Roskilde Festival 2008
3-6 lipca 2008, Roskilde, Dania
Poziom artystyczny tegorocznego festiwalu najlepiej określili najbardziej zainteresowani, czyli biletowani festiwalowicze, których w tym roku zabrakło do wykupienia wszystkich dostępnych na imprezę biletów. Tym sposobem Roskilde nie mogło na wzór zeszłych lat zaświecić na stronie internetowej napisem „SOLD OUT”. Zważywszy na to, że impreza od lat trzyma najwyższy poziom organizacyjny i techniczny, ceny biletów rosną na poziomie inflacji, a ilość wypuszczanych biletów nie ulega zmianie, to innego wytłumaczenia na taki stan rzeczy nie widzimy, jak tylko słaby dobór artystów. Domyślać się możemy istnienia grupy Roskildowiczów, którzy do końca życia cierpieć będą na traumę po zeszłorocznej powodzi, ale skoro nawet wypadek z roku 2000 nie zaszkodził tej imprezie, to przecież nie mógłby tego uczynić zeszłoroczny deszcz.
Inna sprawa, że rok 2008 był wyjątkowo słaby dla większości światowych imprez, które ratowały się np. Metalliką, lecz w Roskilde nawet jej zabrakło. Nie było również fajerwerków na wzór poprzednich lat, jak Black Sabbath (2005), czy Roger Waters (2006), a prestiżowy dla tej imprezy finałowy występ wykonał raper Jay-Z. Nie próbujemy w żadnym wypadku skreślać wszystkich występujących w tym roku artystów (tuż poniżej znajdziecie naszą listę pochwał i zażaleń), lecz pragniemy uzmysłowić pewną tegoroczną tendencję, być może coraz dalszego odchodzenia od hipisowo-rockowych źródeł, być może efektu problemów wynikających z tego, że nie jest to impreza komercyjna (organizuje ją fundacja, która z natury rzeczy ma swoje priorytety pozafestiwalowe i ograniczenia, np. w podejmowaniu ryzyka finansowego przy podpisywaniu wielkich kontraktów), a być może są to efekty po prostu mniej trafnych wyborów, chociaż o to najmniej byśmy Roskilde podejrzewali – historia tej imprezy daje bowiem dziesiątki przykładów na to, jak młody zespół z najmniejszej sceny wraca na festiwal po latach, aby wystąpić jako gwiazda (np. Red Hot Chili Peppers). Warto więc było odwiedzać te mniejsze i średnie namioty (dla niewtajemniczonych wyjaśniamy, że sceny Roskilde mieszczą się w ogromnych cyrkowych namiotach, których jest 5, zaś jedyną sceną otwartą jest tzw. Orange, którego charakterystyczny kształt znany jest z logo imprezy), ale efekty naszych poszukiwań (poprzedzonych oczywiście wizytami w serwisie myspace) zamieścimy troszkę dalej. Najpierw ci więksi.
Miał bowiem miejsce jeden występ, który wyróżnił tę imprezę ponad inne, nawet ponad Glastonbury, na którym pewien zespół odmówił występu stwierdzając, że jest to festiwal nieekologiczny. Mowa oczywiście o Radiohead. Występ bardzo starannie przygotowany, zaczynając od własnej dekoracji i świateł, do artystycznej realizacji telebimów, wszystko było dopięte na ostatni guzik i bardzo spójne wizualnie, w co należy włączyć również ruch sceniczny i charyzmę Toma Yorka. Koncert bardzo długi (zakończony dwoma bisami), a repertuar różnorodny (od OK Computer, do In Rainbows), chociaż na te największe przeboje trzeba było cierpliwie czekać. Zabrakło wprawdzie Creep, lecz zostało to wynagrodzone wykonanym w ostatnim bisie na gitarę akustyczną i wokal publiczności Carma Police. Wspaniale zaaranżowano i wykonano z przygniatającą energią Escape, co większość publiczności odebrała mieszanką osłupienia i dreszczy na ciele. Wspaniały występ, bez wątpienia wyłącznie dla niego warto już było przyjechać do dawnej duńskiej stolicy – szczególnie, że nie mogliśmy nawet pomarzyć o koncercie Radiohead w naszym kraju.
Występ Radiohead miał miejsce pierwszego dnia i już wówczas dała o sobie znać chyba najbardziej charakterystyczna cecha tej imprezy (jak i innych imprez o takim rozmachu). W czasie tego wyśmienitego występu, na innej scenie prezentowało się The Hellacopters. Podejrzewam, że mogli narzekać na słabą frekwencję publiczności. Jak się domyślacie – nas tam również nie było. Za to nie mogliśmy przegapić grającego kilka godzin wcześniej MGMT. Koncert przebojowy, zagrany z pożądaną beztroską niedokładnością, w której jednak dał o sobie znać brak obycia scenicznego i lekka nienaturalność scenicznych wygłupów, ale jak widać było szczególnie po wokaliście, chłopacy są młodzi i jeszcze wszystkiego się nauczą. Usłyszeliśmy dwa ciekawe, premierowe utwory, a na finał przebojowe Kids w aranżacji... studyjnej – na przekór wszystkiemu utwór poleciał z playbacku, muzycy zeszli ze sceny, na której pozostał właściwy i ścisły skład grupy, czyli Ben Golwasser i Andrew VanWyngarden. Najwidoczniej chłopcy chcieli wyraźnie zaznaczyć, że to oni są trzonem zespołu, nam nie za bardzo przypadło to do gustu, szczególnie, że odbiło się to negatywnie na artystycznej stronie występu.
Drugiego dnia cykl ciekawych występów rozpoczął King of Leon, kawał dobrego, czystego rocka, chociaż beż większej świeżości i mimo że słuchało się miło, to nie porywał, tak jak na przykład występujący przed nimi na głównej scenie Gnarls Barkley. Tego dnia festiwal przypominał mały maraton, co również jest charakterystyczne dla tej imprezy – sześć scen rozstawionych na naprawdę sporym obszarze, a na każdej z nich ciekawy koncert, co pół godziny w innym miejscu. Straszne dylematy, kogo zobaczyć, a kogo sobie darować, czy może każdego po kwadransie? Tyle mniej więcej czasu przypadło nam na zespół, dla którego to dużo za mało, dla którego to raptem niecałe dwa utwory, wymagające cierpliwości i skupienia dla odczucia tego, co odczuć można – mowa o Mogwai. To był zły wybór: wybraliśmy Cocorosie. I kto nam uwierzy po ich świetnym występie na gdyńskim Openerze? Pewnie nikt, ale naszym obowiązkiem jest dać Wam sprawozdanie z tego, jak to wyglądało. Otóż duński występ w przeddzień polskiego Heinekena był zadziwiającą porażką i trudno nam dociec jej przyczyn. Przypomnijcie sobie gdyński występ, a następnie pozostawcie sam beat-box Teza, elementy playbacku oraz wokal sióstr Casady – i nic więcej! Zabrakło tego, co jest w ich muzyce najbardziej porywające, zabrakło tej eklektyczności, połączenia klasycznej harfy z odgłosami dziecięcych zabawek. Pozostała zaś czysta zabawa, śpiew i tańce. Siostry sięgały po instrumenty sporadycznie, nadrabiając ruchem scenicznym i wokalem, zaś ciężar muzycznej aranżacji spadł na Teza, przez co utwory były nie do rozpoznania, gdyby nie liryka, a tego co im brakowało do pełnego całokształtu, to chyba już tylko kumpli z gwizdkami i w białych rękawiczkach, dla których już zdaje się przygotowano fruorescencyjne światło i świecące farbki, którymi umalowały się siostry, co chyba miało wynagrodzić brak charakterystycznych dla koncertów Cocorosie animacji (nie wierzymy, aby wina za brak ekranu leżała po stronie festiwalu, bo jest to chyba najlepiej przygotowana technicznie impreza na jakiej w życiu byliśmy – tam wszytko jest możliwe!). Z przykrością musimy stwierdzić, że z niewiadomych przyczyn na ten występ Cocorosie zamieniło muzykę na zabawę. Można było zaszaleć, lecz trudno było się zachwycić i chociaż większości zgromadzonej publiczności zdawało się to nie przeszkadzać, to my protestujemy przeciw takim scenicznym eksperymentom i głosujemy za Cocorosie przy którym można się zasłuchać, zapatrzeć, zamyśleć, poczuć jakiś dreszczyk na skórze, dać się ponieść wyrafinowanym dźwiękom i wyszukanemu brzmieniu – niestety, zamiast tego dostaliśmy próbkę kiepskiej dyskoteki. Szczerze żałujemy, że wybraliśmy ten występ kosztem Mogwai oraz grupy Nicka Cave'a, na który się znacząco spóźniliśmy i jak byśmy mało mieli pecha, to występ formacji Grinderman okazał się wyjątkowo krótki (grali mniej więcej godzinę).
Tej nocy czekały nas jeszcze dwa wyjątkowo dobre formacje: Goldfrapp i The Battles. Oczarowujący koloryt tego pierwszego, psychodeliczne i staromodne projekcje (z prawdziwych projektorów, tak brutalnie zastępowanych teraz ekranami diodowymi) wyświetlane na wiklinowych płachtach, do tego spore sceniczne zamieszanie, jakaś rzeźba, światła i zwiewna kreacja Alison. Aranżacje podobne do studyjnych, tyle że... lepsze, mocniejsze, wyraźniejsze. Repertuar różnorodny, tak jak różnorodna jest ich muzyka. Z kolei Battles, bez wątpienia bardziej ujednolicony stylistycznie, nie pozwolił jednak się nudzić. Nie sprawdziły się nasze obawy, że występ zdominuje granie techniczne, matematyczne – zagrali porywająco, żywo i z wyczuciem, wręcz tanecznie.
Największe pozytywne zaskoczenie i chyba najbardziej udany występ na całej imprezie, występ porywający do tego stopnia, że można było zapomnieć o całej tej festiwalowej otoczce i poczuć się jak na samodzielnym koncercie formacji... The Ting Tings! Cudowny duet, świetny perkusista i wszechstronna Katie, która na przykład jednocześnie grała na gitarze i obsługiwała nożny sampler. Było krótko, bo około 45 minut, ale niezwykle energicznie, porywająco. Mimo że na scenie były tylko dwie osoby, to działo się bardzo dużo, również muzycznie, wprawdzie posiłkowano się lekkim podkładem, lecz większość dźwięków była żywa, co robiło duże wrażenie. Kusi nas, aby zestawić ich z innym duetem występującym na finał tego samego dnia, a mianowicie The Chemical Brothers – mimo że show było wspaniałe, cała scena żyła, to właściwie nie wiemy, co ci panowie tam wyprawiali, czy sprawdzali pocztę na laptopie, czy w ogóle byli podłączeni, czy to w ogóle byli oni? No cóż, to już trochę inna historia, inna muzyka, inna konwencja – nad tym chyba nikt się nie zastanawiał. W przypadku Chemicznych Braci cel był inny – tutaj chodziło o zabawę, w światłach, w laserach, w animacjach i projekcjach, w porywających dźwiękach. Udało się, brawo. Nie mamy żadnych pretensji do tego występu, wręcz odwrotnie – bawiliśmy się wyśmienicie przy ich największych przebojach.
Pomiędzy tymi dwoma duetami miało miejsce kilka interesujących występów. Jose Gonzalez z winy organizatorów pozostał jedynie dla wybrańców (przydzielono im zbyt mały namiot w porównaniu do zainteresowania, wielka szkoda). Więcej szczęścia mieli fani The Fashion występującego w największym namiocie o nazwie Arena (tak wielkim, że wprowadzono w nim podział na sektory, podobnie jak przy głównej scenie, działające na światła – tzn. zielone światło oznacza możliwość wejścia). Koncert porywający do tego stopnia, że podrygiwała nawet ochrona, której zadaniem na tej imprezie jest pilnowanie, aby publiczność się za bardzo nie rozszalała. Tutaj też można wtrącić kilka zdań o zwyczajach panujących w Danii po 2000 roku, żadnego biegania, popychania, siadania na ramiona, a już w żadnym wypadku nie można surfować! Jedynie taniec w miejscu jest tolerowany. Wszelkie gwałtowne zachowania są natychmiast uspokajane i powiemy Wam, że naprawdę dziwnie stoi się w prawie nieruchomym tłumie podczas koncertu Slayera, chociaż z drugiej strony daje to pewien komfort i możliwość podziwiania widowiska (szczególnie wspominam koncert Toola sprzed dwóch lat, stojąc dwa metry od pierwszej barierki spokojnie zajadałem się kanapką i popijałem wodą, którą dostałem od ochroniarza – tak, ochrona rozdaje wodę!). No i przede wszystkim jest naprawdę, wręcz przesadnie, bezpiecznie.
To co na pewno można powiedzieć o starym mistrzu z Kanady, to że ma paskudny zwyczaj kończenia KAŻDEGO utworu trwającą do dwóch minut kodą chaotycznych dźwięków z kilkukrotnym finałem na określony ton (żadna piosenka nie mogła się tak zwyczajnie skończyć, bo przecież nie był to zwyczajny artysta?) – zagranie efektowne na koniec występu, lecz wykonywane za często, robiło się strasznie irytujące. Poza tym... bardzo przyjemnie, życzymy wszystkim dziadkom takiej energii, a wszystkim gitarzystom takiego opanowania, wyczucia i znajomości swojego fachu, jakie posiada Neil Young. Po prostu „keep on rocking”!
Na koniec jeszcze dwie małe gwiazdeczki. Bardzo dobry występ eleganckiej Lykke Li wspaniale nawiązującej kontakt z publicznością (łącznie z dedykowaniem poszczególnym ludziom kolejnych utworów) oraz grupa, którą wybraliśmy metodą „chybił trafił”, czyli Liars. Trochę psychodeliczni, trochę zabawni, ale przede wszystkim wyśmienici muzycznie, szczególnie perkusista wybijający na kotłach niespotykane rytmy. Dla nich zrezygnowaliśmy z Raveonettesów i nie żałujemy!
Pojechać do Roskilde na festiwal ZAWSZE warto! Mimo że bywa lepiej, lub gorzej – raz nawali pogoda, a innym razem terminarze artystów. Nic nie szkodzi, w to miejsce zawsze wraca się z przyjemnością, chociaż po tym roku pozostaje pewne życzenie – na przyszłość prosimy więcej muzy z profilu RockDiggera!
Fotogaleria z festiwalu:
3-6 lipca 2008
Roskilde, Dania
Alicja Bisewska
Tadeusz Bisewski
Poziom artystyczny tegorocznego festiwalu najlepiej określili najbardziej zainteresowani, czyli biletowani festiwalowicze, których w tym roku zabrakło do wykupienia wszystkich dostępnych na imprezę biletów. Tym sposobem Roskilde nie mogło na wzór zeszłych lat zaświecić na stronie internetowej napisem „SOLD OUT”. Zważywszy na to, że impreza od lat trzyma najwyższy poziom organizacyjny i techniczny, ceny biletów rosną na poziomie inflacji, a ilość wypuszczanych biletów nie ulega zmianie, to innego wytłumaczenia na taki stan rzeczy nie widzimy, jak tylko słaby dobór artystów. Domyślać się możemy istnienia grupy Roskildowiczów, którzy do końca życia cierpieć będą na traumę po zeszłorocznej powodzi, ale skoro nawet wypadek z roku 2000 nie zaszkodził tej imprezie, to przecież nie mógłby tego uczynić zeszłoroczny deszcz.Inna sprawa, że rok 2008 był wyjątkowo słaby dla większości światowych imprez, które ratowały się np. Metalliką, lecz w Roskilde nawet jej zabrakło. Nie było również fajerwerków na wzór poprzednich lat, jak Black Sabbath (2005), czy Roger Waters (2006), a prestiżowy dla tej imprezy finałowy występ wykonał raper Jay-Z. Nie próbujemy w żadnym wypadku skreślać wszystkich występujących w tym roku artystów (tuż poniżej znajdziecie naszą listę pochwał i zażaleń), lecz pragniemy uzmysłowić pewną tegoroczną tendencję, być może coraz dalszego odchodzenia od hipisowo-rockowych źródeł, być może efektu problemów wynikających z tego, że nie jest to impreza komercyjna (organizuje ją fundacja, która z natury rzeczy ma swoje priorytety pozafestiwalowe i ograniczenia, np. w podejmowaniu ryzyka finansowego przy podpisywaniu wielkich kontraktów), a być może są to efekty po prostu mniej trafnych wyborów, chociaż o to najmniej byśmy Roskilde podejrzewali – historia tej imprezy daje bowiem dziesiątki przykładów na to, jak młody zespół z najmniejszej sceny wraca na festiwal po latach, aby wystąpić jako gwiazda (np. Red Hot Chili Peppers). Warto więc było odwiedzać te mniejsze i średnie namioty (dla niewtajemniczonych wyjaśniamy, że sceny Roskilde mieszczą się w ogromnych cyrkowych namiotach, których jest 5, zaś jedyną sceną otwartą jest tzw. Orange, którego charakterystyczny kształt znany jest z logo imprezy), ale efekty naszych poszukiwań (poprzedzonych oczywiście wizytami w serwisie myspace) zamieścimy troszkę dalej. Najpierw ci więksi.
