Przystanek Woodstock 2006
28-29 lipca 2006, Kostrzyn n/Odrą
To chyba najdziwniejsza impreza w kraju, jeżeli nie w Europie. Setki tysięcy ludzi, scena sięgająca szóstego piętra z nagłośnieniem i oświetleniem światowego poziomu, na niej trzydzieści zespołów z pięciu krajów, a wszystko za zupełną darmochę. Przystanek Woodstock ma tylu zwolenników, ilu przeciwników i trudno się temu dziwić – a prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy. Jednak nie mam zamiaru poruszać zagadnień ideologicznych i argumentów używanych w dyskusjach o tej imprezie. Postaram się tylko, najrzetelniej jak tylko potrafię, opisać to, co działo się na woodstockowej scenie i poza nią oraz jak reagowali na to uczestnicy festiwalu.
W mniemaniu niektórych Przystanek Woodstock, to wciąż ten sam syf i przeciętne kapele. Pragnę wszystkich zapewnić, że nie tylko nie jest to sam syf, ani też nie wszystkie kapele należą do tych przeciętnych, a w dodatku również kolejne Przystanki znacznie się między sobą różnią. Osobiście najmilej wspominam „gwiazdorski” Woodstock 2002, kiedy to nagrywano Najgłośniejszy Film Polski (m.in. Hey, T.Love, Raz Dwa Trzy, Orkiestra Symfoniczna grająca „Bolero”, czy monstrualne show w wykonaniu Sweet Noise). Rok później dominowało „cięższe brzmienie” (wystąpiło Killing Joke, a także Vader, Acid Drinkers, Hunter, Corruption) W 2004 mieliśmy Przystanek bardziej „punkowy” (był Dezerter, Dee Facto, Armia). Jak nazwać tegoroczny Woodstock? Być może odpowiednim słowem będzie „kameralny”, chociaż dziwnie może to zabrzmieć przy 100 tysiącach uczestników, ale wystarczy wspomnieć lata, w których było ich nawet cztery razy więcej, chociaż nie tylko dlatego tym razem było „kameralnie”.
Przede wszystkim, zagrało niewiele znanych zespołów, przez co zjechało się wyjątkowo mało ludzi. Było to zauważalne w tłumie pod sceną, gdy w „godzinach szczytu” (czyli podczas nocnych koncertów) można było spokojnie podejść pod same deski sceny bez żadnego przeciskania się. Poza tym woodstockowicze porozchodzili się w różne miejsca. Mieli do dyspozycji tzw. Scenę Folkową, która funkcjonowała do późnych godzin i cieszyła się naprawdę dużym zainteresowaniem. Coraz prężniej działa scena Pokojowej Wioski Kryszny, na której w tym roku zaprezentowały się m.in. Zielone Żabki (chociaż te stanowczo odcięły się od swojej przeszłości i byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby zmienili nazwę, pod którą występują). Nawet wioska piwna Tyskie prowadziła swoją alternatywną imprezę, nie wspominając już o specjalnym namiocie dla naszych zachodnich sąsiadów, w którym leciała wyłącznie muzyka niemiecka. No ale naprawdę kameralnie można się było poczuć w uruchomionej po raz pierwszy Akademii Sztuk Przepięknych.
ASP okazało się strzałem w dziesiątkę, chociaż wielokrotnie pomysłodawca, czyli Zbigniew Hołdys, wraz z Jurkiem Owsiakiem, opowiadali jak bardzo ryzykowny był to krok i jak bardzo są zaskoczeni pozytywnym odbiorem ich inicjatywy przez woodstockowiczów. A działo się tam niemało. Przede wszystkim spotkania w wielkim namiocie z takimi ludźmi jak np.: Kazimiera Szczuka, Janusz Głowacki, Monika Olejnik. Były rozmowy o religii, np. z księdzem Wojtkiem Drozdowiczem, czy z palestyńskim przywódcą islamskim Ali Abi Issa. Wykłady o historii ruchu hipisowskiego poprowadził Marek Garztecki. Były również popisy i anegdoty genialnych muzyków, czyli Wojtka Pilichowskiego i Marka Raduli. Zawsze i każdemu można było zadać pytanie, posłuchać ich opowieści i wszystkie te spotkania należy uznać za naprawdę udane, z zachowaniem wszelkich zasad kultury osobistej i dyskusji oraz na wysokim poziomie merytorycznym – w co na pewno wielu ludzi, których tam nie było, nigdy nie uwierzy – bardzo niesłusznie!
