Cocorosie (Warszawa 2007)

15 lipca 2007, Warszawa, Centrum Sztuki Współczesnej

Po zeszłorocznym występie na poznańskiej Malcie, fani zespołu doczekali się kolejnych występów w Polsce. Jeden z nich odbył się na dziedzińcu Centrum Sztuki Współczesnej w warszawskim Zamku Ujazdowskim. Wzrok przyciągał oryginalny wystrój sceny, wyjątkowo małej, lecz przepełnionej nietypowym instrumentarium. Na stolikach różnorodne zabawki dla dzieci, których dźwięki charakterystyczne są dla twórczości sióstr Casady, czarny fortepian, elektryczna harfa. Oświetlenie wprawdzie skromne, lecz uzupełnione ekranem wypełniającym plecy sceny. W takich warunkach odbyło się niepowtarzalne misterium, którego miałam przyjemność być świadkiem.

Zniechęcona godzinnym opóźnieniem publiczność, wśród której można było dostrzec chłopca z domalowanymi wąsami, czy dziewczę z sierrową łezką, wystosowała serię oklasków i gwizdów, zachęcających artystów do wyjścia na scenę. Efekt nie był do końca zadowalający. Pojawił się dziwaczny koleś, w kolorowej czapce, która wydłużała jego już i tak podłużną twarz. Na powitanie zaklaskał o tułów jak foka, po czym przystąpił do prezentacji swoich beatbox-owych umiejętności. Po kilku solówkach przedstawił się jako Tez. Okazało się, że jest w obecnym składzie zespołu Cocorosie i pełni w nim rolę „perkusji”. Publiczność była zachwycona, pojawił się nawet komentarz: „No i kto mi teraz powie, że Cocorosie zrobią coś lepszego?”. Prawda jest taka, że głodny wrażeń tłum zaspokoić nie jest trudno, a Tez solowy zrobił się nudny po pierwszych kilku minutach. Jego beatbox naprawdę ciekawy stał się dopiero jako podkład do muzyki Cocorosie.

Na cały zespół musieliśmy poczekać jeszcze pół godziny. Rozpoczęli serią utworów spokojniejszych, śpiewanych głównie przez Sierrę, operowym głosem. Mimo melancholijnych dźwięków harfy i fortepianu, wykonawczyni miała w sobie dużo pogody ducha, delikatny uśmiech – kojarzyło się to bardziej ze spokojną radością, niż ze smutkiem. Następnie usłyszeliśmy utwory bardziej żywe, w których zazwyczaj dominował paranoiczny wokal Bianki, „bawiącej się” dziecięcymi zabawkami. Przy „Japan” podrygi publiczności przeszły w energiczny taniec. Koncertowe aranżacje znacząco różniły się od tych znanych z płyt studyjnych. Jest to zjawisko normalne i jak najbardziej oczekiwane, jednak w tym wypadku nastąpiła wręcz zmiana konwencji. „By your side” stało się utworem żywym, momentami hiphopowym, zaś „K-hole” balansowało na granicy techno, z powodu wyraźnego, regularnego rytmu nadawanego przez Teza. Porównując nagrania płytowe z zeszłorocznym koncertem z poznańskiej Malty oraz występem w Warszawie, odnosi się wrażenie, że artystki za każdym odegraniem tworzą nowy utwór, za każdym razem stosują nowe sposoby ubierania tego samego tekstu w dźwięki. Muzykę uzupełniały nie tylko telebimowe projekcje, lecz również samo zachowanie sióstr. Kojarzona ze spokojnym, melancholijnym głosem Sierra, w trakcie żywszych utworów beztrosko tańczyła, momentami przypominając dziecko. Dużo mniej energiczna okazała się hiphopowa Bianca, skupiona na śpiewie i operowaniu zabawkami.

Różnorodność i dziwaczność dźwięków, ale też wygląd artystów sprawiał, że cały koncert był przepełniony magią, doznaniami niecodziennymi, jednak to uczucie trwało bardzo krótko. Zwłaszcza, że opóźnienie było dłuższe niż sam koncert, a bis ograniczony do jednego utworu. Było wspaniale, lecz pozostało to niemiłe uczucie pt. „mogło być lepiej” – dlaczego nie było?

Alicja Bisewska



[ Wróć ]