Roskilde Festival 2006
29 czerwca – 2 lipca 2006, Roskilde, Dania
Za morzami, za wyspami, wśród niezliczonych mostów i ludu o niezrozumiałym języku, znajduje się miasteczko Roskilde. W roku 1971 zebrało się tam kilku miejscowych hipisów, aby stworzyć coś na kształt festiwalu w Woodstock, który miał miejsce zaledwie dwa lata wcześniej. W roku 1977 dobra wróżka Mick Jagger sprzedał organizatorom wielką pomarańczową scenę, aby już nikt nigdy nie pomylił tego festiwalu z żadnym innym. Z roku na rok historia się powtarzała, lecz za każdym razem z coraz większą pompą, robiąc coraz większe zamieszanie. Aż wreszcie w 2006 roku wydarzyło się coś wyjątkowego – na festiwal w Roskilde przyjechali RockDiggerzy!
No i na tym się właściwie bajeczka kończy, bo jak tylko RockDiggerzy przyjechali, tak ich zamurowało, to co tam zobaczyli, że aż nie wiedzą, co o tym napisać. Po pierwsze: impreza jest przeogromna. Sam tzw. camping rozmiarami przypomina małe miasteczko (tyle, że w centrum znajduje się bardzo wszystkim potrzebna kopalnia odkrywkowa, ale co poradzić). Po drugie: scen jest sześć, dni są cztery, wykonawców ponad 160 (!). Momentami nie wiadomo, co ze sobą zrobić i gdzie się podziać. Chciałoby się sklonować, ale niestety pozostaje tylko ciągła wędrówka od sceny do sceny w poszukiwaniu coraz mocniejszych wrażeń. Po trzecie: idealna organizacja. Komfort oglądania występów jest ogromny, ponieważ Duńczycy nie zapomnieli o niczym. Nawet najmniejsza scena jest lepiej produkowana (nagłośnienie, światła, telebimy) niż nie jeden festiwal w Polsce. Najzabawniej wspominam fragment występu Rogera Watersa, gdy pod koniec utworu „Perfect Sense” ma miejsce eksplozja – była na tyle realistyczna, że cała ochrona pilnująca publiczności obejrzała się na scenę, czy rzeczywiście coś nie wybuchło. Wydzielone sektory pod główną sceną „Orange” oraz największym namiotem „Arena” działały na „światła” – jeśli było zielone, to można było wejść na sektor. No i zachowanie ludzi. Towarzystwo z reguły bardzo sympatyczne, było również odpowiednio przeszkolone na takie okazje – w Danii (po tragedii w 2000 roku, gdy podczas występu grupy Pearl Jam na Roskilde Festival w tłumie zginęło 9 osób!) wprowadzono bardzo rygorystyczne przepisy dotyczące publiczności. Zakazany jest crowd-surfing oraz wszelkie „przepychanki”. Nie można nawet podbiec kilku metrów w sektorze, bo od razu zatrzymuje nas ochrona. I jeszcze słowo o owych służbach specjalnych ubranych w pomarańczowe kamizelki – po prostu wielkie brawa, nie wyobrażam sobie, kiedy w Polsce dojdziemy do takiego standardu, obsługa myśląca, rozmawiająca, rozdająca wodę, znajdująca miejsce na rozbicie namiotu. Roskilde Festival jest imprezą, jakiej nie znajdzie się nigdzie indziej, a na pewno nie w naszym kraju.
Na takim festiwalu, wśród 160 wykonawców, jest wielu nowicjuszy i małych gwiazdeczek, ale są również megagwiazdy i związane z nimi megaporażki. W tym roku mieliśmy takie dwie. Pierwszą okazał się stary bard Bob Dylan. Usztywnionego posadzono za klawiszami i kazano śpiewać resztkami sił. Zatrudniono również armię świetnych muzyków, aby niedoskonałości Artysty tuszowali swoją grą, która jednak ze starym klimatem utworów Dylana miała mało wspólnego. Pan Bob ani razu podczas całego koncertu nawet nie wstał, nie mówiąc nic o jakimkolwiek kontakcie z publicznością. Po koncercie rozchodzący się tłum niczego nie komentował, bo lepiej nie mówić nic, niż mówić źle o dawnym mistrzu, wobec którego, nawet po fatalnym występie, ciągle czuło się respekt.

Za to na Guns’n’Roses, a właściwie na tym co z nich zostało czyli Axlu Rose, nie pozostawiono suchej nitki. Zacznijmy od tego, ze zespół spóźnił się około godziny, co w ogóle nie odpowiada standardom tej imprezy, a zwłaszcza głównej sceny, na której odbywają się dziennie zaledwie cztery „pełnometrażowe” koncerty oddzielone ponad godzinnymi przerwami technicznymi i nic nie może nawalić... oczywiście oprócz Artysty. Co do samego występu, to przede wszystkim Axl, choć głos ma nadal dobry, to jego parominutowe przerwy na złapanie oddechu po każdym kawałku, były mocno irytujące. Czasem zespół starał się wypełnić czymś jego nieobecność, ale to momentami irytowało jeszcze bardziej. Poza tym obiekt westchnień z młodości wszystkich niedobrych dziewczynek utył przestrasznie i nikt mu nie powiedział, że jego specyficzne ruchy i sceniczne tańce były może sexy, ale jak był dwadzieścia lat młodszy i czterdzieści kilo lżejszy. Poza tym repertuar znakomity, wykonanie równie dobre, no ale trzeba mieć trochę szacunku dla publiki i umieć się zachować w pewnym wieku.