ASP to również warsztaty, a w szczególności gitarowe i bębniarskie – uczestnicy tych dwóch mieli możliwość zaprezentowania się na dużej scenie drugiego dnia imprezy, ale nie to jest najistotniejsze. Bardziej liczy się fakt, że gdy siedzi się w namiocie z gitarą w ręku (oczywiście dobre gitarki były zapewnione na miejscu), wśród kilkunastu innych osób i uczy się profesjonalnych sztuczek, lub też słucha wykładu, albo dyskutuje o ważnych rzeczach tego świata, to cały ten ogromny Przystanek Woodstock przestaje mieć masowy charakter. W momencie, gdy przeciętny człowieczek ma możliwość aktywnego uczestnictwa w wydarzeniach odbywających się w ramach imprezy, to wtedy dopiero staje się to prawdziwym festiwalem, a nie tylko prezentacją wielu kolejnych zespołów na scenie. Jeżeli taki był zamiar, to znakomicie się udał, ale można było odnieść wrażenie, że w tym wszystkim zapomniano trochę o muzyce. Mam na myśli to, że ta olbrzymia półokrągła scena, to największa produkcja w kraju i marnuje się ona, gdy są zapraszane takie gnioty jak białoruska Rasta. Ta scena mogłaby obsłużyć największych tego świata, gdyby tylko chcieli na niej zagrać – i do tego właśnie organizatorzy powinni dążyć, a Akademię pozostawić sobie samej, jako twór od sceny niezależny.
Przechodząc do wykonawców nie mógłbym zacząć od nikogo innego jak od grupy Gravitation. Czy ktokolwiek wcześniej słyszał o takiej kapeli? Bez wątpienia nikt, bowiem powstała ona specjalnie na tegoroczny Przystanek. Nazwa, pod którą ukryła się Justyna Steczkowska ze swym zespołem, pochodzi bez wątpienia od przeboju „Grawitacja”. Sama artystka przyznała, że na codzień zajmuje się trochę inną muzyką (czego próbkę zaprezentowała na bis) i że na ten występ przygotowała specjalne aranżacje swoich utworów. Można powiedzieć, że Justyna coverowała samą siebie, a każdy może sobie wyobrazić jaką moc ma jej wyjątkowy głos w połączeniu z mocnym rockowym graniem. Brak słów – po prostu rewelacja!
Lecz wróćmy do początku. O godzinie piętnastej dnia pierwszego festiwal tradycyjnie odgwizdał zawiadowca stacji Żary, pan Roman Polański, w towarzystwie Jurka Owsiaka i potomstwa (w tym po raz pierwszy z roczną wnuczką). Zagrała orkiestra i poleciały pierwsze kapele. Imprezę rozpoczął występ grupy Big Cyc. Skibę z kolegami zaproszono, zdaje się, że przede wszystkim, dzięki ostatniemu przebojowi pt. „Moherowe berety”. Owsiak nie szczędził uwag dotyczących „obecnej sytuacji politycznej”, więc ten utwór pasował mu idealnie. Na szczęście zespół nie zapomniał o swoich starszych utworach, a szczególnie uradowała publiczność „Ballada o smutnych skinie”, którą oczywiście odśpiewało kilka tysięcy gardeł.
Podążając śladem politycznej nagonki Owsiaka, w świetle wypuszczonej tuż przed Woodstockiem serii koszulek z napisem „Romek, jestem patriotą!” niezbędny wręcz musiał być występ zespołu Lao Che, który przed rokiem wydał bardzo patriotyczny krążek o powstaniu warszawskim. Koncert był zwięzły, mocny, chociaż można było odnieść wrażenie, że zespół „gdzieś się spieszy”, ale to może mniej istotne. Dostali nagrodę Złotego Bączka. Wszystko pięknie, tylko coś tu kurde śmierdzi. W żaden sposób nie należę, do zwolenników obecnej władzy, ani tez złego słowa nie powiem o zespole Lao Che. Jednak mieszanie jednego z drugim, na tak masowej imprezie, w sposób osobisty dla jednego człowieka i zgodnie z tylko jego światopoglądem, jest stanowczo godne nagany. Oczywiście każdy organizator festiwalu ma prawo zaprosić przez siebie wybranych wykonawców. Również każdy konferansjer może krytykować, co mu się podoba. Tylko, gdy te dwie funkcje łączy jedna osoba, zaczyna to przypominać jakąś podstępną agitację. Oczywiście, można dawać ludziom do myślenia, ale trzeba też pozwolić im myśleć samemu, a tymczasem podchwycony od pana Owsiaka temat ministra Giertycha, braci Kaczyńskich i reszty „towarzystwa” stał się wręcz „obowiązujący” i był powtarzany do obrzydzenia przez ogromną ilość wykonawców (nawet zagranicznych). Giertych jaki jest, każdy widzi – czy naprawdę trzeba o tym tyle opowiadać?
Wracając do muzyki, pierwszego dnia bawiliśmy się jeszcze przy Flapjacku i Vavamuffin, po którym wystąpiło coś z zupełnie innej bajki. Wolna Grupa Bukowina, to oczywiście coś dla „wtajemniczonych”, których na szczęście na Woodstocku nie zabrakło. Pięknie, w swoim stylu, nie zważając na muzyczną odmienność w świetle reszty scenicznego towarzystwa. Był „Majster Bieda”, była „Piosenka o zajączku”, było wspomnienie Wojtka Belona... Brawa za odwagę i wyjątkowy koncert.
Gwiazdami drugiego dnia były dwa wyjątkowe zespoły. Obydwa z Francji i obydwa grające w rytmach reggae – Baobab oraz Babylon Circus. Francuska scena nie ma praktycznie żadnego poparcia w naszym kraju, a jak się okazuje, należałoby to zmienić. Szczególnie Babylon zasługiwał na większą uwagę. Francuzi wprowadzili na woodstockową scenę prawdziwie zachodni profesjonalizm, zarówno w warstwie muzycznej, jak i w samym sposobie prezentacji. Zespół wręcz magnetycznie przyciągał ludzi pod scenę i nie było to wcale spowodowane czekającą już za sceną gwiazdą wieczoru, czyli KSU. Punkowcy z Bieszczad również otrzymali Złotego Bączka (w tym roku przyznano dwie statuetki – podobno walka była wyjątkowo wyrównana). Siczka dziękując publiczności za nagrodę powiedział, że gdyby nie Woodstock, to nie byłoby w Polsce miejsca na ich muzykę. Osobiście uważam, że zależałoby to tylko od nich. Festiwal zakończył się po godzinie czwartej nad ranem odśpiewanym przez Carrantuohill i ich gości przebojem grupy VooVoo „Łobi Jabi”.
Co jeszcze można powiedzieć o tegorocznym Woodstocku - można opowiedzieć o pogodzie i wcale nie będzie to banalny temat (przypomnijmy sobie lipcowe upały). Podczas pierwszych koncertów, sucha ziemia byłego poligonu w Kostrzynie dała tyle kurzy, że nawet stali bywalcy woodstockowego pola byli zaskoczeni. Upał był również powodem dwóch śmiertelnych wypadków na terenie festiwalu i nic by tu nie pomogła proponowana przez władze prohibicja (mogła by odnieść nawet odwrotny skutek). Tym bardziej nic nie pomoże spychanie winy na wojewodę lubuskiego, który owej prohibicji nie wprowadził (i słusznie). To smutna historia, ale tutaj naprawdę nikt nie zawinił. Miejmy tylko nadzieję, że takie zdarzenia nie będą się powtarzały w przyszłości.
