Roskilde Festival 2007

5-8 lipca 2007, Roskilde, Dania

Z festiwalem związana jest pewna tradycja, według której ulewne deszcze występują co dwa lata, na przemian z pogodą słoneczną (jaką mieliśmy w zeszłym roku). Więc mimo, że deszcz nie jest niczym nowym dla tej imprezy, to tegoroczna ulewa zaskoczyła nawet najstarszych roskildowiczów. Pierwszego dnia imprezy przywitała nas miesięczna dawka opadów. W wodzie, błocie i mieszance błota z trocinami (rozsypywanymi przez organizatorów dla prowizorycznego utwardzenia terenu) pływało dosłownie wszystko, włącznie z zawartością namiotów, jak i z samymi festiwalowiczami.

Wyjątkowo złośliwa jest pogoda dla tegorocznych festiwali – to przecież nie tylko w Roskilde przemokli wszyscy na wylot. Wstępem był gdyński Heineken, a dotychczasowym finałem urodziny Heya na festiwalu w Jarocinie. Nie wzruszy mnie to, gdy na Offie zacznie padać. Posłuchajcie rady prorocka: weźcie kalosze i peleryny!

Chciałoby się powiedzieć, że pogoda swoje i muzyka swoje, lecz nie było tak do końca. Zupełnym ślepcem musiałby być ten, kto nie zauważyłby apokaliptycznej współpracy rozgniewanego nieba z głębią dźwięków ekipy Bjork, szczególnie przy tak mocnym wykonaniu „Army of Me”. Koncert o wiele lepszy, niż ten którego byliśmy świadkami na gdyńskim Heinekenie, przede wszystkim ze względu na kontakt z publicznością. Z niewiadomych przyczyn małomówni artyści w Roskilde rozwiązują języki, podobnie jak w zeszłym roku Maynard z Toola, tak w tym roku Bjork prowadziła wprawdzie jednostronną, ale rozbudowaną konwersację – szczególnie dziękowała za wytrwałość mimo pogody. Artystka promowała najnowszy album, rozpoczęła od „Earth Intruders”, nie zabrakło „Innocent”, czy „My Juvenile”. Z charyzmą Islandki konkurowała elektronika i instrumentalne zabawki, których nie powstydziłby się Jarre. Jednak ostatecznie wszystko zgrało się w wielką harmonię i zapisało się na długo w pamięci widzów.

Najbardziej kontrowersyjny okazał się występ Red Hot Chili Peppers. Nie przeczytałem, ani nie usłyszałem żadnej (!) pozytywne oceny tego koncertu, chociaż absolutnie ni e rozumiem, na co tak właściwie narzekano. Owszem, tego samego dnia zespół zagrał na londyńskim Wembley, a występ ich można było na żywo oglądać na całym świecie. Możliwe, że mieli dzięki temu dosyć na ten dzień swoich wielkich pioseneczek – i tym lepiej dla Roskilde! Byliśmy świadkami prawdziwego koncertu, nie odgrzewania płytowych przebojów, lecz szczerej i spontanicznej muzycznej uczty. Przede wszystkim dzięki wyjątkowo licznym solówkom i improwizacjom w trakcie, jak i pomiędzy utworami, mogliśmy przekonać się, jakim geniuszem jest Frusciante. Ale i pozostali muzycy nie pozostali mu dłużni, dając całkowicie niekontrolowany Koncert, zamiast odgrywanego Show, na które chyba wszyscy liczyli (!?).


Tuż przed tym występem główną scenę Festiwalu opanowali weterani z The Who. Obawiałem się, że wyjdzie z tego coś na kształt zeszłorocznego Boba Dylana, który niby był na scenie, ale jakoś go nie tam było… Nic z tego! Daltrey i Townshend zagrali mocno i świerzo, lecz zachowując swój stary i niepowtarzalny styl. Mimo problemów z głosem tego pierwszego, przez dwie godziny grali swoje the best of, porywając każdego, kto zbliżył się w okolice Orange Stage.

Dzień wcześniej, czyli drugiego dnia festiwalu, zagrali weterani w nieco innej kategorii. Starszych panów w garniturach zdradzały młodzieńcze ruchy i wciąż te same, dobrze znane głosy. Beastie Boys, bo o nich mowa, mimo wieku zaprezentowali się w szczytowej formie. Znane hiphopowe szlagiery w stylu „Body Movin” przeplatały się z najnowszymi kompozycjami na żywe instrumenty z krążka „The Mix-Up”. Na bis zostawili „Intergalactic” i dedykowane Bushowi „Sabotage”. Nawet usterki techniczne, w rodzaju przepalenia pieca basowego, nie popsuły tego pięknego przedstawienia.

Ostatniego dnia imprezy tych największych gwiazd zabrakło, co doprowadziło do sytuacji, w której po tak wyśmienitych artystach, jakich już wymieniłem, cały festiwal przyszło zamykać grupie Basement Jaxx. Wprawdzie zrobili to najlepiej jak mogli, lecz miało się uczucie niedosytu, którego nie mogły naprawić nawet obfite fajerwerki zafundowane widowni w trakcie finału.