Z mniejszych gwiazd, które zawiodły, to przede wszystkim Amplifier. Mówiąc w skrócie, nie jest to już tych trzech zaskakujących i pełnych werwy chłopaków, których zobaczyliśmy w krakowskim studiu TV na Krzemionkach w styczniu 2004 roku, a był to ich pierwszy występ poza Wyspami Brytyjskimi. Wtedy dopiero startowali w show biznesie. W Roskilde, po wydaniu drugiej płyty, wielu sukcesach i zagranicznych koncertach stanęło przed publicznością trzech nadętych ważniaków i nawet ignorując ich zachowanie, nie dało się nie zauważyć zmian w samej muzyce. To już nie miało takiej energii, przekazu i szczerości jakie zapamiętałem z krakowskiego występu. Ta kapela swoje najlepsze dni ma już niestety za sobą.
Całe szczęście, że listę wygasłych gwiazd można zakończyć na trzech powyższych. Występy pozostałych należy z reguły zaliczyć do udanych. Niewątpliwie do takich należał koncert Morrisseya, który swój występ dwa lata temu na mniejszej scenie uważa za jedno z ważniejszych wydarzeń w swojej solowej karierze. Tym razem występował na głównej scenie i dał porywający koncert. Jak zwykle elegancki i szarmancki, taki na jakiego wszyscy czekali. Przeważały utwory ze jego najnowszej płyty Ringleader Of The Tormentors, ale nie zapominał również o fanach The Smiths.
Także doskonale spisał się Primal Scream. Udowodnili, że wiedzą, czego chce festiwalowa publiczność, i zwyczajnie zaczęli rżnąć największe hity jeden za drugim. Było promujące nowy krążek „Country Girl”, był „Kowalski”, „Movin On Up”, „Swastika Eyes”, „Kill All Hippies”, „Rocks” – zupełnie jak by się słuchało „Dirty Hits”. Rozmowy Maniego z publicznością, w których widać było zadowolenie obu stron ze spotkania w Roskilde. Tak się właśnie dziękuje fanom za wierność (zwłaszcza jeśli nowa płyta odstaje trochę od poprzednich).
Czy poczynania Happy Mondays można nazwać wielkim powrotem? Każdy z nas myślał, że już nigdy nie zobaczy ich na żywo, aż tu nagle w zeszłym roku zaczęli pojawiać się na festiwalach. Dlatego też może reakcje publiki były takie żywe i spontaniczne. Zaczęli od „Loose Fit”, było też „Step On, Kinky Afro”, ale przede wszystkim „24 Hour Party People!” Wielkie dzięki dla nich za porywającą wycieczkę po Madchesterze!

Roskilde już dawno przestało być festiwalem rockowym. Inne muzyczne nurty stały się bardzo popularne na tej imprezie i nie można ich w żaden sposób pominąć. Jednego dnia mieliśmy popis angielskiego hip-hopu na najwyższy poziomie. Zafundowała go nam młoda i niepozorna bomba energetyczna – Lady Sovereign. Naśmiewając się z samej siebie i wszystkich naokoło pokazała swój „delikatny i kobiecy” charakterek a’la fuck off i choć zagrała krótko, to zdołała wprowadzić wszystkich w bardzo skoczny nastrój podkładami w stylu drum’n’bass, jakie serwował jej DJ.
Przedostatniego dnia zagrał niemiecki zespół Seeed, który tworzy hip-hop z elementami ska, dancehall i dub, a całość prezentuje w iście performance’owy sposób. Cały zespół liczy 11 osób i uwierzcie, że naprawdę na scenie dużo się dzieje. Trzy niesamowite tancerki, trzej wokaliści w lśniących bordowych garniturach, ale przede wszystkim genialni muzycy wraz z klasyczną sekcją dętą. I choć zespół śpiewa w swoim ojczystym języku to i tak mnóstwo ludzi spoza Niemiec jest ich wiernymi fanami, a my do tego grona dołączamy po tym występie.
Nie można zapomnieć o porywającym tanecznym show Scissor Sisters. Jeśli ktokolwiek ma jeszcze jakieś wątpliwości co do tego zespołu, to koniecznie musi wybrać się na ich koncert, aby dać się porwać nieskrępowanej zabawie przy tych niesamowicie pozytywnych dźwiękach. No i perfekcyjnie dopracowane przedstawienie z każdym ruchem i szczegółem wyglądu – professional, jakiego nie mamy zbyt często okazji podziwiać. Grali wszystkie singlowe przeboje, ale także rzeczy z nowej płyty, a przy wszystkich kawałkach publika bawiła się kapitalnie, oczywiście oprócz tych osobników, których Ana Matronic oczarowała tak bardzo, że nie mogli oderwać od niej oczu i tylko stali gapiąc się na scenę.
A teraz rockowe granie, o którym nie można zapomnieć, ale też nie ma co się rozpisywać. Franz Ferdinand – niczego im nie brakuje, ale to jest kapela, którą można zobaczyć raz i już się wie, jak wyglądają wszystkie ich występy – niektórzy chyba już tak mają. The Raconteurs – warto było ich zobaczyć, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy Jackowi znudzi się ta grupa. Poza tym bez rewelacji na żywo, ale być może problem był w tym, że grali tuż przed Rogerem Watersem i chyba wszyscy już byli myślami na dużej scenie. The Strokes – może się czepiamy, ale czegoś w tym brakowało... autentyczności? szczerości? Trochę za bardzo to wszystko wyuczone i odegrane dla samego faktu zagrania koncertu, chyba nic więcej. Matisyahu – chłopaki grają swoje i grają to dobrze, ale zamiast wybierać się na ich koncert można spokojnie zostać w domu i posłuchać płyty „Live At Stubbs”, ponieważ nie zauważyliśmy żadnej różnicy pomiędzy tymi dwoma występami (może poza kolejnością utworów). