George Dorn Screams: "Co taki zespół, jak my, może osiągnąć?"

rozmowa z Radkiem Maciejewskim, 10 sierpnia 2009

Wbrew retorycznemu pytaniu, jakie zadał Radek Maciejewski w trakcie rozmowy, okazuje się, że wciąż pojawiają się nowe cele do osiągnięcia. Gdy zaś te się realizują, to na koncie zapisać można kolejne sukcesy. O kilku elementach tego cyklu w historii grupy George Dorn Screams dowiedzieć się możecie z poniższej rozmowy.

Zapytana o „Jerzego Dorna” wyszukiwarka Google podpowiada kilka rozwiązań, ale wszystkie wyglądają równie nieprawdopodobnie. Czy można uchylić rąbka tajemnicy?

To już stara historia. Sięga początków naszego grania, kiedy jeszcze spotykaliśmy się w trójkę (Tomek, Wojtek i ja). Tomek przyniósł pomysł na nazwę. To normalny moment dla każdego zespołu i kiedyś trzeba podjąć decyzję. Wtedy akurat Tomek był pod ogromnym wrażeniem Trylogii Illuminatus! – serii trzech powieści Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona. To satyryczna, postmodernistyczna powieść przygodowa z elementami fantastyki. Jednym z głównych bohaterów jest właśnie George Dorn. I krzyczy, bo się boi. Jeżeli ktoś chce wiedzieć więcej, niech wstąpi w jakiś dzień do biblioteki.

Wasz debiut z 2006 roku odbił się należnym mu echem w mediach i uznaniem ze strony organizatorów imprez, jak i zdobyciem licznej rzeszy fanów. Przekroczonych zostało wiele granic – utwory w radiu, występy w telewizji. Co chcielibyście osiągnąć dzięki drugiej płycie?

Pytanie, co taki zespół, jak my, może jeszcze osiągnąć? Najważniejsze jest to, aby dalej robić swoje, być konsekwentnym. Druga płyta jest trudniejsza, trzeba jej poświęcić jeszcze więcej uwagi, niż Snow Lovers Are Dancing. Zainteresowanie jest podobne, znaleźliśmy się wszędzie, gdzie to tylko możliwe i zebraliśmy całkiem dobre recenzje. Oczywiście nie obyło się bez trudnych odpowiedzi na pytanie, czy zespół obronił się przed słynnym symptomem drugiej płyty. Ale to już nie nam oceniać. Wydaje mi się, że zrobiliśmy swoje. Materiał powstawał dwa lata i doczekał się wyśmienitej produkcji. Na sam koniec znaleźliśmy wydawcę. Wreszcie możemy zająć się wyłącznie graniem. I chyba bardziej myślimy już o trzeciej płycie, niż o tym, co miała lub jeszcze powinna osiągnąć druga.

Jednak nie wszystko udało się osiągnąć. Czy ubolewacie nad tym, że nie zostaliście Bydgoszczaninem Roku?

Nie, zależało nam jedynie na paszporcie polityki (śmiech). A tak poważnie, to sama nominacja i liczba uzyskanych głosów była dla nas czymś bardzo ważnym. Tym bardziej, że nie pasowaliśmy za bardzo do tego konkursu. To był wtedy dla nas niezwykły rok i fakt, że dziennikarze nas nominowali obok chociażby Pawła Łysaka, dyrektora Teatru Polskiego, był ogromną nobilitacją. A rok później Łysak otrzymał paszport polityki (śmiech).

Nowy materiał nagrywaliście w Dallas. Jak doszło do współpracy z Johnem Congletonem? Domyślam się, że chętnych do pracy z nim jest wielu – dlaczego wybrał Was?

