IV Open Air Rock Festival

8 września 2007, Wejherowo

Minęły już czasy przodującej aktywności Mazur w organizacji letnich imprez rockowych. Historyczny już festiwal w Węgorzewie, najlepszy w swoim rodzaju HunterFest i startujący Kierunek Olsztyn – to nic w morzu imprez, jakie od kilku lat odbywają się w całej Polsce, ale to również niezwykle dużo, jak na tak mały obszar. Kaszuby z rockowisk nigdy nie słynęły (nie biorę pod uwagę festiwalu Heinekena, który ani nie jest rockowy, ani w żaden sposób kaszubski). Jednak od kilku lat dzieje się tam coś, co jeśli utrzyma tempo rozwoju, to już za rok wyjść może znacznie dalej, niż do kaszubskojęzycznych, okolicznych miasteczek.

Z założenia Rock Open Air Festival w Wejherowie miał być jedynie regionalnym głosem „przeciw przemocy i terrorowi”. Z roku na rok przybywało elementów pozaregionalnych. Być może dzięki dopisującym ogólnopolskim gwiazdom (Armia, Róże Europy, Turbo oraz tegoroczni: Mech i Myslovitz), a po części poprzez wydawaną z każdej edycji płytę, festiwal zdobył szerszy rozgłos. W tym roku miało być, może jeszcze nie ogólnopolsko, ale co najmniej trans-regionalnie.

Miało być... lecz było nieco inaczej. Chociaż obwiniać nie ma kogo, to warto napomnieć o ile miało być lepiej. Do darmowego występu w ramach przeglądu zgłosili się m.in. tacy wykonawcy jak Leonoff, czy California Stories Uncovered. Niestety swój występ odwołali i całe szczęście, ze zrobili to od razu, a nie tak jak Lemon, czy Hair In The Sink – w dniu występu.

Pozostał wprawdzie Mjut, lecz on sam nie był w stanie naprawić niesmaku, jaki pozostawiły wcześniej występujące zespoliki pod nazwami Hype oraz MadNine. Aż niezręcznie wymieniać te nazwy. Pierwsi to para Sławek Matuszak i Dorota Goldstrom wraz z muzykami towarzyszącymi. Duet stojący w miejscu od siedmiu lat, czyli od momentu założenia, bo mowy o rozwoju być nie może, gdy ewidentnie widać, ze osoby te do rozwoju niestworzone. Sprawa wyjątkowo prosta – jak białe jest białe, a czarne jest czarne, tak nigdy we wiosce Kiełpino nie powstanie nic wartościowego pod nazwą Hype. W festiwalowej gazetce napisali o sobie, że „ostrzą kredki, bo chcą namalować coś wielkiego” – to idealny przykład na to, jak łatwo przy ostrzeniu się zaciąć. Żałosne.

Z kolei MadNine to pięciu (nie, nie dziewięciu... ani tym bardziej nie wściekłych), pięciu dobrze wyrośniętych chłopów, którzy najprawdopodobniej poznali się na siłowni, a zgodnie z ogólnopanującą opinią, w takim miejscu mało kto wie cokolwiek o graniu rocka. Nie mam pojęcia dlaczego i w jaki sposób taki zespół powstał, lecz zauważyłem, że chłopcy skrupulatnie się do tego przygotowali. Szczególnie po wokaliście widać było przebytą edukację w postaci kaset video z nagraniami Axla Rose i Frediego Mercury – nie mam na myśli oczywiście edukacji wokalnej, lecz jedynie wizualno-ruchową wraz z gestykulacją. Na nasze nieszczęście, pod koniec występu, postanowił skarykaturować Elvisa Presleya. Muzycznie również bez śladu jakiejkolwiek nowości. Całe szczęście, że byli nastrojeni i grali równo. Żenada.

Pozostała jeszcze zupełnie świeża, niespełna roczna formacja z Wejherowa Blind Trail, poruszająca się między Iron Maiden, a Metalliką. Grupa na tyle młoda, że nie miałoby sensu narzekanie na brak oryginalności, lecz na tyle solidna, że warto będzie nazwę tę sprawdzić za jakiś czas.

Wspomniany już Mjut zagrał na swoim, czyli wysokim, poziomie. Zespół swą szczerą i emocjonalną twórczością spod znaku lżejszej gitary, wręcz idealnie pasował do głównej gwiazdy wieczoru – zespołu Myslovitz.

Ci z kolei bez niespodzianek – jak na ten rok. Od kiedy usłyszałem, że planują przerwę po nowym roku, to mam wrażenie, że każdy ich występ jest takim cichym pożegnaniem. Stąd mieszana setlista z przebojami różnych lat twórczości, jak i ciągła jej zmienność – w Wejherowie zabrakło tak pięknie wykonanej na koniec występu w Jarocinie kompozycji „Mickey”.

Wielu festiwalowiczów pojawiło się w miejskim amfiteatrze dla tzw. „mniejszej gwiazdy”, czyli legendarnej formacji Mech. Byli wśród nich członkowie klubu motocyklowego „96”, którzy uświetnili imprezę swoimi pięknymi maszynami. Zespół skłądający się ze starych rock’n’rollowców z kierownikiem zamieszania pod tytułem Maciej Januszko na czele (prezentującym się wyśmienicie w staromodnym i o kilka numerów za dużym fraku) w pięknym stylu uprzyjemnili czas zebranej gromadzie zwolenników cięższego brzmienia i ostrzejszej gitary. No i zrozumiałem nareszcie, co miał na myśli Maciej opowiadając mi kilka lat temu w wywiadzie (swoją drogą wyśmienita rozmowa, dostępna w dziale wywiady) o grającej miniaturce gitary Randy Rhoadsa, jaką podarowali Wylde’owi podczas katowickiego OzzFestu. Tym razem na zgodnym z opisem sprzęcie zagrał Dziki (jak i na kilku innych ciekawych sprzętach, np. elektryku dwugryfowym).

Jako dziennikarz miałem również możliwość przyjrzenia się imprezie od kuchni. Mimo znaczących kłopotów pod znakiem zespołów, które poinformowały o odwołaniu swojego występu praktycznie w trakcie trwania imprezy, festiwal należy uznać jako wyjątkowo udany. Szczególnie dobre wrażenie robiły patenty organizacyjne w stylu przyznania każdemu zespołowi wolontariusza zwanego „opiekunem”, który na miejscu załatwiał wszystkie szczegóły związane z występem (i nie tylko). Również nie znaleziono najmniejszych powodów do narzekania na scenę, nagłośnienie, czy światło. Od strony widza liczyło się coś jeszcze, coś nieuchwytnego, co jednak częstokroć znaczy bardzo wiele – tak zwany klimat. Impreza całkowicie otwarta, darmowa i niebiletowana, z jedyną barierką ustawioną pod sceną, całość zamknięta ramionami półokrągłych trybun wejherowskiego amfiteatru – odnosiło się wrażenie pewnej intymnej swobody w gronie oddanych miłośników muzyki rockowej. Beztroska zabawa, chociaż bardziej dla tej niegrzecznej części młodzieży.

Tadeusz Bisewski



[ Wróć ]