HunterFest 2006
12 - 14 sierpnia 2006, Szczytno
Za nami trzecia edycja HuntereFestu, która odbyła się w dniach od 12 do 14 sierpnia w Szczytnie. Parafrazując tytuł kinowej wersji amerykańskiej kreskówki South Park, tegoroczna impreza miała być „większa, dłuższa i jeszcze bardziej ekstremalna”, niż dwie poprzednie. A miały to zapewnić rodzime zespoły z kręgu rockowo-metalowego grania oraz uznane gwiazdy z zagranicy jak Amorphis, Children of Bodom, Fear Factory, Ill Nino, Maroon, Napalm Death, Opeth czy Sick of it All.
Głównym magnesem tegorocznego festiwalu, miały być szumnie zapowiadane występy zagranicznych kapel. Niestety jak się później okazało, stały się one największym zmartwieniem organizatorów. Tydzień przed imprezą ogłoszono brak Ill Nino, gdyż perkusista nabawił się kontuzji w czasie jazdy na deskorolce. Odwołano także niemiecki Maroon z powodu niedyspozycji wokalisty. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść…
Każdego, kto przyjechał w sobotę rano 12 sierpnia do Szczytna, witała nie tylko pochmurna pogoda, ale także minorowe i lekko zawiedzione miny uczestników festiwalu, którzy to zdążyli już „opanować” miasto. Nie długo trzeba było doszukiwać się powodu takiego stanu. Zewsząd każdym nowoprzybyłym na festiwal była obwieszczana wiadomość „koncert zespołu Opeth odwołany”. Dla pewnej części fanów, którzy dotarli do Szczytna specjalnie po to, aby zobaczyć oraz usłyszeć na żywo szwedzkich muzyków, był to wystarczający powód, aby domagać się zwrotu pieniędzy (które organizator rzeczywiście zwracał posiadaczom biletu tylko na ten dzień) oraz udać się w drogę powrotną do domu. Jaki był powód absencji zespołu? Tego pewnie się nie dowiemy. Ze strony menagementu grupy i organizatorów festiwalu napływały sprzeczne argumenty, które głównie obracały się wokół sprawy nie zapłacenia za występ w terminie. Może czas pokaże, kto miał w tej sprawie rację. Szkoda tylko, że najbardziej ucierpieli na tym zwykli ludzie spragnieni dobrej muzyki. Ale przecież trzecia edycja HunterFestu to nie tylko Opeth, ale i ponad 60 innych kapel chcących zaprezentować swoje umiejętności oraz zgotować dobrą zabawę miłośnikom ciężkiego grania.
Na okres festiwalu miejski stadion w Szczytnie posłużył jako pole namiotowe, nieustannie będące pod obserwacją, wynajętej do tego celu firmy ochroniarskiej oraz policji (co niestety i tak nie zapobiegło nieprzyjemnym incydentom, w stylu obrzucania kamieniami kilku namiotów przez nieznanych osobników zza płotu, no ale co poradzić na ludzką głupotę). I tu na wstępie mały minus na konto organizatorów. Dziwić mogło rozplanowanie miejsc do rozbicia namiotów, gdyż było go zdecydowanie za mało (!) na tak sporą ilość przybyłych ludzi. Dlatego też, naprędce zostało utworzone drugie pole namiotowe niedaleko stadionu. Na terenie stadionu oprócz budek gastronomicznych, placu do paintballa, ścianki wspinaczkowej, oraz czegoś w rodzaju toru wyścigowego o nieznanym przeznaczeniu, umiejscowiona została także druga, tzw. mała scena.(która to konstrukcja w poprzedniej edycji festiwalu pełniła rolę sceny głównej) Na niej przez 3 dni od ok. godz. 11 do godz. 17 miały okazję zaprezentować się młode zespoły z różnych części kraju.
Główna scena tradycyjnie umiejscowiona była na terenie miejskiej plaży, kilka minut spacerowym krokiem od pola namiotowego. Scena imponujących rozmiarów (sprawiała wrażenie, że ledwo się tam mieści) sąsiadowała z jednej strony z ruinami zamku, z drugiej z jeziorem. W pobliżu sceny poustawiane zostały namioty z zaopatrzeniem gastronomicznym (z jedzeniem dość różnorodnym, smacznym i w miarę tanim), a także z przeróżnego rodzaju gadżetami w stylu koszulek, płyt, łańcuchów, pieszczoch itp. w bardzo atrakcyjnych cenach. W takiej właśnie scenerii miała się odbyć muzyczna uczta, dla fanów rockowo-metalowego grania.
Konferansjerka na scenie została w tym roku oddana w ręce Piotra Szarłackiego, zwanego Makakiem, prezentera znanego z AntyRadia. Jak wypadł? Opinie były podzielone, nie każdemu przypadł do gustu jego dość specyficzny humor (a może jego brak?), czy też nagminnie powtarzany tekst „od siedmiu do trzynastu i pół minuty”. Nie ustrzegł się też większej wpadki ostatniego dnia, błędnie zapowiadając Napalm Death zamiast Proletaryatu. Tyle, że Makak to Makak i czego by nie mówić, zrobił wszystko po prostu po swojemu. Przebierał się np. w strój rycerza, albo zapowiadał kapele stojąc wśród tłumu, a nie na scenie. Praca konferansjera bywa często niewdzięczna i w świetle innych festiwali uważamy, że udało mu się spełnić dobrze swoje zadanie.
Napięty „rozkład jazdy” powodował, że w zasadzie większość zespołów grających w ciągu dnia miała niewiele czasu (około 30 minut) na zainstalowanie się na scenie, zagranie oraz zdemontowanie sprzętu, co niestety odbijało się na ilości granych przez nie kawałków. Zmniejszenie ilości zespołów z zaplanowanych dwudziestu dwóch, np. do szesnastu (co i tak byłoby sporą ilością) znacznie polepszyłoby jakość każdego z występów. Z ilością kapel organizatorzy po prostu przedobrzyli.
Festiwal rozpoczęła grupa Mateo Colon, który to zresztą zapowiedział się sam, gdyż w tym czasie „Makak” miał problemy z wejściem na teren festiwalu. Nieoficjalnie wiemy, że ochrona nie chciała go wpuścić, ciekawe z jakiego powodu (?). Zaraz po nich na scenie pojawili się Illusionary Word, oraz trójmiejski Blindead (zespół znany chociażby z tego, że gra w nim były gitarzysta Behemotha – Havoc), który to miał okazję zaprezentować materiał z dopiero co wydanej debiutanckiej płyty „Devouring Weakness”. Następnie kolejno wystąpiły: Merry Pop Ins, Bright Ophidia, Orbita Wiru, Weed oraz warszawski zespół Wrinkled Fred. Kolejna kapela Toxic Bonkers swoim energicznym graniem, łączącym elementy grindcore’u z hardcorem i death metalem, wzbudziła spore zainteresowanie coraz liczniej gromadzącej się publiczności. Z pewnością był to jeden z lepszych występów „popołudniowej części” pierwszego dnia. Następny na scenie pojawił się Alastor. Kapela, która niestety z powodu ograniczeń czasowych zagrała zaledwie trzy utwory, nie mając możliwości zaprezentowania nowego, nadchodzącego materiału.
Jary Band - zespół Krzysztofa Jaryczewskiego, byłego wokalisty Oddziału Zamkniętego. Rozpoczęli przebojem „Ten nasz świat”. Kawał dobrego, starego, polskiego rocka, którego zawsze miło posłuchać. Później podziwialiśmy grający melodyczny death metal Archeon, Sjel z charyzmatyczną Mariką na wokalu, oraz bydgoski None.
Po godzinie 18 na scenę weszła szwedzka grupa rockowa Molly’s Gusher. Zespół szybko chwycił dobry kontakt z publicznością, którą zaskarbił sobie między innymi, rzucając ze sceny w czasie występu kubki z piwem, które oczywiście rozlewały się, gdy próbowano je złapać – średni pomysł, ale kto wie, może w Szwecji tak się robi. Koncertowi towarzyszył piękny zachód słońca nad jeziorem – moment zachodu w tym miejscu jest naprawdę wyjątkowy, aż muzyka nabiera nowej energii. Molly’s odpowiednio nastroili ludzi przed następnym występem. Wywołany, przez już tłumnie zgromadzoną publiczność, na scenie pojawił się sosnowiecki, metalcore’owy Frontside. Mocne, bezkompromisowe uderzenie zaprezentowane przez zespół, wywołało spory tumult i zamieszanie pod sceną. Zespół zagrał m.in. „Syndrom: Mesjasz”, „Apokalipsę” (sławne już „3-2 3-2-1 Na-pier-da-lać!”), „Naszym przeznaczeniem jest płonąć” z ostatniej płyty „Zmierzch Bogów”, a także starsze numery chociażby „Początek końca ziemi”. Nie zabrakło także czasu, na zaprezentowanie nowego kawałka „Droga Krzyżowa”. Swoim występem Frontside potwierdził, że należy do krajowej czołówki ciężkiego grania, oraz że jest „maszyną koncertową”. Za jedyny minus występu można uważać jedynie krótki czas jego trwania (ale jak wcześniej wspominaliśmy, była to wina napiętego rozkładu), a w związku z tym braku jednego z „hitów”, a mianowicie utworu „Bóg stworzył Szatana”.
Następnie nadeszła chwila odprężenia, oraz wymiana publiczności pod barierkami. Happysad – zespół znany już bardzo dobrze, chociaż nie przez wszystkich lubiany, swoim występem raczej nie zachwycił, co doprowadziło do niezbyt przychylnych okrzyków ze strony publiki… Kolejny zespół Farben Lehre również jedynie „dobrze” zagrał. Występ bez większych rewelacji, można było usłyszeć najbardziej znane kawałki w tym „Spodnie z GS-u” czy zadedykowaną ministrowi Giertychowi „Maturę”.
Po Farben Lehre miał zagrać Acid Drinkers, lecz organizatorzy z powodu nieobecności zespołu Opeth postanowili trochę zmienić kolejność w finale pierwszego dnia. Dlatego też jako następny wykonawca na scenę wkroczyła legenda polskiego rocka – TSA. Do Marka Piekarczyka i spółki pasuje określenie, że „są jak wino, im starsi tym lepsi”. Świetny rock’n’rollowy występ, dobry kontakt z publiką, która dała się ponieść energii emitującej ze sceny. Doprawdy nie było widać różniącej zespół od widowni różnicy jednego a nawet dwóch pokoleń. Tego wieczoru można było usłyszeć ballady „51”, „List XX”, a także m.in.: „Proceder”, „Matnia”, „Wpadka”, „Ty-On-Ja” czy „Chwila życia”. Występ TSA można zaliczyć do jednego z najmocniejszych uderzeń pierwszego dnia HunterFestu. Lecz punkt kulminacyjny miał dopiero nadejść, a był nim występ, w zasadzie już polskiej legendy sceny thrash metalowej, Acid Drinkers.
Poznaniacy zagrali świetny metalowy gig, dając z siebie wszystko, porywając za sobą tłumy zebranych ludzi. Rozpoczęli od klasyka „Barmy Army”, następnie poszły „Anybody Home?”, „Life Hurts…”, „Human Bazooka”. Riffy wydobywające się z gitar Popcorna i Olassa rozgrzały i rozruszały publiczność do ostateczności. W pewnym momencie Titus zaprezentował rzuconą na scenę flagę fanklubu Acidów, którą potem przez resztę występu Popcorn nosił na głowie. Zagrano jeszcze m.in.: „High Roof Cosmic Milk”, „The Joker” i największa niespodzianka w repertuarze Acid Drinkers tego dnia, killer całego występu: „Another Brick In The Wall”. Legendarny utwór Pink Floyd, został gremialnie odśpiewany w całości przez zgromadzoną na miejskiej plaży w Szczytnie hunterfestową publiczność. Gig zakończył „I Fuck the Violence”. Żałować niestety można, że zespół nie został dopuszczony do zagrania chociażby jednego bisu, pomimo usilnych nawoływań zgromadzonych ludzi. Co nie zmienia faktu, że był to najlepszy występ w czasie pierwszego dnia festiwalu.
W takiej sytuacji, dość trudna rola przypadła Comie, która zamykała ten dzień koncertów. Łodzianie zagrali na swoim poziomie, rozpoczynając od tytułowego utworu z najnowszej płyty „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”, a następnie przeplatając piosenki z obu płyt. Przyznamy, że jak pewnie większość w Szczytnie, występu Comy nie obejrzeliśmy do końca – zmęczeni całym dniem muzycznych wrażeń, udaliśmy się na pole namiotowe, w celu nabrania sił na kolejny dzień.
O godzinie 11 rozpoczął się występ miejscowego zespołu Watergate, który został bardzo ciepło przyjęty na małej scenie. Wspierana przez grupę fanów, zanotowała bardzo dobry występ, zmuszając jednych do zabawy, drugim gotując pobudkę, dla innych była miłym tłem w czasie spożywania śniadania. Szczególnie dobrze przyjęty został zagrany cover Iron Maiden „Fear of the Dark”, który to publiczność wyprosiła raz jeszcze na bis.
Tymczasem, sporych przetasowań co do oryginalnej rozpiski zanotowała scena główna, kompletnie zmieniając kolejność występowania zespołów. Zmieniało się to jeszcze później „na bieżąco”, co było dosyć irytujące.
Po godzinie 12 w piknikowej atmosferze występ rozpoczął, poruszający się w sferach gotyckiego rocka, krośnieński Ciryam, z urodziwą Moniką Węgrzyn za mikrofonem. Następnie wystąpili m.in: Radio Bagdad, Alienacja, toruńska Butelka (ze swoim wątpliwym przebojem „Nie działa mi dekoder telewizji Trwam”), bydgoski Chainsaw (niestety był to kolejny wykonawca, którego występ został okrojony do zaledwie trzech kawałków, co spotkało się z wielką dezaprobatą licznie, jak na tę porę, zgromadzonej dla tego zespołu publiczności). Punkowy Sedes „pokutował za to, że żyje” i namawiał do „najebania się i ruchania zakonnic w dupę”, oraz białoruskie Rasta – to dopiero ciekawostka, jak tak mierny zespół zza granicy dostał się w tym roku na dwa duże polskie festiwale (?).
Wraz z zakończeniem występu Białorusinów nastąpiło istne oberwanie chmury. Organizator był zmuszony na niecałą godzinę przerwać imprezę. Część ludzi w celu ratowania dobytku udała się na pole namiotowe, które powoli zaczynało przypominać jezioro. W czasie burzy na małej scenie bardzo dobrze zaprezentował się Krusher, grając covery m.in. Black Sabbath i AC/DC (szczególnie wykonanie „Thunderstruck”, przy akompaniamencie uderzających piorunów robiło wrażenie). W związku z pogodowym zamieszaniem, na dużą scenę dotarliśmy pod koniec występu Ametrii. Znana z energicznych i żywiołowych występów grupa, tym razem zaprezentowała, swoją spokojniejszą stronę, co było spowodowane, jak tłumaczył zespół ze sceny, zbyt obfitym balangowaniem poprzedniego dnia. Nie zagrali również Hiszpańskiego Hiciora twierdząc, że „Bailando to wiocha”, za to na koniec poleciał nowy utwór pt. „1000 kłamstw”.
W międzyczasie pojawiła się tragiczna dla organizatorów wiadomość. Kolejna gwiazda po Opeth, fiński Children Of Bodom odwołał swój przyjazd do Szczytna. Tutaj przyczyny takiej decyzji są jeszcze bardziej tajemnicze, niż w stosunku do nieobecności szwedzkich muzyków.
Zespół Totem wyróżnia się m.in. wokalistką Werą, która udowadnia, że growling nie musi być jedynie domeną mężczyzn w metalowym światku. Kolejny band, gotycko-rockowy Delight, zaprezentował spokojny set, złożony z utworów tylko anglojęzycznych pochodzących z ich ostatniej płyty. Około godziny 19 na scenę wyszedł Decapitated, przenosząc nas w zupełnie przeciwne rejony muzyczne niż Delight. Agresywny, brutalny, techniczne zagrany death metal, wywołał spory entuzjazm i poruszenie, wśród moshującej wraz z zespołem publicznością. Czterdziestominutowy set udowodnił, że panowie z Decapitated należą do czołówki polskiego death metalowego grania, i że zaproszenia na wspólne trasy po USA z Fear Factory czy Suffocation nie są przypadkowe.
Około godziny dwudziestej, przy kolejnym zachodzie słońca, kończyła się instalować na scenie pierwsza zagraniczna gwiazda trzeciej edycji HunterFest - Sick of it All. Tłum pod sceną gęstniał z minuty na minutę, wraz ze zbliżającym się rozpoczęciem koncertu tej nowojorskiej legendy hardcore’u. To co działo się na jak i pod sceną w czasie następnej godziny, można określić słowami: amok, furia, szał. Znakomity kontakt z publicznością wokalisty Lou Kollera, wręcz „akrobatyczne” popisy jego brata, gitarzysty Pete’a udzielały się wszystkim. Zagrany set był wyborem przekrojowym z dorobku grupy. Było można usłyszeć „Take The Night Off” i „Faithless” z najnowszego krążka „Death To Tyrrants”, ze starszych numerów pojawiły się: „Friends Like You”, „My Life”. Występ zleciał w mgnieniu oka, dając wszystkim niewyobrażalny zastrzyk energii i adrenaliny!
Następny na scenie Hurt był w bardzo trudnej sytuacji, grając po takim koncertowym „walcu” jakim był SOIA i nie może dziwić, że występ tej coraz bardziej popularnej rockowej grupy, przygasł i lekko nużył. Większość osób wykorzystała ten czas na chwilę odpoczynku przed resztą wieczoru. A było przed czym odpoczywać bowiem tuż przed godziną 22 na scenie pojawił się Drak z ekipą.
Chyba jeszcze na żadnym koncercie Łowców nie panowała tak napięta atmosfera. Irytacja części publiczności spowodowana brakiem dwóch gwiazd osiągnęła apogeum (o Children Of Bodom wieść rozeszła się zaledwie kilka godzin wcześniej). Znacząca część publiki w donośny i bezpośredni sposób okazywała swoje niezadowolenie. Jednocześnie wierna grupa fanów Huntera podtrzymywała chłopaków na duchu, jak tylko mogła. Z różnych stron tłumu, co raz dochodziły skrajnie różne okrzyki. Atmosfera nie sprzyjająca do zagrania dobrego koncertu, ale czy Hunter kiedykolwiek zagrał kiepsko? Drak zaczął od wspomnienia Docenta, który na zeszłorocznym HunterFescie zagrał swój ostatni koncert. Dla niego na początek zagrano „Pomiędzy niebem a piekłem”, po czym dedykowany został mu cały koncert. Dalej było „T.E.L.I.” i wszystkie inne hunterowe przeboje. Do dzisiaj nie jesteśmy zdecydowani, co myśleć o coverze, jaki nam zafundowano, a było to „Hey Yah” z repertuaru Outcast. Aranżacja całkiem różnorodna, od mocnego przesteru, do delikatnego daabu, całość ozdobiona wokalnymi popisami Pawła, ale chociaż zamiarów zespołu nie znamy, to brzmiało to raczej jak jakaś parodia, niż poważny cover. Szczególnie śmiesznie wyglądał Draku, bez gitarki, w czapeczce, nawijający „shake it, shake, shake it...”. Fajnie czegoś takiego posłuchać, ale mamy nadzieje, że nie będzie to nowy kierunek rozwoju Huntera.
Nadeszła pora na kolejną zagraniczną gwiazdę – Amorphis. Zespół dość długo rozstawiał się na scenie, co powoli wprowadzało zniecierpliwienie wśród zgromadzonych. W końcu, po około czterdziestu (!) minutach, pojawili się w pełnym składzie, z nowym już wokalistą Tomi Joutsenem. Fiński zespół obracający się w rejonach lekko progresywnego, melodycznego metalu rozpoczął od utworu „Leaves Scar”. Cały set wypełniła podróż przez wszystkie albumy Finów, z oczywistym naciskiem na ostatni album „Elegy” (oprócz wspomnianego „Leaves Scar”, zagrali singlowy „House of Sleep” oraz „Under A Soil And Black Stone”). Świetne warunki głosowe Tomi Joutsenena, który płynnie potrafi przejść z czystego śpiewu, w bardzo agresywny growling (spore wrażenie wywołuje także mosh dredami w jego wykonaniu). Dobrze wypadł również w starszych utworach, znakomicie zastępując Pasi Koskinena. Na koniec Amorphis zagrał najstarszy kawałek z przygotowanej setlisty, czyli „Black Winter Day”. Po występnie trwającym równo godzinę muzycy zeszli ze sceny. No właśnie i tu jest mały minus dla panów z Finlandii, gdyż po prostu skończyli grać i sobie poszli… bez chociażby jakiegoś serdeczniejszego pożegnania ze sporą liczbą fanów, zgromadzonych na plaży.
Nadeszła w końcu pora na największą gwiazdę drugiego dnia Hunterfestu – Fear Factory. Wieść, że zespół dotarł i wystąpi pozwoliła odetchnąć trochę zdenerwowanym widzom. Zespół dosyć długo się przygotowywał, przemeblowując kompletnie przy tym całą scenę. Pozostawiono jeden odsłuch dla wokalisty, a gitara i bas przeszły przez naprawdę imponujące ściany wzmacniaczy poustawiane na tyłach sceny. Około godziny 1:40, ku zdziwieniu publiczności, z głośników poleciał „Number of the Beast” Maidenów, a następnie na pierwszy plan wkroczyli już Kalifornijczycy z utworem „Transgression”. Wraz z pierwszymi riffami, doznało się zderzenia ze ścianą dźwięku. Trzeba pochwalić zarówno zespół jak i organizatorów za znakomite (!!) nagłośnienie występu. Każdy dźwięk po prostu wwiercał się w mózg z siłą młota pneumatycznego. Cały występ trwał ponad półtorej godziny i skończył się po trzeciej w nocy. Wśród utworów przeważali reprezentanci „Demanufacture” (zagrany z wielką mocą tytułowy utwór, fenomenalna „Replica”, a także „Pisschrist”; tylko żałować można, że nie starczyło jeszcze czasu na „Body Hammer”). Nie zabrakło oczywiście utworów z „Archetype”, czy „Transgression”. Nie potwierdziły się także obiegowe opinie o słabej kondycji wokalnej Burtona, nie mamy nawet pojęcia skąd mogły się wziąć. Bardzo profesjonalny występ na światowym poziomie mógł trochę zrehabilitować w oczach widzów dotychczasowe niepowodzenia z występami gwiazd. Tym mocnym uderzeniem dobiegł końca dzień drugi.
Pobudka kolejnego dnia była dość drastyczna. Wokalista zespołu Messa, rozpoczynającego swój występ na małej scenie ok. godziny 11, słowami „wstawać kurwa! napierdalać!” zdecydowanie zmusił ludzi do wyjścia z namiotów. Zespół zaprezentował kilka coverów, w tym „Raining Blood” Slayera i „Roots Bloody Roots” Sepultury., które wyszły w miarę przyzwoicie (tylko trochę za wolne tempo przy odgrywaniu Slayera ;). W ostatni dzień na scenie głównej zagrali: Out of Control, Smirnoff, Ypsylon, Power of Trinity. Szczególnie ten ostatni wzbudził spore zainteresowanie, powodując większy ruch przy nielicznie jeszcze zgromadzonej publiczności. Jest to dość nietypowa hybryda grania rockowo-metalowego z reggae, które jak się okazuje sprawdza się bardzo dobrze!
Al Sirat i Carnal, zespołu obracające się w klimatach heavy-thrash-death metalowych. Należy żałować, że obie ekipy wystąpiły we wczesnych godzinach, przy niewielkiej ilości publiki, gdyż muzycznie zaprezentowały się na bardzo wysokim poziomie (szczególnie Carnal, o którym do tej pory jakoś nie słyszeliśmy, ale z chęcią zaczniemy kibicował im w dalszych poczynaniach, a szykują się właśnie do wydania płyty „The End Of Everything”). Następnie zmniejszono trochę ciężar i zagrał rockowy NAIV, wprowadzając piknikową (może nawet lekko naiv-ną) atmosferę wśród widzów popijających w ogródkach piwo. Następnie na scenie zameldowały się kolejno: Nikt, Enemy Mine, Schizma, Prana, Chassis, Wu-Hae, oraz Batalion D’Amour. Owe występy nie wzbudziły naszego większego zainteresowania, ale być może było to spowodowane oczekiwaniem na występ czeskich metalowców z Arakain. Zespół w kraju naszych południowych sąsiadów uznawany za legendę heavy metalu, zaprezentował się z jak najlepszej strony. Przeplatanie szybkich temp z wolnymi, przykuwające ucho solówki, oraz ciekawy, miejscami dość zabawny, ale posiadający swój klimat, czeski język! Wśród utworów nie zabrakło, singla z ostatniej płyty "Dabelska Hra”. Ponadto wokalista Honza Toužimský, szybko złapał kontakt z publicznością, pytając się o znaczenie niektórych słów w języku polskim, czy też zachwalając piękno stolicy naszego kraju. Następni na scenie pojawili się Lipali z Tomkiem „Lipą” Lipnickim. Zagrali set oparty na kawałkach z ostatniej płyty „Pi”. Jednak na bis udało się publiczności doprosić legendarny „Nóż”.
Po Lipali „Makak” poinformował zgromadzonych ludzi o tym, że nie zdołał dojechać Habakuk, co początkowo część osób przyjęła jako żart. Niestety, informacja okazała się prawdziwa, dlatego przyśpieszony został występ Indios Bravos. Banach, Gutek i spółka zagrali jeden z najlepszych koncertów w czasie całego festiwalu! Spokojne reggae’owe rytmy rozkołysały wszystkich obecnych, zachęcając do wspólnej zabawy, która toczyła się na całego pod sceną. Doprawdy bez różnicy czy jest to festiwal metalowy, piosenki biesiadnej, czy festiwal w Sopocie, Indios Bravos byłoby w stanie poruszyć chociażby do podrygiwania każdy rodzaj publiczności. Tego wieczoru z ust Gutka mogliśmy usłyszeć m.in.: „Pom Pom”, „Drogi”, „Mental Revolution”, „Tak to Tak”. Myślę, że dobrym pomysłem jest zaproszenie na taki festiwal, zespołów z innej półki gatunkowej, tym bardziej kapeli obracających się w rytmach reggae, które to pozwalają odetchnąć między kolejnymi „ciężkimi” występami.
Ok. godziny 23 wyszedł zapowiedziany z problemami przez Makaka Proletaryat (o problemach Makaka wspominaliśmy już na początku). Jest to kapela, która przez tyle lat działalności, ani trochę nie straciła na sile. Chociaż ostatnia płyta do najlepszych nie należy, a zespół uparcie męczy ją na koncertach, to stare kawałki (zagrane głównie pod koniec setu) wszystko rekompensują. „Tienanmen”, „Proletaryat”, „Hej, naprzód marsz” były niczym hymny pewnego zbuntowanego pokolenia i grane dzisiaj na żywo są wielkim tamtych czasów wspomnieniem.
Po północy nadszedł czas na ostatnie i najmocniejsze uderzenie w czasie trzeciej edycji Hunterfestu, amerykańską legendę Napalm Death. Zespół, który jest już od ponad dwadzieścia lat na scenie, ponownie zawitał do naszego kraju i po raz kolejny nie zawiódł. Szybko zainstalowali się na scenie, by z siłą młota hutniczego uderzyć mieszanką grindu i death-metalu. Wokalista Mark "Barney" Greenway z wielką werwą i energią przemieszczał się po scenie, co przypłacił w pewnym momencie upadkiem. Charakterystyczne ekstremalnie szybkie kawałki, Barney zdzierający gardło, wspomagany przez gitarzystę Mitcha Harrisa. Pod sceną kocioł, część osób oddalonych bardziej od sceny sprawiała wrażenie, jakby nie za bardzo wiedziała co się dzieje, jak się zachować do tak silnej dawki dźwięków. W czasie gigu mogliśmy usłyszeć dwa utwory z nadchodzącego krążka „Smear Campaign”(m.in. „Fatalist”), który jak się dowiedzieliśmy z ust Barney’a będzie dotyczył problemów religijnych. Sporą część kawałków (np. „Politicians” – cover Raw Power) Barney zadedykował „Idiotom takim jak Bush i Blair”, co się spotkało z gorącym przyjęciem ze strony widzów. Nie obyło się również bez bisu, w trakcie którego nie zabrakło legendarnego coveru Dead Kennedys „Nazi Punks Fuck Off”. Jak na prawdziwą gwiazdę przystało, Napalm Death zagrał fenomenalnie i najprościej rzecz ujmując „zmiażdżył”! Tym mocnym uderzeniem trzecia edycja Hunterfestu przeszła do historii.
Tyle o muzyce, teraz kilka słów o sprawach pobocznych. Właściwie nie powinno się o tym pisać, powinna to być sprawa oczywista, ale póki co w polskich realiach zdarza się to tak rzadko, że musimy zwrócić na to uwagę. Panowie z ochrony byli bardzo sympatyczni, skorzy do pomocy, chętni do rozmowy. Osoby lądujące za barierkami nie musiały obawiać się brutalnego traktowania, wręcz przeciwnie, były grzecznie i spokojnie zdejmowane z tłumu, odprowadzane do odpowiedniego przejścia i wracały szybko do dalszej zabawy! Za to wielki plus dla organizatorów. Pochwały należą się także za fenomenalne nagłośnienie podczas większości występów. Jedyne problemy z dźwiękiem dało się odczuć pod samymi barierkami. Tak samo na plus należałoby zaliczyć zorganizowanie całej infrastruktury wokół festiwalu, która z roku na rok jest coraz bardziej profesjonalna. Dobrym pomysłem było również postawienie „małej” sceny na terenie pola namiotowego (chociaż organizatorzy nie nazywali jej „małą”, tylko „drugą” i słusznie, bo mała to ona nie była). Ostatnia i myślę, że najważniejsza rzecz, działająca na korzyść całej imprezy: wspaniała atmosfera wśród bawiących się ludzi! Była to jedna z głównych rzeczy, dla których warto było przyjechać na tę imprezę.
Jednak jest trochę rzeczy, które należałoby jak najszybciej poprawić. Po pierwsze zbyt napięty terminarz występów, czego wynikiem były sytuację, że niektóre zespoły zagrały ledwie po trzy utwory. Po drugie naszym zdaniem bezsensowne jest wprowadzenie płatnych wyjściówek z terenu festiwalu (chociaż to podobno wymóg odgórny, ale nie zmienia to faktu, że bezsensowny). Panował straszny bałagan z kolejnością występujących zespołów, przez co wiele osób przegapiło zespoły, które miały zamiar obejrzeć. Do myślenia powinna dać także kwestia z wspomnianym wcześniej polem namiotowym, gdzie miejsca na namioty było zdecydowanie za mało. Niewystarczająca była także ilość prysznicy i toi toi na polu (chociaż i tak zauważamy znaczące postępy w porównaniu z poprzednimi edycjami imprezy). Bardzo ważną kwestią jest również zapewnienie większego bezpieczeństwa uczestników poza terenem festiwalu, gdyż zdarzyło się kilka dotkliwych wypadków, które nie kończyły się miło dla hunterfestowiczów.
No i najważniejsza sprawa… oczywiście brak dwóch gwiazd (Opeth i Children of Bodom), na które przyjechała naprawdę duża ilość ludzi. Niestety taka sytuacja bardzo niekorzystnie wpływa na wiarygodność imprezy w przyszłych latach. Szkoda, bo organizacja takiej imprezy, to nie tylko występy gwiazd, to ogromna ilość przeróżnych rzeczy, o których już pisaliśmy, a w których Hunter i spółka naprawdę się postarali. Nie ma festiwali, na którym zagrałyby wszystkie zapowiedziane kapele. Niestety w tym przypadku organizatorzy mieli „pecha”, gdyż padło na dwie najbardziej komercyjne gwiazdy. Wielka szkoda, że trzecia edycja będzie zapamiętana jako ta, na której nie zagrał Opeth i Children of Bodom. Zapewne mało kto będzie pamiętał, że świetne występy zanotowały Fear Factory, Acid Drinkers, Napalm Death, czy Sick of it All. Za Hunterfestem 2006 będzie się zapewne ciągnąć piętno koncertów które się nie odbyły, co jest niestety przykre i niesprawiedliwe. Mamy tylko nadzieję, że organizatorzy uporają się ze wszelkimi przeciwnościami i uda im się zorganizować za rok kolejny festiwal, jeszcze lepszy od tegorocznego, który pozwoli chociaż częściowo się zrehabilitować. Naprawdę szkoda byłoby stracić tę imprezę z festiwalowej mapy Polski.