Congleton zazwyczaj nie przyjmuje propozycji współpracy od zespołów europejskich. Jedyną szansą na dostanie się do jego studia pozostaje więc zaproszenie. Nam się udało to dosyć przypadkowo, graliśmy wspólny koncert w bydgoskim klubie Mózg z jego zespołem The Paper Chase. Wymieniliśmy się płytami, kilka miesięcy później odezwał się z propozycją współpracy. Niemożliwe stało się osiągalne - dzięki wsparciu finansowemu władz naszego rodzinnego miasta i sponsorów udało się zrealizować nasze marzenie. Sesja nagraniowa z Johnem i uzyskanie idealnego brzmienia dla nowych piosenek było najlepszą rzeczą, jaka mogła nas wtedy spotkać.

Jak ta współpraca wyglądała? Jak oceniacie tego faceta i jego wkład w nowy materiał?

To świetny facet. Zajebiście otwarty, sympatyczny, jak mało kto. I przede wszystkim absolutny profesjonalista, genialny realizator. Nie dziwi mnie, dlaczego jako młody producent współpracował już w takimi legendami, jak chociażby Modest Mouse czy Explosions In The Sky. Dla niego sesja zespołu rockowego to przede wszystkim nagrywanie na żywo, bez sztucznego klejenia śladów. To słychać w jego realizacjach. Nie ingeruje w kompozycje, mieliśmy pełną swobodę artystyczną. Wiedział, o co nam chodzi, nie musieliśmy prawie w ogóle dyskutować. „Jak chcecie, żeby brzmiały bębny?” - spytał. „Naturalnie”. To wystarczyło, żebyśmy zabrzmieli tak, jak marzyliśmy od samego początku. Nie ma nad czym się długo rozwodzić, jego sposób myślenia i forma pracy to absolutnie najwyższa, światowa półka.

Wyjazd do Stanów w celu nagrania materiału z uznanym producentem wymaga sporych nakładów finansowych – jak radzicie sobie z tym problemem? Co się zmieniło pod tym względem od czasów płyty debiutanckiej?

Tak jak wspomniałem, niezbędne jest wsparcie z zewnątrz. Budżet drugiego albumu był ogromny. W chwili otrzymania zaproszenia od Johna, nie mieliśmy nic. Nawet wydawcy, który mógłby nam pomóc sfinansować produkcję. Mieliśmy 8 miesięcy na to, żeby się zorganizować. Przez ten czas udało nam się uzyskać pomoc z Urzędu Miasta, pozyskaliśmy sponsora. Zarabialiśmy, grając liczne koncerty, mimo że zamierzaliśmy zrobić sobie przerwę i skupić się wyłącznie na komponowaniu. Na sam koniec pomogła nam wytwórnia. Mieliśmy jednak pieniądze tylko na loty i sesję nagraniową. Dwa tygodnie w Dallas musieliśmy przeżyć za własne oszczędności. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to było karkołomne. Ale udało się i to jest najważniejsze. The Car Is On Fire wkrótce po nas dogadali się z Johnem McEntire'em i nagrali nowy album w Chicago. To jest kolejna, może nawet i jeszcze bardziej rewelacyjna historia. Oby takich coraz więcej, to naprawdę dobrze zrobi polskiej scenie muzycznej.

Między ukazaniem się kolejnych płyt minęły trzy lata. W jaki sposób okres ten wpłynął na Waszą twórczość. Jak Wy się zmieniliście, jak zmieniła się Wasza muzyka?

Naturalnie. Jeżeli prześledzisz uważnie, każdy zespół na świecie przechodzi pewne zmiany. Czas pomiędzy tymi płytami był dla nas bardzo intensywny, zagraliśmy mnóstwo koncertów, zorganizowaliśmy duży, międzynarodowy festiwal. Gdzieś pomiędzy tymi zajęciami był czas na komponowanie. Na pewno coś się zmieniło, trzy lata to naprawdę szmat czasu dla młodego zespołu. Mimo wszystko nie uważam, żebyśmy mocno odeszli od brzmienia i konwencji debiutu. Dopiero zaczynamy komponowanie materiału na trzeci album, jednak już teraz mogę zagwarantować, że to dopiero będzie ewolucja. Może nie rewolucja, ale ewolucja na pewno. Materiał na O'Malley's Bar powstawał dwa lata, przez co ciągnie za sobą jeszcze pierwsze pomysły i patenty. Następna płyta może być już zupełnie inna. Jesteśmy starsi, bardziej doświadczeni, gramy ze sobą coraz więcej. I jak każdy człowiek na świecie, potrzebujemy zmian. To przekłada się także na granie.