Do zobaczenia za rok w Kostrzynie.
To chyba najdziwniejsza impreza w kraju, jeżeli nie w Europie. Setki tysięcy ludzi, scena sięgająca szóstego piętra z nagłośnieniem i oświetleniem światowego poziomu, na niej trzydzieści zespołów z pięciu krajów, a wszystko za zupełną darmochę. Przystanek Woodstock ma tylu zwolenników, ilu przeciwników i trudno się temu dziwić – a prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy. Jednak nie mam zamiaru poruszać zagadnień ideologicznych i argumentów używanych w dyskusjach o tej imprezie. Postaram się tylko, najrzetelniej jak tylko potrafię, opisać to, co działo się na woodstockowej scenie i poza nią oraz jak reagowali na to uczestnicy festiwalu.W mniemaniu niektórych Przystanek Woodstock, to wciąż ten sam syf i przeciętne kapele. Pragnę wszystkich zapewnić, że nie tylko nie jest to sam syf, ani też nie wszystkie kapele należą do tych przeciętnych, a w dodatku również kolejne Przystanki znacznie się między sobą różnią. Osobiście najmilej wspominam „gwiazdorski” Woodstock 2002, kiedy to nagrywano Najgłośniejszy Film Polski (m.in. Hey, T.Love, Raz Dwa Trzy, Orkiestra Symfoniczna grająca „Bolero”, czy monstrualne show w wykonaniu Sweet Noise). Rok później dominowało „cięższe brzmienie” (wystąpiło Killing Joke, a także Vader, Acid Drinkers, Hunter, Corruption) W 2004 mieliśmy Przystanek bardziej „punkowy” (był Dezerter, Dee Facto, Armia). Jak nazwać tegoroczny Woodstock? Być może odpowiednim słowem będzie „kameralny”, chociaż dziwnie może to zabrzmieć przy 100 tysiącach uczestników, ale wystarczy wspomnieć lata, w których było ich nawet cztery razy więcej, chociaż nie tylko dlatego tym razem było „kameralnie”.
Przede wszystkim, zagrało niewiele znanych zespołów, przez co zjechało się wyjątkowo mało ludzi. Było to zauważalne w tłumie pod sceną, gdy w „godzinach szczytu” (czyli podczas nocnych koncertów) można było spokojnie podejść pod same deski sceny bez żadnego przeciskania się. Poza tym woodstockowicze porozchodzili się w różne miejsca. Mieli do dyspozycji tzw. Scenę Folkową, która funkcjonowała do późnych godzin i cieszyła się naprawdę dużym zainteresowaniem. Coraz prężniej działa scena Pokojowej Wioski Kryszny, na której w tym roku zaprezentowały się m.in. Zielone Żabki (chociaż te stanowczo odcięły się od swojej przeszłości i byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby zmienili nazwę, pod którą występują). Nawet wioska piwna Tyskie prowadziła swoją alternatywną imprezę, nie wspominając już o specjalnym namiocie dla naszych zachodnich sąsiadów, w którym leciała wyłącznie muzyka niemiecka. No ale naprawdę kameralnie można się było poczuć w uruchomionej po raz pierwszy Akademii Sztuk Przepięknych.
ASP okazało się strzałem w dziesiątkę, chociaż wielokrotnie pomysłodawca, czyli Zbigniew Hołdys, wraz z Jurkiem Owsiakiem, opowiadali jak bardzo ryzykowny był to krok i jak bardzo są zaskoczeni pozytywnym odbiorem ich inicjatywy przez woodstockowiczów. A działo się tam niemało. Przede wszystkim spotkania w wielkim namiocie z takimi ludźmi jak np.: Kazimiera Szczuka, Janusz Głowacki, Monika Olejnik. Były rozmowy o religii, np. z księdzem Wojtkiem Drozdowiczem, czy z palestyńskim przywódcą islamskim Ali Abi Issa. Wykłady o historii ruchu hipisowskiego poprowadził Marek Garztecki. Były również popisy i anegdoty genialnych muzyków, czyli Wojtka Pilichowskiego i Marka Raduli. Zawsze i każdemu można było zadać pytanie, posłuchać ich opowieści i wszystkie te spotkania należy uznać za naprawdę udane, z zachowaniem wszelkich zasad kultury osobistej i dyskusji oraz na wysokim poziomie merytorycznym – w co na pewno wielu ludzi, których tam nie było, nigdy nie uwierzy – bardzo niesłusznie!
