeciwieństwie do wielu komentatorów tamtych czasów, ja sięgnąłem po tematy, które trochę później okazały się na czasie. Kapelę wówczas rozsadzał entuzjazm do tego stopnia, że pomimo iż zdarzało się grać dla garstki kolegów, a na scenie fajczył się sprzęt, to zachowywaliśmy dobry humor.
Czy od zdarzyło się coś, co szczególnie utkwiło Ci w pamięci?
Roman: W społeczeństwie utarło się przekonanie, że artyści mają klawo, albowiem ich życiowy hedonizm przekłada się na jajcarskie życie. I jest w tym podejrzeniu sporo racji. Tym bardziej trudno z tego życiowego bałaganu wyłuskać to naj, naj. Może w trakcie wywiadu coś chlapnę.
Graliście przed wieloma światowymi gwiazdami metalu. Jak wspominasz te koncerty i Wasz udział w nich?
Roman: Osobiście szczególnie ciepło wspominam trasę z Hanoi Rocks. To dla wielu raczej nieznany band, lecz w owym okresie, a mówimy tu o 1985 roku, kapela miała wzięcie z uwagi na żywiołowe zachowanie na scenie, no i niebanalny skład. Dzień koncertowy w większości spędzany w wesołym autokarze przesączony był whisky, sączonej z butelki i zielem, które z uwagi na sporą ilość, trzeba było palić w wałeczkach wielkości hawajskiego cygara. Przystanęliśmy na godzinkę przy jednej z nielicznych wówczas przydrożnych knajp i gdy rozgościliśmy się w ogródku, w którym akurat odbywały się poprawiny po jakimś weselu, szybko doszło do integracji. Hulanka trwała z dobrą godzinę, po czym zapakowaliśmy się do autokaru i jazda dalej. Gdzieś po godzinie, gdy majowy świt rozjaśnił wnętrze, zauważyliśmy brak gitarzysty Andiego McCoy-a. Zapadła szybka i jedynie słuszna decyzja - wracamy! Oczywiście mena znaleźliśmy. Szedł miarowo środkiem jezdni, bez butów lecz jak zwykle w kapeluszu, kwiecistej koszuli, świecących gaciach i z butelką w dłoni . Był uśmiechnięty pomimo, krążących opowieści o białych niedźwiedziach. Tak, ta kapela wiele nas nauczyła (śmiech).
Czy trudno ustalić pożegnalny repertuar? Czym się kierowaliście w doborze utworów do setu?
Roman: Poczuciem estetyki i piękna, a mniej poważnie to tęsknotą do fikuśnej dynamiki, żeby nam się to granie nie znudziło i publiczności również.
Postawiliście też na coś nowego - gracie akustycznie!
Roman: To raczej fragment koncertu, ale potwierdzający wcześniejszą wypowiedź. Stało się to możliwe także dzięki sprawności manualnej gitarzystów. Myślę, że słuchacze przyjęli ten moment jako artystyczna formę wypoczynku na koncercie, a jeśli tak, to dobrze, że nie zasnęli.
Ukazało się DVD "Somewhere In Poland". Czy mógłbyś opowiedzieć o tym wydawnictwie?
Roman: Katowi ta produkcja się przydała dla zobrazowania fragmentu historii polskiej muzy metalowej. Pod tym względem a także artystycznym wyszło to fajnie. Przyznaję jednak, że w czasie przed i po-koncertowym, byłem gorącym fanem Dziewicy... hm muzycznej dodajmy.
Wasza ekipa telewizyjna zarejestrowała również koncert zespołu Iron Maiden na Mystic Festival. Czy wiadomo Ci może o jakichś planach wykorzystania tych materiałów?
Roman: W łóżku?... Żartuję. Niestety nic o tym fakcie nie wiem.
Wróćmy do sprawy najważniejszej aktualnie - to pożegnalne koncerty z KATem. Czy mógłbyś sprecyzować dlaczego rozstajesz się z zespołem?
Roman: O tym piszę na swojej stronie internetowej (www.roman-kostrzewski.com.pl - przyp. td.). Tutaj wypada mi przeprosić naszych metalowych przyjaciół za ten cały bajzel.
Czy słyszałeś o planach ponownego nagrania "Oddechu wymarłych światów"?
Roman: Oj, to raczej nie jest mój plan wydawniczy. Fakt, szkoda tego tytułu i niedobrze, że sprawa nie znajduje polubownego rozwiązania i chociaż to trudny temat, to wierzę, że może kiedyś...
Czy jest wg Ciebie ktoś, kto mógłby Cię zastąpić w zespole, bądź na wspomnianym krążku?
Roman: Modne są klony, lecz nie polecam, mam paskudny charakter i nie wyobrażam sobie jak można chcieć mnie zastępować. Na drugi biegun tego pytania przypłynęła jednak kwestia związana z moim stosunkiem do rodzimych wokalistów i tu muszę potwierdzić, że nie brak talentów i jeśli mogę skorzystać z okazji to czarująco ich pozdrawiam.
Co po tej trasie. Jakie plany na przyszłość?
Roman: Na koncertach informuję wszystkich o dwóch sferach moich zainteresowań. Zabawy ze sobą w ramach projektów solowych oraz z kolegami z zespołu, aby móc kontynuować grę identyfikującej się szerszej publiczności z tym, co prezentował Kat. Nad projektami pracuję równolegle, więc zważywszy, że nie zamierzamy zrezygnować z występów powoduje, że mamy troszeczkę pracy. Cieszę, że wokół nas powoli gęstnieje atmosfera życzliwości, co oczywiście zobowiązuje. Z tego zobowiązania będziemy się starali wywiązać z filingiem i serduchem, a nie publicznie wyrażonym kontraktem więc powinno być OK.
Tadeusz Bisewski
