Planet X (Wrocław 2009)
10 października 2009, WrocławCzy jeśli chcesz stworzyć jak najbardziej chory zespół instrumentalny na świecie, to masz szanse na sukces? Czy jeśli chcesz, żeby Twoi muzycy budzili swoją grą strach w sercach innych, to liczysz na uznanie? Czy jeśli perkusista twojego zespołu jest nazywany kosmitą, to ten zespół ma szansę na status gwiazdy? Trzy razy tak jeśli nazywasz się Derek Sherinian, a twój zespół to Planet X.
Tak, proszę państwa. Ten szaleńczy pomysł by muzyka budziła strach, a twoi kompani byli chorymi pomyleńcami sprawdził się. Planet X to niezwykła, ciężka, nie najłatwiejsza w odbiorze muzyka kilku perfekcjonistów. Derek Sherinian znany głównie z Dream Theater, Virgil Donati uważany za jednego z najlepszych perkusistów świata i Tony ManAlpine zjawiskowy gitarzysta. To trio, wspomagane przez nowego basistę, zagrało w Polsce trzy koncerty w ramach Międzynarodowego Festiwalu Perkusyjnego Eventus.
Warto wspomnieć, że koncerty w Opolu, Wrocławiu i Katowicach były ich jedynymi w tym roku występami w Europie, gdyż muzycy odwołali całą swoją trasę.
Na wrocławskim koncercie, na którym miałem okazję zagościć, zespół nie zezwolił na robienie zdjęć, a także na rejestrowanie koncertu, tym bardziej więc szkoda, że frekwencja do najwyższych nie należała. Ci którzy byli, komentowali koncert półsłówkami – „kosmos!”, „rewelacja!”, „geniusz!”. A ci których zabrakło, mają czego żałować – był to bowiem prawdziwy popis wirtuozerii, majstersztyk umiejętności, kunszt najwyższej próby. Nie tylko moc, łomot, siła i ekspresja, ale też fantastyczne melodie (o tak!) i piękne pasaże organowe Dereka. Ale przede wszystkim solówki! Kilkuminutowe spektakle na jednego aktora – każdy miał okazję zaprezentować to w czym jest najlepszy – najpierw bas, potem Sherinian z organami, sprawiający jednak wrażenie stojącego gdzieś w cieniu. Nie afiszował się, nie „kozaczył” i może trochę szkoda, bo przyznam, że na niego liczyłem najbardziej. Mam wrażenie że dał tylko próbkę swojej gry i nie pokazał wszystkiego. Ale dalej było już tylko lepiej. I jeśli powiedzieć, że MacAlpine wyczyniał cuda z gitarą, to jak określić to, co zrobił Virgil Donati? Na to czekała chyba cała publiczność, clou wieczoru – Donati, pałeczki i niezwykle rozbudowany zestaw perkusyjny.
Momentami istny cyrk. Sześć rąk, cztery nogi i chyba z tuzin pałeczek. Wyczyniał cuda. Przy takich pokazach można w pełni zrozumieć słowa przypisywane Frankowi Zappie, jakoby pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze. To trzeba zobaczyć! Jak wspomniałem rejestrować koncertu nie można było, ale od czego jest youtube – zobaczyć to jednak na żywo to jak złapać za rękę Pana Boga!
Prawie dwugodzinny koncert zakończyła owacja stojącej w ekstazie publiki. Niestety, tylko jeden bis to mało. Zdecydowanie za mało jak na taki poziom występu. Cóż, pozostaje tylko czekać na kolejne tego typu przedsięwzięcia i liczyć, że za rok, na dziewiętnastym DrumFescie, będzie jeszcze lepiej.
Jakub Walczak

