The Dark Side Of The Moon [1973]
Ten album to historia muzyki rockowej! Bez wątpienia najważniejszy w dorobku grupy. Owszem, nie ma tu błogich, delikatnych partii gitary jak w Shine On You Crazy Diamond z Wish You Were Here. Nie ma tu również koncepcji na miarę The Wall. Co właściwie jest tu najważniejsze, trudno określić. Może teksty Rogera, genialne melodie, linie wokalne i partie instrumentów, perfekcyjny montaż, całościowa koncepcja i jej realizacja. Taki opis brzmi sucho, ale gdy staje się piękną muzyką, gdy nie pojmujemy geniuszu jej twórców, staje się ideałem, w którym nie potrafimy znaleźć słabego momentu, staje się wzorem, którego nikt już nie doścignie!Bicie serca, tykanie zegara, krzyk - takie odgłosy wprowadzają nas na ciemną stronę księżyca. "Oddychaj głęboko..." (tymi słowami rozpoczyna się Breathe), bo przed Tobą trzy kwadranse największych muzycznych przeżyć, jakie być może kiedykolwiek doświadczysz Słuchaczu! Cudownie jest tej płyty nie znać i odkrywać po kolei każdy jej szczegół. Najpierw jednak należy znieść przytłaczające uderzenie tzw. "pierwszego efektu", lecz dalsze badanie jej zawartości to prawdziwa rozkosz.
On The Run to dziwny twór narodzony z syntezatorów, brzmieniowo nie przypominający niczego z dorobku grupy, a jednak wyśmienicie prezentujący się w tym miejscu płyty. Pędzące bliżej nieokreślone dźwięki to ilustracja naszego tempa życia i zapewne jednocześnie upływającego czasu, o którym szerzej w następnej kompozycji Time. Rozpoczyna się szalonym biciem dzwonów, dzwonków i dzwoneczków - ten piękny i początkowo wstrząsający dźwiękowy kolaż jest autorstwa Alana Parsona (później lider Alan Parsons Project), realizatora dźwięku w Studio B na Abbey Road. Muzycy często zostawiali go samego z niedokończonym materiałem, zwłaszcza gdy w telewizji leciał mecz piłki nożnej lub odcinek Latającego Cyrku Monty Pythona. Wtedy Alan brał sprawy w swoje ręce, a Floydom przedstawiał gotowe propozycje. Jest on również odpowiedzialny za jakże istotne w tym albumie brzmienie. To właśnie jemu udało się osiągnąć kompromis między ostrym i energicznym zacięciem, a łagodną i delikatną harmonią. The Great Gig In The Sky było właściwie nieszczególną melodią Wrighta, dopóki w studio nie pojawiła się piosenkarka Clare Tory. Swą wokalizą nadała temu utworowi wręcz magiczną otoczkę. Z kolei Money magicznym nazwać to zbyt mało. Ta melodia wpada w ucho po pierwszym takcie, a z wydostaniem się z niego ma olbrzymie problemy. Lecz wykorzystany basowy riff nie był całkiem nowy. Powstał już w 1969 roku, gdy telewizja BBC zamówiła u Pink Floyd muzykę do zilustrowania historycznego lądowania człowieka na Księżycu. Nic dziwnego, że ten motyw musiał zostać wykorzystany na jego ciemnej stronie. Tutaj również słyszymy coś zupełnie nowego dla Pink Floyd, a mianowicie saksofon. Zagrał na nim przyjaciel grupy Dick Parry. Zaproszenie tego zupełnie nieznanego i mało profesjonalnego muzyka było pomysłem Gilmoura. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Żaden fachowy muzyk sesyjny nie zagrałby w tak surowy sposób.
W muzykę wplecione zostały wypowiedzi pracowników Abbey Road i muzyków aktualnie tam przebywających. Dodają one płycie bardzo tajemniczego, wręcz mistycznego klimatu. Pewnego dnia Roger napisał około dwudziestu pytań na kartkach i rozwiesił je po całym studiu. Były one bardzo różnorodne, przykładowo: "Co znaczą dla ciebie słowa: ciemna strona Księżyca?", "Kiedy ostatni raz zachowałeś się gwałtownie?". Wpuszczani do środka ludzie przechodzili od pytania do pytania odpowiadając po kolei na każde z nich. Wśród tych osób był m.in. Paul McCartney i cała formacja Wings. Byli oni jednak zbyt ostrożni i nieufni, aby powiedzieć coś ciekawego i godnego wykorzystania na płycie. Najciekawsze kwestie wyszły z ust portiera Jerry'ego Driscolla, który wypowiedział kluczowe dla płyty słowa: "Zawsze byłem szalony. Szalony jak większość z nas...", "Tak naprawdę nie ma żadnej ciemnej strony Księzyca. W rzeczywistości panuje ciemność...".
Mało by brakowało, a płyta nosiłaby zupełnie odmienny tytuł (Eclipse - A piece For Assorted Lunatics), bowiem w tym samym czasie grupa Medicine Head nazwała swój krążek dokładnie tak samo jak planowali Floydzi. Na szczęście ich płyta okazała się strasznym niewypałem i zespół mógł spokojnie powrócić do intrygującej nazwy: Ciemna strona Księżyca.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
