Hey: "Mam totalny odjazd na słowa"
rozmowa z Kasią Nosowską, 7 sierpnia 2004
Drewniane schody przed garderobą zespołu Hey. Z otwartego okna słychać następny zespół imprezy - to już chyba Hunter. Cóż, poczeka. Witający mnie uśmiech Kasi zapowiada niezwykle miłą rozmowę. Jeszcze tylko wciskam przycisk "record" na dyktafonie i przechodzę do jednego z najmilszych punktów mojego tegorocznego planu HunterFestu. Poniżej przedstawiam jego efekty.
Zagraliście dzisiaj na HunterFescie. Jak Wam się podoba taka impreza nad mazurskimi jeziorami?
Kasia: Okoliczności towarzyszące, jeśli chodzi o przyrodę, są ujmujące. W ogóle imprezy plenerowe, które odbywają się gdzieś w takiej bezpośredniej styczności np. z wodą są doskonałe.
Ostatnio daliście kilka koncertów w Czechach. Jak Was przyjmuje czeska publiczność?
Kasia: Powiedziałabym, że o dziwo wspaniale. (uśmiech)
Planujecie dalsze kroki na tym rynku?
Kasia: Praktycznie takie kroki wykonujemy od dwóch, czy trzech lat. Nie sądzę, żeby w tej sytuacji nastąpił jakiś zauważalny progres. Na pewno nie podbijemy czeskiego rynku i nie będziemy tam mega-gwiazdami. To jest dość hermetyczny rynek. Nastawiony na zupełnie inną muzykę. Tam naprawdę sprzedają się śladowe ilości płyt, bo to jest mały kraj. Natomiast myślę, że na pewno możemy liczyć na grupę osób, nie wiem dokładnie jak liczną, które już mają nasze płyty. Które za każdym razem, gdy pojawiamy się gdzieś w okolicy ich miejsca zamieszkania, chętnie przychodzą na nasze koncerty. Odbierają tą muzykę, powiedziałabym, bardziej podprogowo. Na pewno w Czechach nie wszyscy rozumieją nasze teksty, natomiast intuicyjnie starają się poprzestawać z nami.
Podobno boicie się grać w Warszawie i Szczecinie – czy to prawda?
Kasia: Ogólnie, ja się boje wszędzie grać. Stres towarzyszy mi, w takim poważnym nasileniu, właściwie wszędzie. Natomiast Szczecin jest niewdzięcznym miastem do grania, ponieważ to jest nasze miasto rodzinne i jednocześnie miasto, z którego wyjechaliśmy ładnych parę lat temu. Na dobrą sprawę nie jestem zameldowana w Szczecinie od roku. Jest taka opcja, która nakazuje uruchamiać taki mechanizm „obrażalstwa” w sytuacji, w której ktoś wyrasta na gruncie danego miasta, po czym na drodze pewnej mentalnej aborcji ucieka stamtąd. Przenosi się gdzie indziej. Aczkolwiek, nie ukrywam, że publiczność bardzo ciepło nas przyjmuje. To nie jest taki problem, że szydzą z nas, czy wygwizdują. Natomiast stres jest poważny. To jest tak, jakby wystąpić w domu, przed rodziną.
Na koncertach gracie stare kawałki w nowych, bardzo ciekawych, aranżacjach. Czy istnieją plany zarejestrowania tych nowych wersji i wydania w jakiś sposób?
Kasia: Niektóre z tych wersji już funkcjonują na krążku koncertowym. To nie są zupełnie nowe rzeczy. Te aranżacje zostały specjalnie przygotowane na potrzeby płyty koncertowej. Było to spowodowane również tym, że w miarę otwarta, ogólnie na życie, osoba nie jest w stanie otaczać się tymi samymi przedmiotami, tymi samymi dźwiękami przez całą wieczność. Więc po trzynastu latach grania my sami potrzebowaliśmy delikatnej odmiany, żeby na nowo się ekscytować tym co robimy.
Na tegorocznym Przystanku Woodstock nagrywaliście materiał pod DVD. Kiedy można się spodziewać płyty?
Kasia: Podobno jeszcze w tym roku.
Wystąpiłaś dwukrotnie na tegorocznym Woodstocku. Raz z grupą Dezerter. Jak Ci się współpracuje z nimi?
