Kasia Nosowska (Warszawa 2007)

11 listopada 2007, Warszawa

Cóż za radość zapanowała w warszawskich Hybrydach 11 listopada. POGODNY nastrój ogarnął wszystkich zebranych... nawet „permanentnie zdołowaną” – jak to sama siebie określiła w jednym z ostatnich wywiadów – Nosowską. Marcin Macuk (zespół Pogodno) wszedł na scenę pierwszy, za nim reszta bardzo oryginalnej ekipy, składającej się głównie z muzyków Łąki Łan oraz Tworzywa Sztucznego: perkusista wyglądający jak Kudłaty ze Scooby Doo, gitarzysta z niedokręconymi dredami, basista w kaszkiecie, podobny trochę do Rumcajsa trębacz oraz klawiszowiec o niezwykle rozbudowanej mimice i złowrogich oczach. Na końcu pojawiła się główna postać wieczoru – wesoła, ruda Kasia, która przez zmianę koloru włosów wyglądała podobnie jak sprzed trzynastu lat.

Zespół zaczął utworem „Metempsycho”, w wykonaniu mniej elektronicznym niż na płycie, lecz bardziej rockowo. Szczególnie, że w miksie dla publiczności pominięto pady perkusisty, które również zaznaczać miały eklektyczność materiału, lecz bez nich pozostały klasyczne instrumenty perkusyjne. Sceniczne aranżacje okazały się również bardziej gitarowe, niż w wersji studyjnej. Z najnowszej płyty „UniSexBlues” zagrano wszystkie kawałki, z wyjątkiem „Sub Rosa” oraz „Simple Present”. Utwór tytułowy rozpoczęty przez samą Nosowską z akompaniamentem Macuka, grającego na gitarze elektroakustycznej, przeistoczyło się w energiczną improwizację instrumentalną z udziałem wszystkich muzyków. Charakterystyczne w tym koncercie było to, że właściwie każdy spokojny utwór nie pozostawał takim do samego końca, bo po jego odśpiewaniu następowała fermata, a po niej eksplozja muzyki.
   
Po ponad jedenastu latach od trasy promującej pierwszą solową płytę Nosowskiej „Puk puk”, publiczność miała okazję usłyszeć na żywo dwa utwory z tego krążka: „O Tobie?” oraz „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”, które przyjęto z wielkim entuzjazmem i odśpiewano wspólnie z Kasią. Z trzeciej płyty „Sushi” zagrano „Keskese”, które Kasia nazwała swoim testamentem. Choć jest to piosenka z innej płyty, doskonale wpasowała się w tekstowo w najnowsze utwory, które w dużej mierze traktują o śmierci, i tak samo jak one wykonana jest raczej w wesołej tonacji. Kolejną piosenką, która nie należała do repertuaru z „Unisexblues” był cover Davida Bowie’go „Let’s dance”.
   
Oprócz znakomitego wykonania utworów oraz oryginalnego wyglądu artystów zwracało szczególną uwagę ich zachowanie. Maskotką drużyny był perkusista Łukasz Moskal – szczupły, rozczochrany, z dużymi okularami typu „mucha”, lecz nie słonecznymi. Jego sprzęt ustawiony był na samym przedzie z prawej strony i z racji małych wymiarów sceny oraz bliskości mikrofonów i wzmacniaczy, otoczony był przeźroczystymi ściankami – tak że wszyscy mogli obserwować, jak z tego wątłego ciała wydobywa się masa energii, która rozładowana zostaje na instrumencie. Członkowie zespołu co chwile zaczepiali go, szturchając ściankę, plując na nią lub też, jak to zrobiła Nosowska, całując i głaszcząc. Stereotyp wyciszonego, mało scenicznego basisty przełamał młody, ale świetnie grający Staszu Starship bawiąc się, skacząc i wyginając w zależności od nastroju utworu. W pewnym momencie Macuk, który wesoło podrygiwał z gitarą w ręku, zabronił publiczności patrzeć w oczy człowieka stojącego za syntezatorem, bowiem ta tajemnicza postać w stroju kolorowym jak u klowna, z szalonym krawatem na szyi, zdaje się, że grała przede wszystkim oczyma, z których wyzierał obłęd.

Na koncertach zespołu Hey to głównie Kasia Nosowska przykuwa uwagę swoją majestatycznością. Podczas tego występu, na scenie działo się tyle rzeczy, że nie sposób było oderwać wzroku od szalonej bajki, jaka się tam odgrywała. Można by się pokusić o stwierdzenie, że ta złożona do jednorazowego projektu grupa, zachowywała się bardziej zespołowo, niż zazwyczaj robi to właściwy zespół Kasi. Do tego sama Nosowska emanowała radością, jakiej nie widuje się zazwyczaj na koncertach Hey’a. Nie uśmiechała się, lecz wybuchała śmiechem, z podziwem przyglądała się muzykom, od czasu do czasu spoglądała w sufit – niczym w niebo, chcąc podziękować za udany projekt i radość występowania z tak wyjątkowymi muzykami.

W wywiadach po wydaniu albumu Nosowska wypowiadała się, że nigdy nie była tak euforycznie nastawiona do tego, co stworzyła, jak przy tej płycie. Na koncercie jej słowa stały się ciałem, muzyka stała się euforią.

Alicja Bisewska
Tadeusz Bisewski



[ Wróć ]