Rammstein (Katowice 2009)

27 listopada, Katowice, Spodek

Zważając na famę, jaka towarzyszy koncertom Rammsteina, trudno się dziwić, że pomimo braku rewelacji, związanych z ostatnim albumem Liebe Ist Fur Alle Da, już poranne pociągi do Katowic dnia 27 listopada przepełnione były międzynarodowym tłumem w barwach R+. Jakkolwiek zastój w rozwoju muzycznym może być dla potencjalnego słuchacza nużący, tak fajerwerki i cyrkowe popisy zawsze będą atrakcyjne dla potencjalnego widza, nawet jeśli miał okazję oglądać je kilka razy wcześniej- co tylko świadczy o doskonałej jakości scenicznego show niemieckich muzyków. Zwłaszcza w obecnej dobie chłopców z grzywkami, smętnie uczepionych swych mikrofonów.

Miasto Katowice oczywiście było doskonale przygotowane na nagły najazd Rammturystyki – wszędzie widniały zapowiedzi gigu, a większość klubów ogłaszała afterparty po koncercie; co poniektóre nawet porwały się na chwyt marketingowy, obiecując naiwnym fanom obecność członków zespołu na imprezie.

Już na wiele godzin przed otworzeniem bramek, wszystkie miejsca parkingowe, nawet kilka przecznic od Spodka, były pozajmowane przez wehikuły o zaskakujących nieraz rejestracjach. Na płycie dało się słyszeć entuzjastyczne głosy zarówno ze Wschodu, jak i Zachodu, i nikt nie narzekał na brak alkoholu, zakaz palenia papierosów, czy standartowo spóźniający się support. Za to masakra rozpoczęła się już przy pierwszych dźwiękach Combichrist, której to formacji fani znajdowali się tuż pod sceną i zapragnęli dać upust swemu uwielbieniu, nie bacząc na prawne konsekwencje swoich czynów. Postawiona przed możliwością zagrożenia życia Autorka została tym samym zmuszona do odwrotu i usytuowania swej skromnej osoby w takim miejscu, z którego będzie miała widoczność na scenę. Na szczęście, w sobie tylko znany sposób udało się jej to osiągnąć.

O występie Combichrist wiele powiedzieć nie może, nie tylko ze względu na toczoną w tym czasie walkę o przetrwanie, lecz także zwykły brak zainteresowania twórczością wymalowanych panów, wykrzykujących coś o śmierci i seksie w rytm dość prymitywnego łomotu. „Brzmi jak Rammstein”, mógłby się ktoś przyczepić do tegoż opisu. I miałby rację, jednak różnica polega zarówno na klasie, z jaką czynią to obydwa zespoły, oraz – jak po raz kolejny udowodnili Niemcy – prezentacji owych treści.

Till Lindemann i spółka przebili się na scenę przez dekorację za pomocą kilofów i pił mechanicznych, co już na wstępie zbudowało wesołą i pozytywną atmosferę. Pierwszym zagranym utworem był, jak łatwo było wykalkulować, sztandarowy Rammlied, co jednak można zespołowi wybaczyć ze względu na jego sztandarowość właśnie w kontekście promocji nowej płyty, oraz jakość wykonania. Rammstein zaprezentował nie tylko kawałki z nowej płyty, ale także znane i lubiane przez wszystkich fanów i bywalców koncertów hity, takie jak Keine Lust, czy Feuer Frei!. Pirotechniczno-cyrkowe popisy w wykonaniu samych członków zespołu jak zwykle robiły – dosłownie i w przenośni – piorunujące wrażenie. Nadal trudno się nadziwić odwadze i braku kontuzji wśród artystów, nadających komunikaty poprzez buchające płomieniami megafony, czy poczciwemu Flake’owi, po raz kolejny przemierzającemu w swym pontonie morze rąk rozszalałych fanów, tym razem przy akompaniamencie Haifish. Klawiszowiec został na dodatek uprzednio spalony przez Lindemanna podczas wykonania utworu Ich Tu Dir Weh, a paląc się zdążył zmienić strój na swój słynny syreni kostium, w którym resztę koncertu – kiedy oczywiście nie był zajęty pływaniem w pontonie – dzielnie maszerował przy swoim instrumencie. Trzeba przyznać, że wielu muzyków młodszych od niego nie byłoby w stanie podjąć podobnego wyzwania.      

Pomijając całą gamę wybuchów i popisów mistrzów oświetlenia, wyjątkowo pomysłowym motywem były także spuszczane na linach laleczki, szperające wśród publiczności laserowymi oczami (rzeczywiście przyprawiające o ciarki) oraz armata w kształcie penisa, na której wokalista jeździł wzdłuż sceny podczas wykonania oczekiwanego przez większą część publiczności hitu Pussy. Jak się okazuje, poprzez ten prosty, ale jakże rozbrajający zabieg, udało się muzykom wybrnąć z aż nazbyt – nawet w ich konwencji – prostackiego singla.

Zespół zagrał dwa bisy, z którego ostatnim był klasyczny już hit Engel, do którego Till Lindemann przyodział metalowe, buchające ogniem skrzydła, jakby podsumowując w ten sposób bajkowe królestwo kiczu, w jaki na ten jeden wieczór zostali przeniesieni fani Rammsteina. Występ zawierał w sobie doskonale zbalansowaną dawkę przaśnego humoru, makabry, uroczo naiwnego symbolizmu oraz z iście niemiecką precyzją dopracowanych tricków. Jeśli więc nagrywanie słabych płyt ma służyć muzykom jako pretekst do tak świetnych tras koncertowych – niech nagrywają cokolwiek!

Aleksandra Molak

| More


[ Wróć ]