Kasia: Uwielbiam z nimi grać. Moje korzenie, choć trudno w to uwierzyć, są stricte punkrockowe. Nie ukrywam, że dawno, dawno temu, byłam mocno zaangażowana w obcowanie z tego rodzaju muzyką. Było to dla mnie szalenie istotne. Dezerter był takim zespołem, który odcisnął na mnie poważne piętno. Tutaj się zachowuje jak taka nastoletnia fanka. To, że jadę z nimi samochodem, że jemy razem wegetariańskie posiłki na stacjach benzynowych i potem jeszcze z nimi występuje, śpiewam te piosenki, które znam z zupełnie innej strony, ze strony odbiorcy. To jest dla mnie poważna nobilitacja.
Jakiś czas temu wspólna trasa z nimi. Teraz gościnnie na Woodstocku. Planujecie coś na przyszłość, może nowe wspólne kawałki?
Kasia: Nie wiem. To jest tak, że Krzysiek (Grabowski – przyp. td), który tam się zajmuje pisaniem tekstów powiedział, że jeżeli kiedyś napisze tekst, o którym będzie myślał w takich kategoriach, że powinna go wykonywać kobieta, bo treść będzie dopasowana do kobiecej ekspresji, to na pewno to zarejestrujemy. Natomiast, póki co, na nowej płycie Dezertera nie było takich sytuacji.
Współpracowałaś nie tylko z Dezerterem. Również z Kukizem, Przemyk, Kazikiem... wieloma innymi artystami. Czy jest ktoś jeszcze, z kim chciałabyś zaśpiewać?
Kasia: Ja ogólnie się nie wzbraniam przed śpiewaniem. Teraz zanosi się na to, że zaśpiewam z zupełnie młodym zespołem, ale naprawdę świetnym, z Łodzi, który nazywa się Power Of Trinity. Oni grali właśnie z Dezerterem część trasy. Jest to świetny zespół. Mają doskonałego wokalistę, wręcz nieprawdopodobnego. Zaprosili mnie do zaśpiewania jednego utworu. Bardzo mi się podoba ten pomysł i chcę to zrobić. Natomiast tak ogólnie, myślę, że takie rzeczy się klarują w miarę spontanicznie. Ja nigdy nie planuje tego typu akcji. Tak naprawdę, gdybym miała powiedzieć, z kim maksymalnie chciałabym zaśpiewać, myślę, że to by była artystka PJ Harvey z zagranicy.
Może duet z Zalefem?
Kasia: Nie sądzę, żeby on w tej chwili potrzebował tego rodzaju współpracy. On sobie tak świetnie radzi. Naprawdę. Ma takie parcie na granie i tak bardzo jest w tym szczery i bezkompromisowy, że myślę, że on sobie spokojnie poradzi.
Jak doszło do współpracy między Wami? Do sytuacji w której piszesz teksty tak młodemu wykonawcy?
Kasia: Po prostu zadzwonił któregoś dnia. Ja pisanie tekstów traktuje w dwojaki sposób. Z jednej strony interesuje mnie dążenie do pewnego ideału, który sobie wyznaczyłam, a od którego jestem baaardzo daleko. Natomiast obcowanie ze słowem interesuje mnie na wszystkich możliwych poziomach. Uwielbiam czytać. Uwielbiam osoby, które żonglują słowami, w jakiś taki zacny sposób. Mam totalny odjazd na słowa. W ogóle na literaturę, na wszystko, co się z tym wiąże. Wiec, każda okazja, żeby się w po raz setny wypowiedzieć, może nieco odmiennie, jest dla mnie totalnie interesująca. A nie ukrywam, że jest sporym wyzwaniem napisać teksty dla osoby tak młodej jak Zalef, tak totalnie młodej. W dodatku mężczyzny. Który ma bardzo określone pragnienie jeśli chodzi o swój wizerunek artystyczny. Będąc jednocześnie osobą, która ma 32 lata. To jest ogromne wyzwanie.
Czy powstaje jakiś nowy materiał?
Kasia: Teraz robię swoją solową płytę. Hey jeszcze parę miesięcy będzie tylko koncertował, a za nową płytę zabierzemy się pewnie latem przyszłego roku.
W radiowej Trójce powiedziałaś, że planujesz nagrać płytę z minimalnym instrumentarium...
Kasia: No właśnie, kurcze... zawsze się źle kończy jak człowiek pisze scenariusze przyszłych wydarzeń. Jeśli chodzi o moja solową płytę, to miałam przynajmniej pięć różnych planów. W rezultacie nagram płytę, o której wszyscy mówią mi, że jest szalenie eklektyczna.