Miał bowiem miejsce jeden występ, który wyróżnił tę imprezę ponad inne, nawet ponad Glastonbury, na którym pewien zespół odmówił występu stwierdzając, że jest to festiwal nieekologiczny. Mowa oczywiście o Radiohead. Występ bardzo starannie przygotowany, zaczynając od własnej dekoracji i świateł, do artystycznej realizacji telebimów, wszystko było dopięte na ostatni guzik i bardzo spójne wizualnie, w co należy włączyć również ruch sceniczny i charyzmę Toma Yorka. Koncert bardzo długi (zakończony dwoma bisami), a repertuar różnorodny (od OK Computer, do In Rainbows), chociaż na te największe przeboje trzeba było cierpliwie czekać. Zabrakło wprawdzie Creep, lecz zostało to wynagrodzone wykonanym w ostatnim bisie na gitarę akustyczną i wokal publiczności Carma Police. Wspaniale zaaranżowano i wykonano z przygniatającą energią Escape, co większość publiczności odebrała mieszanką osłupienia i dreszczy na ciele. Wspaniały występ, bez wątpienia wyłącznie dla niego warto już było przyjechać do dawnej duńskiej stolicy – szczególnie, że nie mogliśmy nawet pomarzyć o koncercie Radiohead w naszym kraju.
Występ Radiohead miał miejsce pierwszego dnia i już wówczas dała o sobie znać chyba najbardziej charakterystyczna cecha tej imprezy (jak i innych imprez o takim rozmachu). W czasie tego wyśmienitego występu, na innej scenie prezentowało się The Hellacopters. Podejrzewam, że mogli narzekać na słabą frekwencję publiczności. Jak się domyślacie – nas tam również nie było. Za to nie mogliśmy przegapić grającego kilka godzin wcześniej MGMT. Koncert przebojowy, zagrany z pożądaną beztroską niedokładnością, w której jednak dał o sobie znać brak obycia scenicznego i lekka nienaturalność scenicznych wygłupów, ale jak widać było szczególnie po wokaliście, chłopacy są młodzi i jeszcze wszystkiego się nauczą. Usłyszeliśmy dwa ciekawe, premierowe utwory, a na finał przebojowe Kids w aranżacji... studyjnej – na przekór wszystkiemu utwór poleciał z playbacku, muzycy zeszli ze sceny, na której pozostał właściwy i ścisły skład grupy, czyli Ben Golwasser i Andrew VanWyngarden. Najwidoczniej chłopcy chcieli wyraźnie zaznaczyć, że to oni są trzonem zespołu, nam nie za bardzo przypadło to do gustu, szczególnie, że odbiło się to negatywnie na artystycznej stronie występu.