W styczniu ogłosiliście konkurs na teledysk do nowego singla Cul-De-Sac. To ciekawa propozycja interakcji z Waszymi fanami, czy lecz nie stoi gdzieś za tym odrobina „lenistwa”?

To była propozycja MySpace Polska i naszej wytwórni i po prostu wydała nam się ciekawa. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, z tego co wiem, MySpace Polska wycofało się z inicjatywy. My jednak niebawem prawdopodobnie wrócimy do tego pomysłu, ale już na własną rękę.

Wielu twórców traktuje swoją działalność „całościowo” i osobiście odpracowuje każdy szczegół – okładki, plakaty, WWW, itp. Czy zlecenie klipu fanom jest oznaką odmiennego spojrzenia na własną twórczość? Gdzie dokładnie znajdują się granice Waszej działalności, a gdzie opieracie się na kimś z zewnątrz?

My również w dużej mierze działamy kompleksowo. Sami zajmujemy się okładkami płyt, projektami plakatów czy prowadzeniem serwisów internetowych. Przez ostatnie trzy lata sami też organizowaliśmy trasy koncertowe, no i największe nasze przedsięwzięcie – urzeczywistnienie sesji nagraniowej w Dallas. Za teledysk jednak sami nie chcemy się brać, ponieważ chyba nikt z nas nie ma po prostu do tego głowy, ani umiejętności. Do 69 Moles klip nakręcił nasz dobry znajomy i uznany filmowiec, Marcin Sauter. Ale to była jego propozycja, po prostu chciał się tym zająć. Obecnie staramy się skoncentrować przede wszystkim na samym graniu, dlatego też podjęliśmy współpracę z wytwórnią, zaś naszym menadżerem został nasz przyjaciel, aby nas trochę odciążyć. Jednak sporo rzeczy pozostaje nadal na naszej głowie. I dobrze, w końcu to nasz zespół (śmiech).

Nie znajdziemy Was w zestawieniu OLiS, ale Polska jest przecież dużym krajem i zainteresowanie szeroko pojętą alternatywą wydaje się spore – tyle, że trudno to jakoś policzyć. Czy jako jeden z czołowych zespołów
polskiej alternatywy moglibyście zdradzić w jakim nakładzie można w naszym kraju sprzedać dobrą płytę?

Nie chciałbym się na ten temat długo rozwodzić. Ale to nie jest chyba dla nikogo żadną tajemnicą, że w małym. W Polsce nie ma w ogóle zwyczaju kupowania płyt, a co dopiero z muzyką alternatywną. W dodatku od kilku lat zaczyna dominować Internet.

Część zespołu była organizatorem jednej z ciekawszych imprez zeszłego roku (Low Fi Festival). Dlaczego nie doczekaliśmy się tegorocznej edycji?

Z kilku powodów. Oczywiście najważniejsze dla takiej imprezy są finanse. Po prostu nie ma w tym roku pieniędzy na zorganizowanie kolejnej edycji festiwalu. Z drugiej strony musimy trochę odpocząć. Myślę, że pomysł na kontynuowanie Low Fi Festival wróci w przyszłym roku, ponieważ szkoda byłoby zmarnować potencjał, jaki udało się zbudować poprzez dwie dotychczasowe edycje. Szczególnie klubowe wydanie 2008 było ogromnym, artystycznym sukcesem. Naprawdę, poziom koncertów był wyśmienity. Życzyłbym sobie więcej takich wydarzeń w moim rodzinnym mieście, dlatego chyba spróbuję z przyjaciółmi raz jeszcze. Pozostaje tylko pytanie, kiedy.

rozmawiał Tadeusz Bisewski

| More


[ Wróć ]