Drewniane schody przed garderobą zespołu Hey. Z otwartego okna słychać następny zespół imprezy - to już chyba Hunter. Cóż, poczeka. Witający mnie uśmiech Kasi zapowiada niezwykle miłą rozmowę. Jeszcze tylko wciskam przycisk "record" na dyktafonie i przechodzę do jednego z najmilszych punktów mojego tegorocznego planu HunterFestu. Poniżej przedstawiam jego efekty.Zagraliście dzisiaj na HunterFescie. Jak Wam się podoba taka impreza nad mazurskimi jeziorami?
Kasia: Okoliczności towarzyszące, jeśli chodzi o przyrodę, są ujmujące. W ogóle imprezy plenerowe, które odbywają się gdzieś w takiej bezpośredniej styczności np. z wodą są doskonałe.
Ostatnio daliście kilka koncertów w Czechach. Jak Was przyjmuje czeska publiczność?
Kasia: Powiedziałabym, że o dziwo wspaniale. (uśmiech)
Planujecie dalsze kroki na tym rynku?
Kasia: Praktycznie takie kroki wykonujemy od dwóch, czy trzech lat. Nie sądzę, żeby w tej sytuacji nastąpił jakiś zauważalny progres. Na pewno nie podbijemy czeskiego rynku i nie będziemy tam mega-gwiazdami. To jest dość hermetyczny rynek. Nastawiony na zupełnie inną muzykę. Tam naprawdę sprzedają się śladowe ilości płyt, bo to jest mały kraj. Natomiast myślę, że na pewno możemy liczyć na grupę osób, nie wiem dokładnie jak liczną, które już mają nasze płyty. Które za każdym razem, gdy pojawiamy się gdzieś w okolicy ich miejsca zamieszkania, chętnie przychodzą na nasze koncerty. Odbierają tą muzykę, powiedziałabym, bardziej podprogowo. Na pewno w Czechach nie wszyscy rozumieją nasze teksty, natomiast intuicyjnie starają się poprzestawać z nami.
Podobno boicie się grać w Warszawie i Szczecinie – czy to prawda?
Kasia: Ogólnie, ja się boje wszędzie grać. Stres towarzyszy mi, w takim poważnym nasileniu, właściwie wszędzie. Natomiast Szczecin jest niewdzięcznym miastem do grania, ponieważ to jest nasze miasto rodzinne i jednocześnie miasto, z którego wyjechaliśmy ładnych parę lat temu. Na dobrą sprawę nie jestem zameldowana w Szczecinie od roku. Jest taka opcja, która nakazuje uruchamiać taki mechanizm „obrażalstwa” w sytuacji, w której ktoś wyrasta na gruncie danego miasta, po czym na drodze pewnej mentalnej aborcji ucieka stamtąd. Przenosi się gdzie indziej. Aczkolwiek, nie ukrywam, że publiczność bardzo ciepło nas przyjmuje. To nie jest taki problem, że szydzą z nas, czy wygwizdują. Natomiast stres jest poważny. To jest tak, jakby wystąpić w domu, przed rodziną.
Na koncertach gracie stare kawałki w nowych, bardzo ciekawych, aranżacjach. Czy istnieją plany zarejestrowania tych nowych wersji i wydania w jakiś sposób?
Kasia: Niektóre z tych wersji już funkcjonują na krążku koncertowym. To nie są zupełnie nowe rzeczy. Te aranżacje zostały specjalnie przygotowane na potrzeby płyty koncertowej. Było to spowodowane również tym, że w miarę otwarta, ogólnie na życie, osoba nie jest w stanie otaczać się tymi samymi przedmiotami, tymi samymi dźwiękami przez całą wieczność. Więc po trzynastu latach grania my sami potrzebowaliśmy delikatnej odmiany, żeby na nowo się ekscytować tym co robimy.
Na tegorocznym Przystanku Woodstock nagrywaliście materiał pod DVD. Kiedy można się spodziewać płyty?
Kasia: Podobno jeszcze w tym roku.
Wystąpiłaś dwukrotnie na tegorocznym Woodstocku. Raz z grupą Dezerter. Jak Ci się współpracuje z nimi?