Tego dnia pogram Orange Stage wypadł wyjątkowo słabo. Jedynie Muse (bo przecież nie Arctic Monkeys, które zagrało tam w tym roku awansem, po zeszłorocznym występie na Arenie – największym festiwalowym namiocie). Muse tym razem bez niepotrzebnych scenicznych dodatków, które w Gdyni tylko rozpraszały uwagę od tego co najważniejsze. Chodzi przecież o Muzykę, a było czego słuchać – co utwór, to przebój – aż zapomniało się, że tyle ich jest w dorobku Brytyjczyków.

Z występów na głównej scenie szczególnie zapisał się jeszcze jeden – The Flaming Lips. Wprawdzie obyło się bez lądowania UFO, ale przybyły obowiązkowe pluszaki nie robiące nic, poza bezproduktywnym podskakiwaniem i kręceniem się po scenie, no i oczywiście konfetti, serpentyny, dym i balony (niektóre wielkości dorosłego człowieka) w ilościach po prostu przygniatających. Absolutnie chaotyczne, psychodeliczne wielkie show, które zawsze warto zobaczyć, chociażby dla jego niepowtarzalności.

Charakterystyczne dla tej imprezy jest rozplanowanie koncertów na sześć niezależnych scen, co pozwala pozostawić na każdej z nich dużo czasu na montaż kolejnych wykonawców (bez wątpienia zwiększa to jakość widowisk!). W związku z tym nieustannie wędruje się między scenami, bowiem ciągle gdzieś coś się dzieje. Efektem ubocznym, również charakterystycznym, jest nakładanie się kilku koncertów w tym samym czasie, przez co festiwalowi cze przyzwyczajają się do oglądania koncertów od połowy, lub fragmentarycznie. Najgorzej jest wtedy, gdy trzeba z czegoś zrezygnować. Dylematów bywa wiele, pierwszym i najpoważniejszym jaki dotknął mnie było: Queens Of The Stone Age, czy CSS. Co byście zrobili? Ja wybrałem Brazylijczyków i nie żałuję. Może i znudzeni są byciem sexy, ale na pewno nie są znudzeni graniem koncertów. W żadnym też wypadku nie nudzili się fani. Ta spokojna duńska publiczność, której ze względów bezpieczeństwa zakazuje się wszelkiego ruchu pod sceną, kilkukrotnie rozszalała się podczas całego festiwalu. Oprócz występu CSS ruchu nie zabrakło również na dancerockowym New Young Pony Club, czy francuskiej Gojirze.

Szczególnie fani tej cieżkometalowej formacji narobili zamieszania, wprowadzając ochronę w stan pogotowia i zrobili to nie bez podstaw, bowiem zespół, jak mało który w tej kategorii, zasłużył na słowa uznania. Są mało znani i tym bardziej polecam ich nie tylko fanom metalu! Podobnie rzecz ma się z amerykańskim Pelicanem, który dostarczył mi wiele przyjemności w trakcie dominacji Arktycznych Małp na głównej scenie. Pelican jest ewenementem na wielką skalę, osiągnęli coś niezwykłego – przy tak ciężkim brzmieniu jakim operują, potrafią wciągnąć słuchacza w trans niezwykle lekkiej natury. Po prostu czysta przyjemność.

Może w tym miejscu przyznam się do pewnej rzeczy. Otóż wybrałem się również na My Chemical Romance. Powiem więcej – nie żałuje! Panie i panowie, ubaw po pachy! Gerard Way na żywo jest jeszcze śmieszniejszy, niż na ekranie telewizora. A jak zabawnie popiskuje i macha rączką. Wymarzony przerywnik pomiędzy koncertami.

Przechodząc do rzeczy bardziej melancholijnych zacznę oczywiście od Soulsavers z Markiem Laneganem. Pięknie, po prostu pięknie, szkoda tylko, ze tak krótko – czy to było pół godziny? Człowiek ledwo popadł w ten magiczny letarg, a tu scena zrobiła się pusta i trzeba było wracać do rzeczywistości. Całe szczęście następnego dnia Spiritualized, który na powrót (i nawet na tej samej scenie) wprowadził nas w stan szczególnego zamyślenia swoim akustyczno-chóralnym setem.
Bez kontemplacji, chociaż już o nieco innym charakterze, nie obeszło się na Arcade Fire, które właściwie rozpoczynało festiwal. Największy koncertowy namiot wypełnił się po brzegi, a jeśli się ktoś spóźnił, to musiał się zadowolić samym dźwiękiem na zewnątrz – a szkoda, bo było również na co popatrzeć. Wystrój sceny nawiązywał do ostatniego krążka „Neon Bible” i on również dominował w repertuarze.

