Apocalyptica (Warszawa 2007)

3 listopada 2007, Warszawa

Zacznę szczerze. W ciągu pięciu lat pracy jako dziennikarz muzyczny miałem okazję przeżyć niejedno. Ogromnym uznaniem będzie, jeśli powiem, że to co miało miejsce w zeszłą sobotę na scenie Stodoły, zapisało się w ścisłej czołówce mojego dotychczasowego koncertowego doświadczenia. Będzie to jednoznaczne z postawieniem Apocalyptiki na równi z największymi tego świata. Czuję się upoważniony do takiego stwierdzenia, ponieważ jedynym właściwym słowem, jakie przychodzi mi do głowy w związku z występem tej grupy, to „ewenement”!

Tym, w co powinna zainwestować Stodoła, są bez wątpienia dodatkowe miejsca parkingowe. Chociaż nie jest ich mało, to niezliczone ilości aut o tablicach zdradzających pochodzenie z całej Polski północnej i wschodniej (resztę kraju zapewne obsłużył występ wrocławski) zablokowały nawet pobliskie osiedle. Na krótką rozgrzewkę przylecieli z Finlandii chłopcy o romantycznych korzeniach, co sugerowała by nazwa Sturm und Drang, tyle że jak na romantyków nie zaprezentowali zbyt wysokich lotów, bo covery Iron Maiden potrafili nieźle odegrać nawet debiutanci ostatniej edycji opisywanego w RockDiggerze wejherowskiego Rock Open Air – zespół Blind Trail – czy naprawdę w tym celu trzeba ściągać zespoły ze Skandynawii?

Apocalyptica rozpoczęła tytułowym kawałkiem z najnowszego krążka "Wordls Collide" i był to początek wyśmienity – po delikatnym minutowym wstępie, nastąpiła eksplozja energii, dźwięku i światła, które zalały Stodołę. Co do zapowiadanych efektów specjalnych, to jak zwykle w takich sytuacjach, obiecano rzeczy niestworzone. Scenografia, choć efektowna, była skromna – płótno z logo zespołu oraz krzesła nawiązujące do okładki Wordls Collide – czyli kształt wiolonczeli stylizowany na ludzką czaszkę przez wycięcie otworów oczodołowych. Myślę, że to wszystko znalazłoby się również w Progresji i nie należało tym tłumaczyć przeniesienia koncertu do większego klubu. Miłą ciekawostką był, zaprezentowany dopiero w trakcie bisu, instrument z tak wyciętymi otworami, które dodatkowo dymiły i świeciły. Zagrał na nim nie należący już do zespołu, lecz wspomagający go w trakcie występów Antero Manninen. Muzyk, który mimo udanej kariery Apocalyptiki postanowił poświęcić się muzyce klasycznej, przez cały występ siedział niewzruszenie w ciemnych okularach na swoim miejscu i co ciekawe – zdaje się, że grał najlepsze partie prowadzące, np. w "Grace", podczas gdy reszta bandu w nieustannym ruchu zdobywała uznanie widzów, grając z reguły partie rytmiczne. Szczególnie efektowny okazał się równoczesny mosh Eicca (jasny blond) oraz Perttu (piekielny czarny), który niemal zlewał się w całość przypominającą znak YinYang. Co ważne, chłopcy zgrywali się nie tylko wizualnie, czego dowód przyszło nam poznać przy pierwszym naprawdę mocnym akcencie – coverze Metalliki "Figh Fire With Fire" – w którym wspólnie odegrali porywające solo (sic!). Warte podkreślenia jest również zagranie "Nothing Else Matters" – wprawdzie ze skróconym początkiem (dlaczego!?), lecz z gromkim udziałem publiczności.

Zespół może pochwalić się również uporem w niezapraszaniu na swoje występy wokalistów, na których brak nie mogą narzekać w studiu. Chociaż publiczności marzyłoby się usłyszenie Tilla Lindemanna z zespołu Rammstein, to może i dobrze, że Finowie są tak konsekwentni, bo zamiast niego mogłoby paść na Villego Valo, czy Lauriego Ylonena z The Rasmus i można by się było zniesmaczyć. No więc "Helden" również usłyszeliśmy w wersji instrumentalnej, co jednak w żadnym wypadku nie umniejszyło wyrazowi tej kompozycji. Z kolei promujący krążek singel "I’m No Jesus" nagrany z udziałem Corey’a Taylora ze Slipknot wypadł wyjątkowo miernie. Stawiam pół litra wódki Finlandia, że muzycy nie wybrali tego utworu do promocji z własnej woli. Nie dość, że nie jest w żadnym stopniu reprezentatywny dla całego wydawnictwa, to co by tu dużo mówić – jest po prostu słaby. Odegrać go najwidoczniej musieli i całe szczęście, że zrobili to na początku występu, abyśmy już mogli do końca delektować się udanymi kompozycjami.

Drugim bisem i jednocześnie ostatnim zagranym utworem był rammsteinowski "Seeman", który wprowadził widzów w stan spokojnego uniesienia i nastroił fanów na powrót do domów (w wielu przypadkach długi powrót) – chociaż ja osobiście jeszcze przez kilka dni po koncercie miałem w uszach i przed oczami wspomniane "Fight Fire With Fire".

Nie bez znaczenia było efektowne oświetlenie, najwidoczniej dostosowane do pomieszczeń większych niż Stodoła (w jego skład wchodziło m.in. pięć potężnych reflektorów Showgun). Ogólnie produkcja, a w szczególności dźwięk, nie pozostawiała nic do życzenia, osiągając poziom, którego niestety jeszcze często w Polsce brakuje.

Wracając na koniec do wstępu i słowa „ewenement”. Piszę to trochę na siłę, bo wydaje mi się to oczywiste. Cała moc tkwi w wiolonczelach! (czy to nie banał?). Ten klasyczny instrument o niezwykłym brzmieniu został przez Finów w genialny sposób zaadaptowany do zupełnie nowych, rock-metalowych funkcji (z dodaniem technik gry, jak i realizacji dźwięku, np. przesterowanego). Potencjał tego rozwiązania daje Zespołowi możliwości, jakimi nie dysponował niejeden pionier rocka. A co najważniejsze, ci wyśmienicie wykształceni muzycy, wzorowo te możliwości wykorzystują, tworząc coś, czego nigdy wcześniej nie słyszano.

Tadeusz Bisewski



[ Wróć ]