Za nami trzecia edycja HuntereFestu, która odbyła się w dniach od 12 do 14 sierpnia w Szczytnie. Parafrazując tytuł kinowej wersji amerykańskiej kreskówki South Park, tegoroczna impreza miała być „większa, dłuższa i jeszcze bardziej ekstremalna”, niż dwie poprzednie. A miały to zapewnić rodzime zespoły z kręgu rockowo-metalowego grania oraz uznane gwiazdy z zagranicy jak Amorphis, Children of Bodom, Fear Factory, Ill Nino, Maroon, Napalm Death, Opeth czy Sick of it All.Głównym magnesem tegorocznego festiwalu, miały być szumnie zapowiadane występy zagranicznych kapel. Niestety jak się później okazało, stały się one największym zmartwieniem organizatorów. Tydzień przed imprezą ogłoszono brak Ill Nino, gdyż perkusista nabawił się kontuzji w czasie jazdy na deskorolce. Odwołano także niemiecki Maroon z powodu niedyspozycji wokalisty. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść…
Każdego, kto przyjechał w sobotę rano 12 sierpnia do Szczytna, witała nie tylko pochmurna pogoda, ale także minorowe i lekko zawiedzione miny uczestników festiwalu, którzy to zdążyli już „opanować” miasto. Nie długo trzeba było doszukiwać się powodu takiego stanu. Zewsząd każdym nowoprzybyłym na festiwal była obwieszczana wiadomość „koncert zespołu Opeth odwołany”. Dla pewnej części fanów, którzy dotarli do Szczytna specjalnie po to, aby zobaczyć oraz usłyszeć na żywo szwedzkich muzyków, był to wystarczający powód, aby domagać się zwrotu pieniędzy (które organizator rzeczywiście zwracał posiadaczom biletu tylko na ten dzień) oraz udać się w drogę powrotną do domu. Jaki był powód absencji zespołu? Tego pewnie się nie dowiemy. Ze strony menagementu grupy i organizatorów festiwalu napływały sprzeczne argumenty, które głównie obracały się wokół sprawy nie zapłacenia za występ w terminie. Może czas pokaże, kto miał w tej sprawie rację. Szkoda tylko, że najbardziej ucierpieli na tym zwykli ludzie spragnieni dobrej muzyki. Ale przecież trzecia edycja HunterFestu to nie tylko Opeth, ale i ponad 60 innych kapel chcących zaprezentować swoje umiejętności oraz zgotować dobrą zabawę miłośnikom ciężkiego grania.
Na okres festiwalu miejski stadion w Szczytnie posłużył jako pole namiotowe, nieustannie będące pod obserwacją, wynajętej do tego celu firmy ochroniarskiej oraz policji (co niestety i tak nie zapobiegło nieprzyjemnym incydentom, w stylu obrzucania kamieniami kilku namiotów przez nieznanych osobników zza płotu, no ale co poradzić na ludzką głupotę). I tu na wstępie mały minus na konto organizatorów. Dziwić mogło rozplanowanie miejsc do rozbicia namiotów, gdyż było go zdecydowanie za mało (!) na tak sporą ilość przybyłych ludzi. Dlatego też, naprędce zostało utworzone drugie pole namiotowe niedaleko stadionu. Na terenie stadionu oprócz budek gastronomicznych, placu do paintballa, ścianki wspinaczkowej, oraz czegoś w rodzaju toru wyścigowego o nieznanym przeznaczeniu, umiejscowiona została także druga, tzw. mała scena.(która to konstrukcja w poprzedniej edycji festiwalu pełniła rolę sceny głównej) Na niej przez 3 dni od ok. godz. 11 do godz. 17 miały okazję zaprezentować się młode zespoły z różnych części kraju.
Główna scena tradycyjnie umiejscowiona była na terenie miejskiej plaży, kilka minut spacerowym krokiem od pola namiotowego. Scena imponujących rozmiarów (sprawiała wrażenie, że ledwo się tam mieści) sąsiadowała z jednej strony z ruinami zamku, z drugiej z jeziorem. W pobliżu sceny poustawiane zostały namioty z zaopatrzeniem gastronomicznym (z jedzeniem dość różnorodnym, smacznym i w miarę tanim), a także z przeróżnego rodzaju gadżetami w stylu koszulek, płyt, łańcuchów, pieszczoch itp. w bardzo atrakcyjnych cenach. W takiej właśnie scenerii miała się odbyć muzyczna uczta, dla fanów rockowo-metalowego grania.
Konferansjerka na scenie została w tym roku oddana w ręce Piotra Szarłackiego, zwanego Makakiem, prezentera znanego z AntyRadia. Jak wypadł? Opinie były podzielone, nie każdemu przypadł do gustu jego dość specyficzny humor (a może jego brak?), czy też nagminnie powtarzany tekst „od siedmiu do trzynastu i pół minuty”. Nie ustrzegł się też większej wpadki ostatniego dnia, błędnie zapowiadając Napalm Death zamiast Proletaryatu. Tyle, że Makak to Makak i czego by nie mówić, zrobił wszystko po prostu po swojemu. Przebierał się np. w strój rycerza, albo zapowiadał kapele stojąc wśród tłumu, a nie na scenie. Praca konferansjera bywa często niewdzięczna i w świetle innych festiwali uważamy, że udało mu się spełnić dobrze swoje zadanie.
Napięty „rozkład jazdy” powodował, że w zasadzie większość zespołów grających w ciągu dnia miała niewiele czasu (około 30 minut) na zainstalowanie się na scenie, zagranie oraz zdemontowanie sprzętu, co niestety odbijało się na ilości granych przez nie kawałków. Zmniejszenie ilości zespołów z zaplanowanych dwudziestu dwóch, np. do szesnastu (co i tak byłoby sporą ilością) znacznie polepszyłoby jakość każdego z występów. Z ilością kapel organizatorzy po prostu przedobrzyli.
Festiwal rozpoczęła grupa Mateo Colon, który to zresztą zapowiedział się sam, gdyż w tym czasie „Makak” miał problemy z wejściem na teren festiwalu. Nieoficjalnie wiemy, że ochrona nie chciała go wpuścić, ciekawe z jakiego powodu (?). Zaraz po nich na scenie pojawili się Illusionary Word, oraz trójmiejski Blindead (zespół znany chociażby z tego, że gra w nim były gitarzysta Behemotha – Havoc), który to miał okazję zaprezentować materiał z dopiero co wydanej debiutanckiej płyty „Devouring Weakness”. Następnie kolejno wystąpiły: Merry Pop Ins, Bright Ophidia, Orbita Wiru, Weed oraz warszawski zespół Wrinkled Fred. Kolejna kapela Toxic Bonkers swoim energicznym graniem, łączącym elementy grindcore’u z hardcorem i death metalem, wzbudziła spore zainteresowanie coraz liczniej gromadzącej się publiczności. Z pewnością był to jeden z lepszych występów „popołudniowej części” pierwszego dnia. Następny na scenie pojawił się Alastor. Kapela, która niestety z powodu ograniczeń czasowych zagrała zaledwie trzy utwory, nie mając możliwości zaprezentowania nowego, nadchodzącego materiału.
Jary Band - zespół Krzysztofa Jaryczewskiego, byłego wokalisty Oddziału Zamkniętego. Rozpoczęli przebojem „Ten nasz świat”. Kawał dobrego, starego, polskiego rocka, którego zawsze miło posłuchać. Później podziwialiśmy grający melodyczny death metal Archeon, Sjel z charyzmatyczną Mariką na wokalu, oraz bydgoski None.
Po godzinie 18 na scenę weszła szwedzka grupa rockowa Molly’s Gusher. Zespół szybko chwycił dobry kontakt z publicznością, którą zaskarbił sobie między innymi, rzucając ze sceny w czasie występu kubki z piwem, które oczywiście rozlewały się, gdy próbowano je złapać – średni pomysł, ale kto wie, może w Szwecji tak się robi. Koncertowi towarzyszył piękny zachód słońca nad jeziorem – moment zachodu w tym miejscu jest naprawdę wyjątkowy, aż muzyka nabiera nowej energii. Molly’s odpowiednio nastroili ludzi przed następnym występem. Wywołany, przez już tłumnie zgromadzoną publiczność, na scenie pojawił się sosnowiecki, metalcore’owy Frontside. Mocne, bezkompromisowe uderzenie zaprezentowane przez zespół, wywołało spory tumult i zamieszanie pod sceną. Zespół zagrał m.in. „Syndrom: Mesjasz”, „Apokalipsę” (sławne już „3-2 3-2-1 Na-pier-da-lać!”), „Naszym przeznaczeniem jest płonąć” z ostatniej płyty „Zmierzch Bogów”, a także starsze numery chociażby „Początek końca ziemi”. Nie zabrakło także czasu, na zaprezentowanie nowego kawałka „Droga Krzyżowa”. Swoim występem Frontside potwierdził, że należy do krajowej czołówki ciężkiego grania, oraz że jest „maszyną koncertową”. Za jedyny minus występu można uważać jedynie krótki czas jego trwania (ale jak wcześniej wspominaliśmy, była to wina napiętego rozkładu), a w związku z tym braku jednego z „hitów”, a mianowicie utworu „Bóg stworzył Szatana”.
Następnie nadeszła chwila odprężenia, oraz wymiana publiczności pod barierkami. Happysad – zespół znany już bardzo dobrze, chociaż nie przez wszystkich lubiany, swoim występem raczej nie zachwycił, co doprowadziło do niezbyt przychylnych okrzyków ze strony publiki… Kolejny zespół Farben Lehre również jedynie „dobrze” zagrał. Występ bez większych rewelacji, można było usłyszeć najbardziej znane kawałki w tym „Spodnie z GS-u” czy zadedykowaną ministrowi Giertychowi „Maturę”.
Po Farben Lehre miał zagrać Acid Drinkers, lecz organizatorzy z powodu nieobecności zespołu Opeth postanowili trochę zmienić kolejność w finale pierwszego dnia. Dlatego też jako następny wykonawca na scenę wkroczyła legenda polskiego rocka – TSA. Do Marka Piekarczyka i spółki pasuje określenie, że „są jak wino, im starsi tym lepsi”. Świetny rock’n’rollowy występ, dobry kontakt z publiką, która dała się ponieść energii emitującej ze sceny. Doprawdy nie było widać różniącej zespół od widowni różnicy jednego a nawet dwóch pokoleń. Tego wieczoru można było usłyszeć ballady „51”, „List XX”, a także m.in.: „Proceder”, „Matnia”, „Wpadka”, „Ty-On-Ja” czy „Chwila życia”. Występ TSA można zaliczyć do jednego z najmocniejszych uderzeń pierwszego dnia HunterFestu. Lecz punkt kulminacyjny miał dopiero nadejść, a był nim występ, w zasadzie już polskiej legendy sceny thrash metalowej, Acid Drinkers.
Poznaniacy zagrali świetny metalowy gig, dając z siebie wszystko, porywając za sobą tłumy zebranych ludzi. Rozpoczęli od klasyka „Barmy Army”, następnie poszły „Anybody Home?”, „Life Hurts…”, „Human Bazooka”. Riffy wydobywające się z gitar Popcorna i Olassa rozgrzały i rozruszały publiczność do ostateczności. W pewnym momencie Titus zaprezentował rzuconą na scenę flagę fanklubu Acidów, którą potem przez resztę występu Popcorn nosił na głowie. Zagrano jeszcze m.in.: „High Roof Cosmic Milk”, „The Joker” i największa niespodzianka w repertuarze Acid Drinkers tego dnia, killer całego występu: „Another Brick In The Wall”. Legendarny utwór Pink Floyd, został gremialnie odśpiewany w całości przez zgromadzoną na miejskiej plaży w Szczytnie hunterfestową publiczność. Gig zakończył „I Fuck the Violence”. Żałować niestety można, że zespół nie został dopuszczony do zagrania chociażby jednego bisu, pomimo usilnych nawoływań zgromadzonych ludzi. Co nie zmienia faktu, że był to najlepszy występ w czasie pierwszego dnia festiwalu.
W takiej sytuacji, dość trudna rola przypadła Comie, która zamykała ten dzień koncertów. Łodzianie zagrali na swoim poziomie, rozpoczynając od tytułowego utworu z najnowszej płyty „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”, a następnie przeplatając piosenki z obu płyt. Przyznamy, że jak pewnie większość w Szczytnie, występu Comy nie obejrzeliśmy do końca – zmęczeni całym dniem muzycznych wrażeń, udaliśmy się na pole namiotowe, w celu nabrania sił na kolejny dzień.
O godzinie 11 rozpoczął się występ miejscowego zespołu Watergate, który został bardzo ciepło przyjęty na małej scenie. Wspierana przez grupę fanów, zanotowała bardzo dobry występ, zmuszając jednych do zabawy, drugim gotując pobudkę, dla innych była miłym tłem w czasie spożywania śniadania. Szczególnie dobrze przyjęty został zagrany cover Iron Maiden „Fear of the Dark”, który to publiczność wyprosiła raz jeszcze na bis.
Tymczasem, sporych przetasowań co do oryginalnej rozpiski zanotowała scena główna, kompletnie zmieniając kolejność występowania zespołów. Zmieniało się to jeszcze później „na bieżąco”, co było dosyć irytujące.
Po godzinie 12 w piknikowej atmosferze występ rozpoczął, poruszający się w sferach gotyckiego rocka, krośnieński Ciryam, z urodziwą Moniką Węgrzyn za mikrofonem. Następnie wystąpili m.in: Radio Bagdad, Alienacja, toruńska Butelka (ze swoim wątpliwym przebojem „Nie działa mi dekoder telewizji Trwam”), bydgoski Chainsaw (niestety był to kolejny wykonawca, którego występ został okrojony do zaledwie trzech kawałków, co spotkało się z wielką dezaprobatą licznie, jak na tę porę, zgromadzonej dla tego zespołu publiczności). Punkowy Sedes „pokutował za to, że żyje” i namawiał do „najebania się i ruchania zakonnic w dupę”, oraz białoruskie Rasta – to dopiero ciekawostka, jak tak mierny zespół zza granicy dostał się w tym roku na dwa duże polskie festiwale (?).
Wraz z zakończeniem występu Białorusinów nastąpiło istne oberwanie chmury. Organizator był zmuszony na niecałą godzinę przerwać imprezę. Część ludzi w celu ratowania dobytku udała się na pole namiotowe, które powoli zaczynało przypominać jezioro. W czasie burzy na małej scenie bardzo dobrze zaprezentował się Krusher, grając covery m.in. Black Sabbath i AC/DC (szczególnie wykonanie „Thunderstruck”, przy akompaniamencie uderzających piorunów robiło wrażenie). W związku z pogodowym zamieszaniem, na dużą scenę dotarliśmy pod koniec występu Ametrii. Znana z energicznych i żywiołowych występów grupa, tym razem zaprezentowała, swoją spokojniejszą stronę, co było spowodowane, jak tłumaczył zespół ze sceny, zbyt obfitym balangowaniem poprzedniego dnia. Nie zagrali również Hiszpańskiego Hiciora twierdząc, że „Bailando to wiocha”, za to na koniec poleciał nowy utwór pt. „1000 kłamstw”.
W międzyczasie pojawiła się tragiczna dla organizatorów wiadomość. Kolejna gwiazda po Opeth, fiński Children Of Bodom odwołał swój przyjazd do Szczytna. Tutaj przyczyny takiej decyzji są jeszcze bardziej tajemnicze, niż w stosunku do nieobecności szwedzkich muzyków.
Zespół Totem wyróżnia się m.in. wokalistką Werą, która udowadnia, że growling nie musi być jedynie domeną mężczyzn w metalowym światku. Kolejny band, gotycko-rockowy Delight, zaprezentował spokojny set, złożony z utworów tylko anglojęzycznych pochodzących z ich ostatniej płyty. Około godziny 19 na scenę wyszedł Decapitated, przenosząc nas w zupełnie przeciwne rejony muzyczne niż Delight. Agresywny, brutalny, techniczne zagrany death metal, wywołał spory entuzjazm i poruszenie, wśród moshującej wraz z zespołem publicznością. Czterdziestominutowy set udowodnił, że panowie z Decapitated należą do czołówki polskiego death metalowego grania, i że zaproszenia na wspólne trasy po USA z Fear Factory czy Suffocation nie są przypadkowe.
Około godziny dwudziestej, przy kolejnym zachodzie słońca, kończyła się instalować na scenie pierwsza zagraniczna gwiazda trzeciej edycji HunterFest - Sick of it All. Tłum pod sceną gęstniał z minuty na minutę, wraz ze zbliżającym się rozpoczęciem koncertu tej nowojorskiej legendy hardcore’u. To co działo się na jak i pod sceną w czasie następnej godziny, można określić słowami: amok, furia, szał. Znakomity kontakt z publicznością wokalisty Lou Kollera, wręcz „akrobatyczne” popisy jego brata, gitarzysty Pete’a udzielały się wszystkim. Zagrany set był wyborem przekrojowym z dorobku grupy. Było można usłyszeć „Take The Night Off” i „Faithless” z najnowszego krążka „Death To Tyrrants”, ze starszych numerów pojawiły się: „Friends Like You”, „My Life”. Występ zleciał w mgnieniu oka, dając wszystkim niewyobrażalny zastrzyk energii i adrenaliny!
Następny na scenie Hurt był w bardzo trudnej sytuacji, grając po takim koncertowym „walcu” jakim był SOIA i nie może dziwić, że występ tej coraz bardziej popularnej rockowej grupy, przygasł i lekko nużył. Większość osób wykorzystała ten czas na chwilę odpoczynku przed resztą wieczoru. A było przed czym odpoczywać bowiem tuż przed godziną 22 na scenie pojawił się Drak z ekipą.
Chyba jeszcze na żadnym koncercie Łowców nie panowała tak napięta atmosfera. Irytacja części publiczności spowodowana brakiem dwóch gwiazd osiągnęła apogeum (o Children Of Bodom wieść rozeszła się zaledwie kilka godzin wcześniej). Znacząca część publiki w donośny i bezpośredni sposób okazywała swoje niezadowolenie. Jednocześnie wierna grupa fanów Huntera podtrzymywała chłopaków na duchu, jak tylko mogła. Z różnych stron tłumu, co raz dochodziły skrajnie różne okrzyki. Atmosfera nie sprzyjająca do zagrania dobrego koncertu, ale czy Hunter kiedykolwiek zagrał kiepsko? Drak zaczął od wspomnienia Docenta, który na zeszłorocznym HunterFescie zagrał swój ostatni koncert. Dla niego na początek zagrano „Pomiędzy niebem a piekłem”, po czym dedykowany został mu cały koncert. Dalej było „T.E.L.I.” i wszystkie inne hunterowe przeboje. Do dzisiaj nie jesteśmy zdecydowani, co myśleć o coverze, jaki nam zafundowano, a było to „Hey Yah” z repertuaru Outcast. Aranżacja całkiem różnorodna, od mocnego przesteru, do delikatnego daabu, całość ozdobiona wokalnymi popisami Pawła, ale chociaż zamiarów zespołu nie znamy, to brzmiało to raczej jak jakaś parodia, niż poważny cover. Szczególnie śmiesznie wyglądał Draku, bez gitarki, w czapeczce, nawijający „shake it, shake, shake it...”. Fajnie czegoś takiego posłuchać, ale mamy nadzieje, że nie będzie to nowy kierunek rozwoju Huntera.
Nadeszła pora na kolejną zagraniczną gwiazdę – Amorphis. Zespół dość długo rozstawiał się na scenie, co powoli wprowadzało zniecierpliwienie wśród zgromadzonych. W końcu, po około czterdziestu (!) minutach, pojawili się w pełnym składzie, z nowym już wokalistą Tomi Joutsenem. Fiński zespół obracający się w rejonach lekko progresywnego, melodycznego metalu rozpoczął od utworu „Leaves Scar”. Cały set wypełniła podróż przez wszystkie albumy Finów, z oczywistym naciskiem na ostatni album „Elegy” (oprócz wspomnianego „Leaves Scar”, zagrali singlowy „House of Sleep” oraz „Under A Soil And Black Stone”). Świetne warunki głosowe Tomi Joutsenena, który płynnie potrafi przejść z czystego śpiewu, w bardzo agresywny growling (spore wrażenie wywołuje także mosh dredami w jego wykonaniu). Dobrze wypadł również w starszych utworach, znakomicie zastępując Pasi Koskinena. Na koniec Amorphis zagrał najstarszy kawałek z przygotowanej setlisty, czyli „Black Winter Day”. Po występnie trwającym równo godzinę muzycy zeszli ze sceny. No właśnie i tu jest mały minus dla panów z Finlandii, gdyż po prostu skończyli grać i sobie poszli… bez chociażby jakiegoś serdeczniejszego pożegnania ze sporą liczbą fanów, zgromadzonych na plaży.
Nadeszła w końcu pora na największą gwiazdę drugiego dnia Hunterfestu – Fear Factory. Wieść, że zespół dotarł i wystąpi pozwoliła odetchnąć trochę zdenerwowanym widzom. Zespół dosyć długo się przygotowywał, przemeblowując kompletnie przy tym całą scenę. Pozostawiono jeden odsłuch dla wokalisty, a gitara i bas przeszły przez naprawdę imponujące ściany wzmacniaczy poustawiane na tyłach sceny. Około godziny 1:40, ku zdziwieniu publiczności, z głośników poleciał „Number of the Beast” Maidenów, a następnie na pierwszy plan wkroczyli już Kalifornijczycy z utworem „Transgression”. Wraz z pierwszymi riffami, doznało się zderzenia ze ścianą dźwięku. Trzeba pochwalić zarówno zespół jak i organizatorów za znakomite (!!) nagłośnienie występu. Każdy dźwięk po prostu wwiercał się w mózg z siłą młota pneumatycznego. Cały występ trwał ponad półtorej godziny i skończył się po trzeciej w nocy. Wśród utworów przeważali reprezentanci „Demanufacture” (zagrany z wielką mocą tytułowy utwór, fenomenalna „Replica”, a także „Pisschrist”; tylko żałować można, że nie starczyło jeszcze czasu na „Body Hammer”). Nie zabrakło oczywiście utworów z „Archetype”, czy „Transgression”. Nie potwierdziły się także obiegowe opinie o słabej kondycji wokalnej Burtona, nie mamy nawet pojęcia skąd mogły się wziąć. Bardzo profesjonalny występ na światowym poziomie mógł trochę zrehabilitować w oczach widzów dotychczasowe niepowodzenia z występami gwiazd. Tym mocnym uderzeniem dobiegł końca dzień drugi.
Pobudka kolejnego dnia była dość drastyczna. Wokalista zespołu Messa, rozpoczynającego swój występ na małej scenie ok. godziny 11, słowami „wstawać kurwa! napierdalać!” zdecydowanie zmusił ludzi do wyjścia z namiotów. Zespół zaprezentował kilka coverów, w tym „Raining Blood” Slayera i „Roots Bloody Roots” Sepultury., które wyszły w miarę przyzwoicie (tylko trochę za wolne tempo przy odgrywaniu Slayera ;). W ostatni dzień na scenie głównej zagrali: Out of Control, Smirnoff, Ypsylon, Power of Trinity. Szczególnie ten ostatni wzbudził spore zainteresowanie, powodując większy ruch przy nielicznie jeszcze zgromadzonej publiczności. Jest to dość nietypowa hybryda grania rockowo-metalowego z reggae, które jak się okazuje sprawdza się bardzo dobrze!
Al Sirat i Carnal, zespołu obracające się w klimatach heavy-thrash-death metalowych. Należy żałować, że obie ekipy wystąpiły we wczesnych godzinach, przy niewielkiej ilości publiki, gdyż muzycznie zaprezentowały się na bardzo wysokim poziomie (szczególnie Carnal, o którym do tej pory jakoś nie słyszeliśmy, ale z chęcią zaczniemy kibicował im w dalszych poczynaniach, a szykują się właśnie do wydania płyty „The End Of Everything”). Następnie zmniejszono trochę ciężar i zagrał rockowy NAIV, wprowadzając piknikową (może nawet lekko naiv-ną) atmosferę wśród widzów popijających w ogródkach piwo. Następnie na scenie zameldowały się kolejno: Nikt, Enemy Mine, Schizma, Prana, Chassis, Wu-Hae, oraz Batalion D’Amour. Owe występy nie wzbudziły naszego większego zainteresowania, ale być może było to spowodowane oczekiwaniem na występ czeskich metalowców z Arakain. Zespół w kraju naszych południowych sąsiadów uznawany za legendę heavy metalu, zaprezentował się z jak najlepszej strony. Przeplatanie szybkich temp z wolnymi, przykuwające ucho solówki, oraz ciekawy, miejscami dość zabawny, ale posiadający swój klimat, czeski język! Wśród utworów nie zabrakło, singla z ostatniej płyty "Dabelska Hra”. Ponadto wokalista Honza Toužimský, szybko złapał kontakt z publicznością, pytając się o znaczenie niektórych słów w języku polskim, czy też zachwalając piękno stolicy naszego kraju. Następni na scenie pojawili się Lipali z Tomkiem „Lipą” Lipnickim. Zagrali set oparty na kawałkach z ostatniej płyty „Pi”. Jednak na bis udało się publiczności doprosić legendarny „Nóż”.
