Heineken Open’er Festival 2009 (Main Stage)

Festiwal ten cieszy się ogromną popularnością i nic w tym dziwnego, skoro jego repertuar jest skrupulatnie przygotowany tak, aby zadowalał jak największą rzeszę publiczności. O ile o równie głośnych, ale nieco mniej zarabiających imprezach, jak OFF Festival, czy Castle Party, można powiedzieć, że są ukierunkowane na określonego odbiorcę, to na Open’erze znajdzie się i coś dla obrońców Tybetu (jak polska formacja Izrael), i dla młodzieży emo (Placebo),  jak również coś dla przeciętnego widza kanału MTV (Lily Allen). Nie wspominając już o mega gwiazdach, łączących wszystkie te wyznania, takich jak Moby, czy The Prodigy, którzy wystąpili na głównej scenie już po raz kolejny.

Najgłośniejszym gościem tegorocznej edycji było reaktywowane po 11 latach różnych eksperymentów Mike’a Pattona – Faith No More. Fani tej formacji stanowili wyjątkowo duży odsetek publiczności. Nic zresztą dziwnego, bowiem powrót legendarnej grupy po tak długim okresie milczenia to doskonały chwyt marketingowy dla imprezy, której celem jest sprzedanie jak największej ilości Heinekenów w przeciągu 4 dni. Na terenie festiwalu obowiązywał oczywiście zakaz sprzedaży alkoholi innych marek. Co ciekawe, zakaz ten na oficjalnej stronie Open’era usprawiedliwiany był szlachetnym manifestem: „Marka Heineken Music inicjuje także i wspiera projekty kampanii odpowiedzialnego spożywania alkoholu, które mają zapobiegać uzależnieniu alkoholowemu. Tworzy także wewnętrzne zasady odpowiedzialnej komunikacji, która nie pozwala w reklamach i działalności promocyjnej skłaniać do nadmiernego spożywania alkoholu.”.

Biorąc pod uwagę rozmach całej imprezy, publika już pierwszego dnia przybyła tłumnie, choć prawdziwe pandemonium rozpętało się 3 lipca, w drugi dzień festiwalu. Pierwszy koncert na scenie głównej zagrała Maria Peszek, którą przyjęto ciepło, chociaż publiczność była nieliczna. Więcej zaciekawionych zeszło się na Gossip. Jednak, pomimo uroku osobistego i odwagi potężnej Beth Ditto, nieszczególnie zaskoczyło pod względem muzycznym. Prawdziwe szaleństwo opętało odpowiednio już zaprawionych uczestników imprezy dopiero podczas koncertu Moby’ego, który zdaje się być reklamową twarzą festiwalu.

Podczas trzeciego dnia pod sceną główną chwilowo powiało brakiem entuzjazmu z powodu opóźnienia i przeniesienia do World Stage występu Madness oraz popsucia się pogody wraz z rozpoczęciem koncertu Faith No More. Jednak już po pierwszych kilku kawałkach, wśród których znalazło się kultowe Evidence, publiczność przestała zwracać uwagę na deszcz. Mike Patton pokazał na scenie klasę najwyższej rangi, nie tylko prezentując doskonałą formę wokalną, lecz również dziarsko ignorując kontuzję nogi (po scenie poruszał się o lasce, której jednak użytkował bardziej w roli gadżetu dopełniającego image’u mafiosa, niż realnego wsparcia, a po paru kieliszkach polskiej wódki zupełnie o niej zapomniał) oraz poczucie humoru i umiejętność nawiązywania kontaktu z publicznością. Z dumą prezentował w kierunku kamer wyżej wspomnianą flaszkę, podtykał ludziom z pierwszych rzędów mikrofon pod nos, zmuszając ich do śpiewania (choć przy jego poziomie nikt nie zebrał się na odwagę), a kiedy niebo się przejaśniło, zasugerował, że sprawiła to „siła jego muzyki”. Faith No More zagrali dwa bisy, a chociaż pod sceną rozpętał się istny armagedon, fanom wciąż nie było dość. Był to jeden z najdłuższych koncertów na Main Stage’u, co staje się znacznie mniej zaskakujące po usłyszeniu plotek o okrągłej sumce, jaką panowie z zespołu zainkasowali za występ. Najwyraźniej jednak opłacała się ona organizatorom.

Ostatni dzień imprezy był dniem, używając terminologii filmowej, superprodukcji, takich jak Lily Allen, Kings of Leon, Placebo i ostatecznie – drugiej obok Moby’ego gwiazdy Heinekena – The Prodigy. Znawcy twierdzili, że Placebo „nawet jak na siebie” zagrali słabo. Choć brytyjski zespół ma od lat rzesze fanów na całym świecie, to fakt ten nadal pozostaje zagadkowy, chociaż może staje się nieco bardziej zrozumiały, jeśli potraktować Molko i chłopaków jako prekursorów szalejącej mody emo. Jednak ich piosenki, w większości smętne i ledwie różniące się od siebie, wygoniły tych, którzy do zagorzałych fanów nie należeli, po kolejnego Heinekena.

The Prodigy nie mogło sobie pozwolić na zawiedzenie publiczności, jednak w trakcie ich występu ujawniły się problemy techniczne z nagłośnieniem. Nieco dalej od sceny, gdzie ulokowali się ci, którzy chcieli ujść z występu Prodigy z życiem, z trudem można było wyszczególnić słowa i motywy muzyczne, a całość zlewała się w jazgotliwy hałas. Chociaż Keith, Max i Liam starali się robić dobrą minę do złej gry i standardowo odgrywali na scenie swoje role psychodelicznych siewców chaosu, to dało się zauważyć rosnącą irytację muzyków (z ich zachowania oraz słabej jakości dźwięku można było wywnioskować, że również na scenie nic nie brzmiało, tak jak powinno). Zagrali głównie sztandarowe kawałki i dość szybko opuścili scenę.

Większość uczestników festiwalu opuszczała Babie Doły w stanie błogiej satysfakcji. Zapewne „antyalkoholowa” polityka sponsora miała z tym niemało wspólnego. Mimo to, na przyszłość fanom konkretnych formacji muzycznych polecałabym raczej skrupulatne wykalkulowanie, czy inny przystanek trasy ulubionego wykonawcy nie byłby im bardziej po drodze. Mogłoby to okazać się zarówno tańsze, a już na pewno mniej obciążające dla cierpliwości, zdrowia i higieny osobistej. Zwłaszcza dla studentów z Warszawy i okolic, zmuszonych do podróżowania do Gdyni osławionym pociągiem Słonecznym…

Aleksandra Molak




[ Wróć ]