Australian Pink Floyd Show (Wrocław 2009)
31 stycznia 2009, Wrocław, Hala Stulecia
Niemiło zaskoczyła mnie oszczędność (może ekologia?) Wrocławian - Hala Stulecia, zabytek z listy UNESCO tonął w ciemnościach. Katowicki Spodek, miejsce zeszłorocznego występu Aussie-Floydów prezentował się znacznie lepiej. Całe szczęście świateł nie zabrakło wewnątrz!
Mocne uderzenie i niespodziewany błysk zmusiły błądzących jeszcze widzów do zajęcia miejsc. Jak się można było spodziewać, to In The Flash, po którym nastąpiła kompletna reakcja łańcuchowa - od dziecięcych naiwności do krzyku rozpaczy - odegrano całą siutę The Wall, ten wielki dwupłytowy utwór, któremu stuknęła właśnie trzydziestka. Wykonany został wiernie i w pełni profesjonalnie. Szkoda jedynie, że bliższy był swojej wersji studyjnej, a przecież znamy wszyscy zapis koncertowy wydany jako "Is There Anybody Out There?" I już tutaj pojawia się pierwsza konsternacja - co właściwie Australijczycy chcieli osiągnąć? Mam wrażenie, że niepotrzebnie wybrali drogę środka, zamiast podążyć w jakimś kierunku. Nie chcieli udawać, że są Floydami, ale jednocześnie nie mogli za bardzo zaszaleć z aranżacjami. Nie chcieli odtworzyć oryginalnych spektakli sprzed trzydziestu lat (żaden mur z tekturowych pudeł na scenie nie powstał), ale też nie mogli uniknąć większości wallowych symboli (młotki chodziły, a Robaczy Sąd osądzał). Wydaje mi się, że o wiele lepszy efekt przyniosłoby nastawienie na jeden aspekt występu, na przykład na realizację sceniczną (nawet kosztem muzyki). Niestety, artyści postanowili wyśrodkować, osiągając wiele, ale nic naprawdę wielkiego. Szkoda.
To, że Australian Pink Floyd gra naprawdę dobrze, potwierdzał sam Gilmour. Posiadają również godne oryginału zaplecze techniczne, światła, nagłośnienie (chociaż nadal brak kwadrofonii). Ich występy zawsze silnie oddziałują na odbiorcę. Jeśli tylko ktoś naprawdę ceni twórczość PF, to nie uniknie wzruszeń, silniejszego bicia serca i dreszczy przebiegających po plecach. W tym roku dodatkowe emocje wywołał tribute dla zmarłego niedawno Richarda Wrighta, czyli zagrane na bis "Great Gig In The Sky", które przecież, mimo braku słów (bo jakich słów użyć?), o śmierci właśnie opowiada. Nie mogło zabraknąć również "Shine On You Crazy Diamond", kojarzonego oczywiście z Sydem Barrettem. Taki smutny bilans na zakończenie, ale przecież nie może być inaczej.
Zawsze wychodziłem z ich koncertów z pewnym niesmakiem, zawsze też, w trakcie każdego utworu powracała do głowy uporczywa myśl: "To przecież nie oni!" - na co odpowiadałem samemu sobie: "No przecież wiem, że to nie oni!". Chyba wszyscy to wiedzieli, a jednak głównym pokoncertowym tematem były porównania, zarówno z trasa Pulse, jak i bootlegowymi nagraniami z trasy The Wall. Starałem się w te dyskusje nie wtrącać, nie do końca rozumiałem w jakim celu były prowadzone. Niby były one naturalne, ale czy o to rzeczywiście chodziło? Koncert ten był raczej efektownym spotkaniem w gronie fanów Pink Floyd, do który przecież należą również sami Australijczycy i jedynie takie podejście mogło uchronić widza przed nieuchronną irytacją.
Nikt przecież nie zastąpi oryginalnego składu! Sami ex-Floydzi mają z tym problem wynajmując zastępy profesjonalnych muzyków, aby zastąpić na solowych koncertach swoich byłych kolegów z zespołu. I wychodzi im to nie najlepiej. Tych, którzy jeszcze tego nie uczynili proszę zatem o wyzbycie się resztek naiwności: nigdy już nie usłyszymy Pink Floyd!
