Woodstock 2009

Jak ocenić tegoroczny Przystanek Woodstock, który zawsze przecież zbiera tak wiele skrajnych opinii i emocji. Najuczciwiej byłoby porównać efekty z zamiarami, a głównym zamiarem była zabawa z odliczaniem lat i wspominaniem historycznych wydarzeń: Festiwalu w Woodstock sprzed 40 lat, wydarzeń w Polsce sprzed lat 20 oraz jubileuszu samej imprezy (15 lat). Muszę uznać, że założenia te zostały w pełni zrealizowane.

Poczuć się jak na europejskiej imprezie można było chociażby z powodu cen wszelkich produktów (żywności, pamiątek, środków higienicznych i wszelkich usług) dostępnych na terenie imprezy. Również ich jakość znacznie spadła i nie wchodząc już w szczegóły można tym śmiało obarczyć organizatorów (m.in. wysokie opłaty za miejsce w pasażu handlowym oraz wybór jednej tylko firmy cateringowej, której przyznano monopol na żywienie Woodstockowiczów, przez co jedzenie stało się strasznie drogie i zupełnie paskudne) – zupełnie jak na Zachodzie.

Główne obchody pierwszej z wymienionych rocznic zaplanowano na sobotę, chociaż każdego dnia usłyszeć można było Woodstockowe przeboje (z wciąż powtarzanym With A Little Help From My Friend na czele). Więc gdy ostatniego dnia od Cockerowego coveru rozpoczął swój występ nawet Tomek Budzyński, to można już było poczuć się lekko zirytowanym. Lecz oficjalny Koncert Jubileuszowy ocenić trzeba wysoko. Wszystkie aranżacje, również te z udziałem orkiestry symfonicznej i artystów operetkowych, były wyśmienite. Ich wykonanie w większości przypadków nie pozostawiało nic do życzenia. Nie mogło być inaczej, bo postawiono na sprawdzone rozwiązania, takie jak silny głos Eweliny Flinty (w znanym utworze pt. Cry Baby), czy Leszek Cichoński jako Jimi Hendrix. Trudno jedynie zrozumieć, kto i dlaczego do Kostrzyna zaprosił Kasię Kowalską, która w dodatku na scenie pojawiła się zarówno przy okazji świętowania jubileuszu, jak i gościnnie podczas występu Juliette Lewis pierwszego dnia imprezy. Zagadka nie do pojęcia, w jakim celu pojawia się jakaś Kowalska na scenie na czas półtorej minuty, przy czym jej partia wokalna (nawet nie solowa, lecz zaśpiewana razem z Juliette) trwa dokładnie 47 sekund, a resztę czasu Kasia poświęca na wprowadzenie biesiadnego elementu w postaci zachęcenia do machania w lewo i prawo!? Całe szczęście reszta występu amerykańskiej wokalistki i aktorki wypadła rewelacyjnie. Szczególnie w świetle popularnych opinii o śpiewających aktorkach, które śpiewać nie powinny – Juliette Lewis to zupełnie inna bajka. Wszystko, począwszy od wizerunku i ruchu scenicznego, po perfekcyjną kontrolę głosu (co przecież w tańcu nie jest takie łatwe) sprawiło, że był to jeden z najlepszych koncertów całej imprezy.

Tuż przed Juliette na imponującej Woodstockowej scenie pojawiło się brytyjskie, post-punkowe The Futureheads, dając udany, choć nie wyróżniający się niczym szczególnym występ. Wielką Brytanię reprezentowało na tegorocznej edycji całkiem sporo kapel. Tu wymienić należy przede wszystkim Subways, które za sprawą technicznych nieporozumień zagrało po ponad półgodzinnej ciszy na scenie, co niestety skutecznie zniechęciło część publiczności – pech chciał, że było to już późno w nocy. Jednak bardziej wytrwałym wysiłek oczekiwania zwrócił się z nawiązką. Ponadto punkrockowcy z Sham 69, grupy nie tyle ciekawej muzycznie, co raczej historycznie. Wiadomo, że swoich zwolenników zachwycili, ale nie wydaje mi się, aby tym występem mogli powiększyć ich grono. No i jeszcze jeden skład z Wysp, który na Woodstock trafił „z youtube’a” – jak to określił Owsiak – Dub FX, czyli operujący na loopach beatbox’er z walizką zamiast zespołu. Na scenie pojawił się wraz z Flower Fairy, czyli „dziewczynką w spódniczce”, która niepozornie tańczyła do momentu, aż przekazany został jej mikrofon oraz saksofonistą określanym jako Mr. Woodnote. Zresztą zobaczcie sami:



