Armia, Lao Che (Gdynia 2007)

13 kwietnia 2007, Gdynia, klub uCho

W wiosenny piątkowy wieczór, w gdyńskim klubie uCho, odbył się pierwszy z serii sześciu wspólnych koncertów Lao Che i Armii. Było przyjemnie, ale bez rewelacji. Oba zespoły pokazały to, co robią najlepiej i jak najlepiej potrafią – czyli kawał dobrego rocka! Jeśli komuś za mało, to… absolutnie to rozumiem. Poniżej głównie o tym co nie zagrało i co zagrać mogło lepiej.

Lao Che rozpoczęło kawałkiem zupełnie nowym. W sumie na całym koncercie usłyszeliśmy ich aż pięć. Trudno się do nich jednoznacznie ustosunkować po jednorazowym odsłuchaniu w średnich warunkach koncertowych – niemal do samego końca występu cisnęła się na usta parafraza: „Panie akustyk, Pan pozwoli, że powiem gdzie mnie boli, otóż nagłośnienie Pańskie to jest z dupy!”. Tak, najprawdopodobniej była to jednorazowa wpadka, ale szczególnie utrudniła odbiór nowego materiału, zwłaszcza liryki. Ze strzępków słów, które dolatywały na koniec sali, wywnioskować można było, iż mimo zaprzeczeń jakoby zespół nie planował żadnego koncept-albumu, to wyjść on może im mimo woli. Trudno jeszcze mówić o całości, ale w zaprezentowanych kawałkach dominowała tematyka religijno-emocjonalna. Spięty śpiewał o potopie, Jezusie (czyżby wpływ Budzego?), również o miłości. No i wprawdzie nie ma mowy o rewolucji na miarę Powstania, to bez wątpienia szykuje się coś niezwykle ciekawego, a te kilka utworów zagranych fanom jako przedsmak sprawiają, że oczekiwanie na główne danie staje się coraz bardziej emocjonujące.

Koncert wypełniły głównie piosenki z Powstania Warszawskiego – zabrakło jedynie „Kanałow” i „Hitlerowców”. Resztę prawie półtorej godzinnego koncertu wypełniły „Gusła” – rewelacyjny „Wisielec”, ale zabrakło „Astrologa”. Przyznaję, że zmiany aranżacyjne w wykonaniach koncertowych są w cenie. Mam tylko dziwne wrażenie, że w wypadku Lao utwory stają się niestety gorsze (przecież taki „Klucznik” jest zajebisty, bo jest właśnie taki, jaki jest, a nie inny!). Zazwyczaj przekombinowane (szczególnie zmiany rytmu), momentami nazbyt uproszczone (wokal). Siła, żywioł po prostu zasłaniają artyzm i wymowę utworów, a szybsze tempo wraz z uproszczeniem wokalu wyglądają na robienie z siebie na siłę punkowców – mam tylko nadzieje, że nie jest to kamuflaż. Pytanie bowiem, co skłania chłopaków do takiego kombinowania – jeśli myślą, że tak jest „fajnie”, to tylko są w błędzie, jeśli zaś zmusza ich do tego niemożność odwzorowania płyty na żywo, to świadczyłoby to niestety o niskiej klasie zespołu, a to przecież również nie może być prawdą. Owszem, wiem że łatwo jest krytykować (właśnie to robię i przychodzi mi to z łatwością), tyle że wstępem do krytyki jest wymaganie, a wymagać należy zwłaszcza od najlepszych – Lao Che zaliczam do tej grupy i martwi mnie, że na żywo prezentują niższy poziom, niż bym sobie tego życzył.

Impreza zarobiła jeszcze jedną niezmywalną krechę. Ile to już było takich sytuacji, gdy organizatorzy podawali niewiarygodne informacje, a później nie było śladu zapowiadanych „fajerwerków”. Po tym jak ogłoszono, że oba zespoły szykują utwory do wspólnego wykonania, miałem nadzieję usłyszeć np. „Ludzi wschodu” odegranych przez Lao z wokalnym wsparciem Budzego. Nic z tego. Fantazje legły w gruzach, gdy po Lao Che zainstalowała się Armia i zwyczajnie zaczęła odwalać swoje.

Napisałem „odwalać”? – właściwie to dobrze napisałem. Ten zespół to Historia i ma to swoje zalety, jak i wady. Pod względem twórczym zespół poważnie kuleje, co poniekąd potwierdzają sami muzycy układem setlisty – jeżeli stare, jeszcze „jarocińskie” przeboje kumulują się w bliskości finału, gdy współczesne utwory służą jako rozgrzewacz, to wyraźnie widać, który materiał Budzy i spółka bardziej cenią. Z ostatnich przebojów jedynie „Poza prawem” mogło zainteresować  scenicznym powerem. Z drugiej strony owej ‘historyczności’ zespołu stoi fakt, który sprawia, że naprawdę warto na ich koncerty przychodzić – otóż Armia udowadnia, że Legenda wciąż żyje! Można powiedzieć, że utwory z tej płyty, jak i wcześniejszej „Antiarmii”, grają się same, a do tego prezentują się po prostu rewelacyjnie. Siła sprzed dwudziestu lat wciąż nie opuszcza tych kompozycji. Inna sprawa, że trudno zgrać dźwięk z obrazem, gdy obok Budzego (no i rzecz jasna Banasika z waltornią) widzi się muzyków, którzy równie dobrze mogliby być rówieśnikami „Aguirre”, czy „Niewidzialnej armii”.

Jednak mimo tych zastrzeżeń nie mam najmniejszego zamiaru przekreślać występów Armii – wręcz przeciwnie: polecam! Bo właściwie co poradzić? Zmiany personalne dotyczą niemal każdego zespołu, a szczególnie tych o dłuższej karierze, a wczesny materiał jest na tyle genialny, że utrzymując założenia i stylistykę trudno im teraz nagrać coś lepszego. Takie problemy ma zresztą wielu naszych polskich, rockowych „klasyków”. Przy okazji, czy ktoś z Was wytrwał przy telewizorze podczas transmisji koncertu solidarnych z Jamajką do momentu, gdy na scenie pojawił się Brylewski? Powiem wprost: ja byłem szczerze wzruszony! Kocham tego człowieka i mimo, że występ był piękny, to śmiem wątpić o jego scenicznej kondycji – i co się dziwić, że ludzie są wymieniani na nowych. Chociaż może w tym przypadku, to troszeczkę inna sytuacja, ale ilustracja jest barwna i co najsmutniejsze bardzo prawdziwa.

Wychodząc z gdyńskiego uCha czuło się niedosyt właściwie dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim zabrakło zapowiadanych „fajerwerków”, chociaż nowe utwory Lao Che słuchało się z wielkim zainteresowaniem, ale obiecano nam coś jeszcze. Z drugiej strony, mimo wszystko, impreza miała wiele dobrych momentów, a w takiej sytuacji zwyczajnie chce się więcej… i zdaje się, że na tym zakończę:  tak, stanowczo chcemy więcej!

Tadeusz Bisewski



[ Wróć ]