Drugiego dnia cykl ciekawych występów rozpoczął King of Leon, kawał dobrego, czystego rocka, chociaż beż większej świeżości i mimo że słuchało się miło, to nie porywał, tak jak na przykład występujący przed nimi na głównej scenie Gnarls Barkley. Tego dnia festiwal przypominał mały maraton, co również jest charakterystyczne dla tej imprezy – sześć scen rozstawionych na naprawdę sporym obszarze, a na każdej z nich ciekawy koncert, co pół godziny w innym miejscu. Straszne dylematy, kogo zobaczyć, a kogo sobie darować, czy może każdego po kwadransie? Tyle mniej więcej czasu przypadło nam na zespół, dla którego to dużo za mało, dla którego to raptem niecałe dwa utwory, wymagające cierpliwości i skupienia dla odczucia tego, co odczuć można – mowa o Mogwai. To był zły wybór: wybraliśmy Cocorosie. I kto nam uwierzy po ich świetnym występie na gdyńskim Openerze? Pewnie nikt, ale naszym obowiązkiem jest dać Wam sprawozdanie z tego, jak to wyglądało. Otóż duński występ w przeddzień polskiego Heinekena był zadziwiającą porażką i trudno nam dociec jej przyczyn. Przypomnijcie sobie gdyński występ, a następnie pozostawcie sam beat-box Teza, elementy playbacku oraz wokal sióstr Casady – i nic więcej! Zabrakło tego, co jest w ich muzyce najbardziej porywające, zabrakło tej eklektyczności, połączenia klasycznej harfy z odgłosami dziecięcych zabawek. Pozostała zaś czysta zabawa, śpiew i tańce. Siostry sięgały po instrumenty sporadycznie, nadrabiając ruchem scenicznym i wokalem, zaś ciężar muzycznej aranżacji spadł na Teza, przez co utwory były nie do rozpoznania, gdyby nie liryka, a tego co im brakowało do pełnego całokształtu, to chyba już tylko kumpli z gwizdkami i w białych rękawiczkach, dla których już zdaje się przygotowano fruorescencyjne światło i świecące farbki, którymi umalowały się siostry, co chyba miało wynagrodzić brak charakterystycznych dla koncertów Cocorosie animacji (nie wierzymy, aby wina za brak ekranu leżała po stronie festiwalu, bo jest to chyba najlepiej przygotowana technicznie impreza na jakiej w życiu byliśmy – tam wszytko jest możliwe!). Z przykrością musimy stwierdzić, że z niewiadomych przyczyn na ten występ Cocorosie zamieniło muzykę na zabawę. Można było zaszaleć, lecz trudno było się zachwycić i chociaż większości zgromadzonej publiczności zdawało się to nie przeszkadzać, to my protestujemy przeciw takim scenicznym eksperymentom i głosujemy za Cocorosie przy którym można się zasłuchać, zapatrzeć, zamyśleć, poczuć jakiś dreszczyk na skórze, dać się ponieść wyrafinowanym dźwiękom i wyszukanemu brzmieniu – niestety, zamiast tego dostaliśmy próbkę kiepskiej dyskoteki. Szczerze żałujemy, że wybraliśmy ten występ kosztem Mogwai oraz grupy Nicka Cave'a, na który się znacząco spóźniliśmy i jak byśmy mało mieli pecha, to występ formacji Grinderman okazał się wyjątkowo krótki (grali mniej więcej godzinę).
Tej nocy czekały nas jeszcze dwa wyjątkowo dobre formacje: Goldfrapp i The Battles. Oczarowujący koloryt tego pierwszego, psychodeliczne i staromodne projekcje (z prawdziwych projektorów, tak brutalnie zastępowanych teraz ekranami diodowymi) wyświetlane na wiklinowych płachtach, do tego spore sceniczne zamieszanie, jakaś rzeźba, światła i zwiewna kreacja Alison. Aranżacje podobne do studyjnych, tyle że... lepsze, mocniejsze, wyraźniejsze. Repertuar różnorodny, tak jak różnorodna jest ich muzyka. Z kolei Battles, bez wątpienia bardziej ujednolicony stylistycznie, nie pozwolił jednak się nudzić. Nie sprawdziły się nasze obawy, że występ zdominuje granie techniczne, matematyczne – zagrali porywająco, żywo i z wyczuciem, wręcz tanecznie.
Największe pozytywne zaskoczenie i chyba najbardziej udany występ na całej imprezie, występ porywający do tego stopnia, że można było zapomnieć o całej tej festiwalowej otoczce i poczuć się jak na samodzielnym koncercie formacji... The Ting Tings! Cudowny duet, świetny perkusista i wszechstronna Katie, która na przykład jednocześnie grała na gitarze i obsługiwała nożny sampler. Było krótko, bo około 45 minut, ale niezwykle energicznie, porywająco. Mimo że na scenie były tylko dwie osoby, to działo się bardzo dużo, również muzycznie, wprawdzie posiłkowano się lekkim podkładem, lecz większość dźwięków była żywa, co robiło duże wrażenie. Kusi nas, aby zestawić ich z innym duetem występującym na finał tego samego dnia, a mianowicie The Chemical Brothers – mimo że show było wspaniałe, cała scena żyła, to właściwie nie wiemy, co ci panowie tam wyprawiali, czy sprawdzali pocztę na laptopie, czy w ogóle byli podłączeni, czy to w ogóle byli oni? No cóż, to już trochę inna historia, inna muzyka, inna konwencja – nad tym chyba nikt się nie zastanawiał. W przypadku Chemicznych Braci cel był inny – tutaj chodziło o zabawę, w światłach, w laserach, w animacjach i projekcjach, w porywających dźwiękach. Udało się, brawo. Nie mamy żadnych pretensji do tego występu, wręcz odwrotnie – bawiliśmy się wyśmienicie przy ich największych przebojach.