Kasia: Uwielbiam z nimi grać. Moje korzenie, choć trudno w to uwierzyć, są stricte punkrockowe. Nie ukrywam, że dawno, dawno temu, byłam mocno zaangażowana w obcowanie z tego rodzaju muzyką. Było to dla mnie szalenie istotne. Dezerter był takim zespołem, który odcisnął na mnie poważne piętno. Tutaj się zachowuje jak taka nastoletnia fanka. To, że jadę z nimi samochodem, że jemy razem wegetariańskie posiłki na stacjach benzynowych i potem jeszcze z nimi występuje, śpiewam te piosenki, które znam z zupełnie innej strony, ze strony odbiorcy. To jest dla mnie poważna nobilitacja.
Jakiś czas temu wspólna trasa z nimi. Teraz gościnnie na Woodstocku. Planujecie coś na przyszłość, może nowe wspólne kawałki?
Kasia: Nie wiem. To jest tak, że Krzysiek (Grabowski – przyp. td), który tam się zajmuje pisaniem tekstów powiedział, że jeżeli kiedyś napisze tekst, o którym będzie myślał w takich kategoriach, że powinna go wykonywać kobieta, bo treść będzie dopasowana do kobiecej ekspresji, to na pewno to zarejestrujemy. Natomiast, póki co, na nowej płycie Dezertera nie było takich sytuacji.
Współpracowałaś nie tylko z Dezerterem. Również z Kukizem, Przemyk, Kazikiem... wieloma innymi artystami. Czy jest ktoś jeszcze, z kim chciałabyś zaśpiewać?
Kasia: Ja ogólnie się nie wzbraniam przed śpiewaniem. Teraz zanosi się na to, że zaśpiewam z zupełnie młodym zespołem, ale naprawdę świetnym, z Łodzi, który nazywa się Power Of Trinity. Oni grali właśnie z Dezerterem część trasy. Jest to świetny zespół. Mają doskonałego wokalistę, wręcz nieprawdopodobnego. Zaprosili mnie do zaśpiewania jednego utworu. Bardzo mi się podoba ten pomysł i chcę to zrobić. Natomiast tak ogólnie, myślę, że takie rzeczy się klarują w miarę spontanicznie. Ja nigdy nie planuje tego typu akcji. Tak naprawdę, gdybym miała powiedzieć, z kim maksymalnie chciałabym zaśpiewać, myślę, że to by była artystka PJ Harvey z zagranicy.
Może duet z Zalefem?
Kasia: Nie sądzę, żeby on w tej chwili potrzebował tego rodzaju współpracy. On sobie tak świetnie radzi. Naprawdę. Ma takie parcie na granie i tak bardzo jest w tym szczery i bezkompromisowy, że myślę, że on sobie spokojnie poradzi.
Jak doszło do współpracy między Wami? Do sytuacji w której piszesz teksty tak młodemu wykonawcy?
Kasia: Po prostu zadzwonił któregoś dnia. Ja pisanie tekstów traktuje w dwojaki sposób. Z jednej strony interesuje mnie dążenie do pewnego ideału, który sobie wyznaczyłam, a od którego jestem baaardzo daleko. Natomiast obcowanie ze słowem interesuje mnie na wszystkich możliwych poziomach. Uwielbiam czytać. Uwielbiam osoby, które żonglują słowami, w jakiś taki zacny sposób. Mam totalny odjazd na słowa. W ogóle na literaturę, na wszystko, co się z tym wiąże. Wiec, każda okazja, żeby się w po raz setny wypowiedzieć, może nieco odmiennie, jest dla mnie totalnie interesująca. A nie ukrywam, że jest sporym wyzwaniem napisać teksty dla osoby tak młodej jak Zalef, tak totalnie młodej. W dodatku mężczyzny. Który ma bardzo określone pragnienie jeśli chodzi o swój wizerunek artystyczny. Będąc jednocześnie osobą, która ma 32 lata. To jest ogromne wyzwanie.
Czy powstaje jakiś nowy materiał?
Kasia: Teraz robię swoją solową płytę. Hey jeszcze parę miesięcy będzie tylko koncertował, a za nową płytę zabierzemy się pewnie latem przyszłego roku.
W radiowej Trójce powiedziałaś, że planujesz nagrać płytę z minimalnym instrumentarium...
Kasia: No właśnie, kurcze... zawsze się źle kończy jak człowiek pisze scenariusze przyszłych wydarzeń. Jeśli chodzi o moja solową płytę, to miałam przynajmniej pięć różnych planów. W rezultacie nagram płytę, o której wszyscy mówią mi, że jest szalenie eklektyczna.
Tadeusz Bisewski