Ponadto na scenie zagrała całkiem poważna reprezentacja spod znaku mocy i metalu – Caliban,  Volbeat, Korpiklaani oraz Clawfinger. Znalazł się również rodzimy Jelonek, u którego Paganini przerobiony został na „pogonini”, co oczywiście przypadło do gustu szczególnie młodzieży taplającej się w błotku nieopodal sceny. Równie zadowoleni mogli być fani reggae, bowiem oprócz historycznej postaci, jaką jest Don Carlos, na scenie pojawił się także współczesny skład Easy Star All Stars ze swoimi wersjami znanych utworów Beatlesów oraz Pink Floyd – szczególnie uwielbiam te z krążka Dub Side Of The Moon, których oczywiście nie zabrakło (a linia basu z Time wciąż uparcie siedzi w mojej głowie). Mieszany skład z Jamajki i USA zagrał również utwory Radiohead, szczególnie w finale występu, kiedy to usłyszeliśmy odważną aranżację Karma Police.

Rozliczając się już z Dużą Sceną wspomnieć muszę jeszcze o dwóch koncertach. Jednym z nich była nieoficjalna gwiazda festiwalu (to wnioskuję po frekwencji), czyli Guano Apes z wyczekiwanym do samego końca Lords Of The Board. Ponadto udana mieszanka utworów młodszych i starszych w połączeniu z doświadczeniem piętnastu lat pracy na scenie (z małą przerwą) zaowocować musiała porywającym występem. Co innego poprzedzający ich Leszek Możdzer wraz z instrumentalistami o nazwiskach Danielsson i Fresco. Mimo całej i wieloletniej różnorodności muzycznej woodstockowej sceny, wydali mi się oni odrobinę niezrozumiani. Chociaż wiadomo, że panowie ci są profesjonalistami i na słaby występ pozwolić sobie nie mogą, to jednak istnienie sceny zakłada również bezpośredni odbiór, z czym już nie było tak wspaniale – no może, gdy publika usłyszała jazzową wariację na temat Smells Like Teen Spirit, to jakby się ożywiła, ale występ dobiegał już końca (mógłby to być argument obwiniający za tę sytuację artystów, którzy nieumiejętnie dobrali repertuar do okoliczności).

Jeszcze tylko jeden krótki akapit o tym, co działo się poza Dużą Sceną. To przede wszystkim ASP prowadzone w tym roku przez Piotra Najsztuba (nareszcie jakiś profesjonalista zastąpił Hołdysa), u którego zagościł również wspomniany Możdzer i przyznam, że jego rozmowa z Woodstockowiczami była bardziej absorbująca, niż późniejszy występ. Co oprócz tego: projekcje filmowe, teatry uliczne, warsztaty przeróżne. Ponadto, tak jak Koncert Jubileuszowy przypomniał o Woodstocku’69, tak o zmianach politycznych w roku 1989 przypominała obecność w ASP takich osobistości jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki (oraz odpowiedzialny za słynnego Misia Stanisław Tym). Wprawdzie można mieć różne opinie o wymienionych postaciach, ale nie można odebrać im ich ikonowego znaczenia w historii naszego kraju. Samo ich przybycie na „kontrowersyjny” Przystanek Woodstock było spełnieniem założeń organizatorów o uroczystym świętowaniu rocznic ważnych wydarzeń. Gdy dodać do tego przyjazd jednego z organizatorów amerykańskiego festiwalu – Michaela Langa – to nie sposób wyobrazić sobie lepiej wykonanego planu.

Tadeusz Bisewski

| More


[ Wróć ]