ASP to również warsztaty, a w szczególności gitarowe i bębniarskie – uczestnicy tych dwóch mieli możliwość zaprezentowania się na dużej scenie drugiego dnia imprezy, ale nie to jest najistotniejsze. Bardziej liczy się fakt, że gdy siedzi się w namiocie z gitarą w ręku (oczywiście dobre gitarki były zapewnione na miejscu), wśród kilkunastu innych osób i uczy się profesjonalnych sztuczek, lub też słucha wykładu, albo dyskutuje o ważnych rzeczach tego świata, to cały ten ogromny Przystanek Woodstock przestaje mieć masowy charakter. W momencie, gdy przeciętny człowieczek ma możliwość aktywnego uczestnictwa w wydarzeniach odbywających się w ramach imprezy, to wtedy dopiero staje się to prawdziwym festiwalem, a nie tylko prezentacją wielu kolejnych zespołów na scenie. Jeżeli taki był zamiar, to znakomicie się udał, ale można było odnieść wrażenie, że w tym wszystkim zapomniano trochę o muzyce. Mam na myśli to, że ta olbrzymia półokrągła scena, to największa produkcja w kraju i marnuje się ona, gdy są zapraszane takie gnioty jak białoruska Rasta. Ta scena mogłaby obsłużyć największych tego świata, gdyby tylko chcieli na niej zagrać – i do tego właśnie organizatorzy powinni dążyć, a Akademię pozostawić sobie samej, jako twór od sceny niezależny.
Przechodząc do wykonawców nie mógłbym zacząć od nikogo innego jak od grupy Gravitation. Czy ktokolwiek wcześniej słyszał o takiej kapeli? Bez wątpienia nikt, bowiem powstała ona specjalnie na tegoroczny Przystanek. Nazwa, pod którą ukryła się Justyna Steczkowska ze swym zespołem, pochodzi bez wątpienia od przeboju „Grawitacja”. Sama artystka przyznała, że na codzień zajmuje się trochę inną muzyką (czego próbkę zaprezentowała na bis) i że na ten występ przygotowała specjalne aranżacje swoich utworów. Można powiedzieć, że Justyna coverowała samą siebie, a każdy może sobie wyobrazić jaką moc ma jej wyjątkowy głos w połączeniu z mocnym rockowym graniem. Brak słów – po prostu rewelacja!
Lecz wróćmy do początku. O godzinie piętnastej dnia pierwszego festiwal tradycyjnie odgwizdał zawiadowca stacji Żary, pan Roman Polański, w towarzystwie Jurka Owsiaka i potomstwa (w tym po raz pierwszy z roczną wnuczką). Zagrała orkiestra i poleciały pierwsze kapele. Imprezę rozpoczął występ grupy Big Cyc. Skibę z kolegami zaproszono, zdaje się, że przede wszystkim, dzięki ostatniemu przebojowi pt. „Moherowe berety”. Owsiak nie szczędził uwag dotyczących „obecnej sytuacji politycznej”, więc ten utwór pasował mu idealnie. Na szczęście zespół nie zapomniał o swoich starszych utworach, a szczególnie uradowała publiczność „Ballada o smutnych skinie”, którą oczywiście odśpiewało kilka tysięcy gardeł.