Czas na dwie formacje bardziej taneczne. LCD Soundsystem z charyzmatycznym Jamesem Murphym na wokalu i w roli kierownika zamieszania oraz kompletny odjazd w postaci duńskiego Band Ane.  O ile od tego pierwszego było mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać, to Duńczycy zaskoczyli mnie totalnie. Porywający elektroniczy dance z ogromnym powerem. Na tej samej scenie, a był to zupełnie nowy namiot o nazwie Astoria, wyposażony w rozbudowane trybuny i piękne oświetlenie, zobaczyliśmy również 21-letniego chłopaka o nazwisku Zach Condon – to oczywiście Beirut i przegląd folkowych melodii z całego świata w nowoczesnej aranżacji.

Z grania bardziej rockowego nie można zapomnieć o formacji, którą organizatorzy z niewiadomych przyczyn wrzucili na najmniejszą scenę Pavilon i to o godzinie 13:00. Camera Obscura mogłaby zaczarować całą Arenę w godzinach szczytu. Nie możliwe jest pozostanie obojętnym dla tak pięknych melodii i urzekająco spokojnego głosu Tracyanne Campbell. Zupełnie inaczej organizatorzy potraktowali trio Peter Bjorn And John, każąc im grać o północy, chociaż już na większej scenie – powiedzmy, że na trzecim co do wielkości, Odeonie. I jeszcze jedno miłe gitarowe granie, to Wilco. Zespół trochę zapomniany, utwory lekko przykurzone (chociaż nie brakowało tych ze Sky Blue Sky), widzów niestety mało, chociaż może spowodowały to te pieprzone Małpki na Orange Stage.

Na koniec dwoje faworytów, chociaż nie jestem wielkim fanem żadnej z tych kapel – przekonało mnie do nich dopiero to, co zobaczyłem na scenie. Najciekawsze, że obydwa zespoły pochodzą ze Skandynawii i nie są to żadni metalowcy. Po pierwsze: Mando Diao. Niech mi ktoś wytłumaczy, jak powstała ta maszyna do zabawy. Szczególnie ten beatlesowski image przypadł mi do gustu. Po drugie: Datarock. To już kompletny odjazd. W Polsce to jest tak, że nawet nasze kabaretowe Pogodno musi mieć zajebisty przekaz, aby nie zostało nazwane głupim. W krajach dobrobytu, gdzie trosk jest mniej, możliwa jest czysta zabawa, bez przekazu i nie jest ona głupia! (chociaż może nie jest z nami tak źle – mamy przecież Dick4Dick). Datarock w pięknym stylu, na koniec festiwalu (na Orange montował się już Basement Jaxx) zafundował nam godzinę wspaniałej zabawy, szczerego śmiechu i odpoczynku dla umysłu, na przykład przy parodii soundtracku Dirty Dancing, czy utworach w stylu „I Used To Dance With My Daddy”. Nie zabrakło oczywiście przeboju „Fa Fa Fa”.

Jeszcze jedna uwaga, dotycząca nie konkretnych wykonawców, lecz ogólnie festiwalu. W jednym z namiotów na zapleczu wywieszono reklamujące festiwal plakaty ze wszystkich lat, czyli od 1971 roku. Oglądając je, pomyślałem jak to wszyscy rozpisują się na temat gigantyczności Roskilde, ile jest scen, ile dni, ilu wykonawców – a to wszystko nic nie znaczy! Dopiero jak się prześledzi historię tej imprezy, można zrozumieć dlaczego jest to tak ważne miejsce. Chuck Berry, Bob Marley, Nirvana, Sex Pistols – oni już nie zagrają, ale jest ogromne grono wielkich tego świata, którzy wracają tu mimo upływających lat – Black Sabbath, The Who, Bob Dylan. Obok nich ogromna liczba artystów trochę mniejszych i zupełnie małych. Wiele współczesnych supergwiazd można znaleźć w alfabetycznym spisie mniej znaczących kapel sprzed lat, np. Red Hot Chili Peppers, czy Pearl Jam. Są akcenty z całego świata, nawet z Polski: Republika w 1984, czy Kapela ze wsi Warszawa sprzed dwóch lat. Na tych plakatach zapisana została historia muzyki rozrywkowej, od ery hipisowskiej (impreza ta powstała na wzór festiwalu w Woodstock) do współczesnej elektroniki i wszechobecnego eklektyzmu. Tych wykonawców nie liczy się już do 160, lecz do kilku tysięcy - to jest właśnie potęga Roskilde. Pomijając wiele szczególnych historii w stylu otrzymania Orange Stage od zespołu The Rolling Stones, czy tragedii z 2000 roku. To miejsce jest historyczne, a historia ta dzieje się do dzisiaj. Dlatego właśnie warto tam pojechać, zobaczyć tę niezmienną od dziesiątek lat scenę w kształcie pomarańczowego namiotu oraz sceny pomniejsze, mające również swoje tradycje, a pod nimi wielkich i mniejszych, starszych i młodszych artystów z całego świata. Ta historia wciąż trwa!

Tadeusz Bisewski



[ Wróć ]