Po Lipali „Makak” poinformował zgromadzonych ludzi o tym, że nie zdołał dojechać Habakuk, co początkowo część osób przyjęła jako żart. Niestety, informacja okazała się prawdziwa, dlatego przyśpieszony został występ Indios Bravos. Banach, Gutek i spółka zagrali jeden z najlepszych koncertów w czasie całego festiwalu! Spokojne reggae’owe rytmy rozkołysały wszystkich obecnych, zachęcając do wspólnej zabawy, która toczyła się na całego pod sceną. Doprawdy bez różnicy czy jest to festiwal metalowy, piosenki biesiadnej, czy festiwal w Sopocie, Indios Bravos byłoby w stanie poruszyć chociażby do podrygiwania każdy rodzaj publiczności. Tego wieczoru z ust Gutka mogliśmy usłyszeć m.in.: „Pom Pom”, „Drogi”, „Mental Revolution”, „Tak to Tak”. Myślę, że dobrym pomysłem jest zaproszenie na taki festiwal, zespołów z innej półki gatunkowej, tym bardziej kapeli obracających się w rytmach reggae, które to pozwalają odetchnąć między kolejnymi „ciężkimi” występami.
Ok. godziny 23 wyszedł zapowiedziany z problemami przez Makaka Proletaryat (o problemach Makaka wspominaliśmy już na początku). Jest to kapela, która przez tyle lat działalności, ani trochę nie straciła na sile. Chociaż ostatnia płyta do najlepszych nie należy, a zespół uparcie męczy ją na koncertach, to stare kawałki (zagrane głównie pod koniec setu) wszystko rekompensują. „Tienanmen”, „Proletaryat”, „Hej, naprzód marsz” były niczym hymny pewnego zbuntowanego pokolenia i grane dzisiaj na żywo są wielkim tamtych czasów wspomnieniem.
Po północy nadszedł czas na ostatnie i najmocniejsze uderzenie w czasie trzeciej edycji Hunterfestu, amerykańską legendę Napalm Death. Zespół, który jest już od ponad dwadzieścia lat na scenie, ponownie zawitał do naszego kraju i po raz kolejny nie zawiódł. Szybko zainstalowali się na scenie, by z siłą młota hutniczego uderzyć mieszanką grindu i death-metalu. Wokalista Mark "Barney" Greenway z wielką werwą i energią przemieszczał się po scenie, co przypłacił w pewnym momencie upadkiem. Charakterystyczne ekstremalnie szybkie kawałki, Barney zdzierający gardło, wspomagany przez gitarzystę Mitcha Harrisa. Pod sceną kocioł, część osób oddalonych bardziej od sceny sprawiała wrażenie, jakby nie za bardzo wiedziała co się dzieje, jak się zachować do tak silnej dawki dźwięków. W czasie gigu mogliśmy usłyszeć dwa utwory z nadchodzącego krążka „Smear Campaign”(m.in. „Fatalist”), który jak się dowiedzieliśmy z ust Barney’a będzie dotyczył problemów religijnych. Sporą część kawałków (np. „Politicians” – cover Raw Power) Barney zadedykował „Idiotom takim jak Bush i Blair”, co się spotkało z gorącym przyjęciem ze strony widzów. Nie obyło się również bez bisu, w trakcie którego nie zabrakło legendarnego coveru Dead Kennedys „Nazi Punks Fuck Off”. Jak na prawdziwą gwiazdę przystało, Napalm Death zagrał fenomenalnie i najprościej rzecz ujmując „zmiażdżył”! Tym mocnym uderzeniem trzecia edycja Hunterfestu przeszła do historii.
Tyle o muzyce, teraz kilka słów o sprawach pobocznych. Właściwie nie powinno się o tym pisać, powinna to być sprawa oczywista, ale póki co w polskich realiach zdarza się to tak rzadko, że musimy zwrócić na to uwagę. Panowie z ochrony byli bardzo sympatyczni, skorzy do pomocy, chętni do rozmowy. Osoby lądujące za barierkami nie musiały obawiać się brutalnego traktowania, wręcz przeciwnie, były grzecznie i spokojnie zdejmowane z tłumu, odprowadzane do odpowiedniego przejścia i wracały szybko do dalszej zabawy! Za to wielki plus dla organizatorów. Pochwały należą się także za fenomenalne nagłośnienie podczas większości występów. Jedyne problemy z dźwiękiem dało się odczuć pod samymi barierkami. Tak samo na plus należałoby zaliczyć zorganizowanie całej infrastruktury wokół festiwalu, która z roku na rok jest coraz bardziej profesjonalna. Dobrym pomysłem było również postawienie „małej” sceny na terenie pola namiotowego (chociaż organizatorzy nie nazywali jej „małą”, tylko „drugą” i słusznie, bo mała to ona nie była). Ostatnia i myślę, że najważniejsza rzecz, działająca na korzyść całej imprezy: wspaniała atmosfera wśród bawiących się ludzi! Była to jedna z głównych rzeczy, dla których warto było przyjechać na tę imprezę.
Jednak jest trochę rzeczy, które należałoby jak najszybciej poprawić. Po pierwsze zbyt napięty terminarz występów, czego wynikiem były sytuację, że niektóre zespoły zagrały ledwie po trzy utwory. Po drugie naszym zdaniem bezsensowne jest wprowadzenie płatnych wyjściówek z terenu festiwalu (chociaż to podobno wymóg odgórny, ale nie zmienia to faktu, że bezsensowny). Panował straszny bałagan z kolejnością występujących zespołów, przez co wiele osób przegapiło zespoły, które miały zamiar obejrzeć. Do myślenia powinna dać także kwestia z wspomnianym wcześniej polem namiotowym, gdzie miejsca na namioty było zdecydowanie za mało. Niewystarczająca była także ilość prysznicy i toi toi na polu (chociaż i tak zauważamy znaczące postępy w porównaniu z poprzednimi edycjami imprezy). Bardzo ważną kwestią jest również zapewnienie większego bezpieczeństwa uczestników poza terenem festiwalu, gdyż zdarzyło się kilka dotkliwych wypadków, które nie kończyły się miło dla hunterfestowiczów.
No i najważniejsza sprawa… oczywiście brak dwóch gwiazd (Opeth i Children of Bodom), na które przyjechała naprawdę duża ilość ludzi. Niestety taka sytuacja bardzo niekorzystnie wpływa na wiarygodność imprezy w przyszłych latach. Szkoda, bo organizacja takiej imprezy, to nie tylko występy gwiazd, to ogromna ilość przeróżnych rzeczy, o których już pisaliśmy, a w których Hunter i spółka naprawdę się postarali. Nie ma festiwali, na którym zagrałyby wszystkie zapowiedziane kapele. Niestety w tym przypadku organizatorzy mieli „pecha”, gdyż padło na dwie najbardziej komercyjne gwiazdy. Wielka szkoda, że trzecia edycja będzie zapamiętana jako ta, na której nie zagrał Opeth i Children of Bodom. Zapewne mało kto będzie pamiętał, że świetne występy zanotowały Fear Factory, Acid Drinkers, Napalm Death, czy Sick of it All. Za Hunterfestem 2006 będzie się zapewne ciągnąć piętno koncertów które się nie odbyły, co jest niestety przykre i niesprawiedliwe. Mamy tylko nadzieję, że organizatorzy uporają się ze wszelkimi przeciwnościami i uda im się zorganizować za rok kolejny festiwal, jeszcze lepszy od tegorocznego, który pozwoli chociaż częściowo się zrehabilitować. Naprawdę szkoda byłoby stracić tę imprezę z festiwalowej mapy Polski.
Michał 'schizzm' Adamski
Tadeusz Bisewski
Tadeusz Bisewski