Podążając śladem politycznej nagonki Owsiaka, w świetle wypuszczonej tuż przed Woodstockiem serii koszulek z napisem „Romek, jestem patriotą!” niezbędny wręcz musiał być występ zespołu Lao Che, który przed rokiem wydał bardzo patriotyczny krążek o powstaniu warszawskim. Koncert był zwięzły, mocny, chociaż można było odnieść wrażenie, że zespół „gdzieś się spieszy”, ale to może mniej istotne. Dostali nagrodę Złotego Bączka. Wszystko pięknie, tylko coś tu kurde śmierdzi. W żaden sposób nie należę, do zwolenników obecnej władzy, ani tez złego słowa nie powiem o zespole Lao Che. Jednak mieszanie jednego z drugim, na tak masowej imprezie, w sposób osobisty dla jednego człowieka i zgodnie z tylko jego światopoglądem, jest stanowczo godne nagany. Oczywiście każdy organizator festiwalu ma prawo zaprosić przez siebie wybranych wykonawców. Również każdy konferansjer może krytykować, co mu się podoba. Tylko, gdy te dwie funkcje łączy jedna osoba, zaczyna to przypominać jakąś podstępną agitację. Oczywiście, można dawać ludziom do myślenia, ale trzeba też pozwolić im myśleć samemu, a tymczasem podchwycony od pana Owsiaka temat ministra Giertycha, braci Kaczyńskich i reszty „towarzystwa” stał się wręcz „obowiązujący” i był powtarzany do obrzydzenia przez ogromną ilość wykonawców (nawet zagranicznych). Giertych jaki jest, każdy widzi – czy naprawdę trzeba o tym tyle opowiadać?
Wracając do muzyki, pierwszego dnia bawiliśmy się jeszcze przy Flapjacku i Vavamuffin, po którym wystąpiło coś z zupełnie innej bajki. Wolna Grupa Bukowina, to oczywiście coś dla „wtajemniczonych”, których na szczęście na Woodstocku nie zabrakło. Pięknie, w swoim stylu, nie zważając na muzyczną odmienność w świetle reszty scenicznego towarzystwa. Był „Majster Bieda”, była „Piosenka o zajączku”, było wspomnienie Wojtka Belona... Brawa za odwagę i wyjątkowy koncert.
Gwiazdami drugiego dnia były dwa wyjątkowe zespoły. Obydwa z Francji i obydwa grające w rytmach reggae – Baobab oraz Babylon Circus. Francuska scena nie ma praktycznie żadnego poparcia w naszym kraju, a jak się okazuje, należałoby to zmienić. Szczególnie Babylon zasługiwał na większą uwagę. Francuzi wprowadzili na woodstockową scenę prawdziwie zachodni profesjonalizm, zarówno w warstwie muzycznej, jak i w samym sposobie prezentacji. Zespół wręcz magnetycznie przyciągał ludzi pod scenę i nie było to wcale spowodowane czekającą już za sceną gwiazdą wieczoru, czyli KSU. Punkowcy z Bieszczad również otrzymali Złotego Bączka (w tym roku przyznano dwie statuetki – podobno walka była wyjątkowo wyrównana). Siczka dziękując publiczności za nagrodę powiedział, że gdyby nie Woodstock, to nie byłoby w Polsce miejsca na ich muzykę. Osobiście uważam, że zależałoby to tylko od nich. Festiwal zakończył się po godzinie czwartej nad ranem odśpiewanym przez Carrantuohill i ich gości przebojem grupy VooVoo „Łobi Jabi”.
Co jeszcze można powiedzieć o tegorocznym Woodstocku - można opowiedzieć o pogodzie i wcale nie będzie to banalny temat (przypomnijmy sobie lipcowe upały). Podczas pierwszych koncertów, sucha ziemia byłego poligonu w Kostrzynie dała tyle kurzy, że nawet stali bywalcy woodstockowego pola byli zaskoczeni. Upał był również powodem dwóch śmiertelnych wypadków na terenie festiwalu i nic by tu nie pomogła proponowana przez władze prohibicja (mogła by odnieść nawet odwrotny skutek). Tym bardziej nic nie pomoże spychanie winy na wojewodę lubuskiego, który owej prohibicji nie wprowadził (i słusznie). To smutna historia, ale tutaj naprawdę nikt nie zawinił. Miejmy tylko nadzieję, że takie zdarzenia nie będą się powtarzały w przyszłości.
Do zobaczenia za rok w Kostrzynie.
Tadeusz Bisewski