Pomiędzy tymi dwoma duetami miało miejsce kilka interesujących występów. Jose Gonzalez z winy organizatorów pozostał jedynie dla wybrańców (przydzielono im zbyt mały namiot w porównaniu do zainteresowania, wielka szkoda). Więcej szczęścia mieli fani The Fashion występującego w największym namiocie o nazwie Arena (tak wielkim, że wprowadzono w nim podział na sektory, podobnie jak przy głównej scenie, działające na światła – tzn. zielone światło oznacza możliwość wejścia). Koncert porywający do tego stopnia, że podrygiwała nawet ochrona, której zadaniem na tej imprezie jest pilnowanie, aby publiczność się za bardzo nie rozszalała. Tutaj też można wtrącić kilka zdań o zwyczajach panujących w Danii po 2000 roku, żadnego biegania, popychania, siadania na ramiona, a już w żadnym wypadku nie można surfować! Jedynie taniec w miejscu jest tolerowany. Wszelkie gwałtowne zachowania są natychmiast uspokajane i powiemy Wam, że naprawdę dziwnie stoi się w prawie nieruchomym tłumie podczas koncertu Slayera, chociaż z drugiej strony daje to pewien komfort i możliwość podziwiania widowiska (szczególnie wspominam koncert Toola sprzed dwóch lat, stojąc dwa metry od pierwszej barierki spokojnie zajadałem się kanapką i popijałem wodą, którą dostałem od ochroniarza – tak, ochrona rozdaje wodę!). No i przede wszystkim jest naprawdę, wręcz przesadnie, bezpiecznie.
To co na pewno można powiedzieć o starym mistrzu z Kanady, to że ma paskudny zwyczaj kończenia KAŻDEGO utworu trwającą do dwóch minut kodą chaotycznych dźwięków z kilkukrotnym finałem na określony ton (żadna piosenka nie mogła się tak zwyczajnie skończyć, bo przecież nie był to zwyczajny artysta?) – zagranie efektowne na koniec występu, lecz wykonywane za często, robiło się strasznie irytujące. Poza tym... bardzo przyjemnie, życzymy wszystkim dziadkom takiej energii, a wszystkim gitarzystom takiego opanowania, wyczucia i znajomości swojego fachu, jakie posiada Neil Young. Po prostu „keep on rocking”!
Na koniec jeszcze dwie małe gwiazdeczki. Bardzo dobry występ eleganckiej Lykke Li wspaniale nawiązującej kontakt z publicznością (łącznie z dedykowaniem poszczególnym ludziom kolejnych utworów) oraz grupa, którą wybraliśmy metodą „chybił trafił”, czyli Liars. Trochę psychodeliczni, trochę zabawni, ale przede wszystkim wyśmienici muzycznie, szczególnie perkusista wybijający na kotłach niespotykane rytmy. Dla nich zrezygnowaliśmy z Raveonettesów i nie żałujemy!
Pojechać do Roskilde na festiwal ZAWSZE warto! Mimo że bywa lepiej, lub gorzej – raz nawali pogoda, a innym razem terminarze artystów. Nic nie szkodzi, w to miejsce zawsze wraca się z przyjemnością, chociaż po tym roku pozostaje pewne życzenie – na przyszłość prosimy więcej muzy z profilu RockDiggera!
Fotogaleria z festiwalu:
3-6 lipca 2008Roskilde, Dania
Alicja Bisewska
Tadeusz Bisewski
Alicja Bisewska
Tadeusz Bisewski
Tadeusz Bisewski