Co nie oznacza, że nie można się pobawić przy ich muzyce...
Niemiło zaskoczyła mnie oszczędność (może ekologia?) Wrocławian - Hala Stulecia, zabytek z listy UNESCO tonął w ciemnościach. Katowicki Spodek, miejsce zeszłorocznego występu Aussie-Floydów prezentował się znacznie lepiej. Całe szczęście świateł nie zabrakło wewnątrz! Mocne uderzenie i niespodziewany błysk zmusiły błądzących jeszcze widzów do zajęcia miejsc. Jak się można było spodziewać, to In The Flash, po którym nastąpiła kompletna reakcja łańcuchowa - od dziecięcych naiwności do krzyku rozpaczy - odegrano całą siutę The Wall, ten wielki dwupłytowy utwór, któremu stuknęła właśnie trzydziestka. Wykonany został wiernie i w pełni profesjonalnie. Szkoda jedynie, że bliższy był swojej wersji studyjnej, a przecież znamy wszyscy zapis koncertowy wydany jako "Is There Anybody Out There?" I już tutaj pojawia się pierwsza konsternacja - co właściwie Australijczycy chcieli osiągnąć? Mam wrażenie, że niepotrzebnie wybrali drogę środka, zamiast podążyć w jakimś kierunku. Nie chcieli udawać, że są Floydami, ale jednocześnie nie mogli za bardzo zaszaleć z aranżacjami. Nie chcieli odtworzyć oryginalnych spektakli sprzed trzydziestu lat (żaden mur z tekturowych pudeł na scenie nie powstał), ale też nie mogli uniknąć większości wallowych symboli (młotki chodziły, a Robaczy Sąd osądzał). Wydaje mi się, że o wiele lepszy efekt przyniosłoby nastawienie na jeden aspekt występu, na przykład na realizację sceniczną (nawet kosztem muzyki). Niestety, artyści postanowili wyśrodkować, osiągając wiele, ale nic naprawdę wielkiego. Szkoda.
To, że Australian Pink Floyd gra naprawdę dobrze, potwierdzał sam Gilmour. Posiadają również godne oryginału zaplecze techniczne, światła, nagłośnienie (chociaż nadal brak kwadrofonii). Ich występy zawsze silnie oddziałują na odbiorcę. Jeśli tylko ktoś naprawdę ceni twórczość PF, to nie uniknie wzruszeń, silniejszego bicia serca i dreszczy przebiegających po plecach. W tym roku dodatkowe emocje wywołał tribute dla zmarłego niedawno Richarda Wrighta, czyli zagrane na bis "Great Gig In The Sky", które przecież, mimo braku słów (bo jakich słów użyć?), o śmierci właśnie opowiada. Nie mogło zabraknąć również "Shine On You Crazy Diamond", kojarzonego oczywiście z Sydem Barrettem. Taki smutny bilans na zakończenie, ale przecież nie może być inaczej.
Zawsze wychodziłem z ich koncertów z pewnym niesmakiem, zawsze też, w trakcie każdego utworu powracała do głowy uporczywa myśl: "To przecież nie oni!" - na co odpowiadałem samemu sobie: "No przecież wiem, że to nie oni!". Chyba wszyscy to wiedzieli, a jednak głównym pokoncertowym tematem były porównania, zarówno z trasa Pulse, jak i bootlegowymi nagraniami z trasy The Wall. Starałem się w te dyskusje nie wtrącać, nie do końca rozumiałem w jakim celu były prowadzone. Niby były one naturalne, ale czy o to rzeczywiście chodziło? Koncert ten był raczej efektownym spotkaniem w gronie fanów Pink Floyd, do który przecież należą również sami Australijczycy i jedynie takie podejście mogło uchronić widza przed nieuchronną irytacją.
Nikt przecież nie zastąpi oryginalnego składu! Sami ex-Floydzi mają z tym problem wynajmując zastępy profesjonalnych muzyków, aby zastąpić na solowych koncertach swoich byłych kolegów z zespołu. I wychodzi im to nie najlepiej. Tych, którzy jeszcze tego nie uczynili proszę zatem o wyzbycie się resztek naiwności: nigdy już nie usłyszymy Pink Floyd!
Co nie oznacza, że nie można się pobawić przy ich muzyce...
Tadeusz Bisewski
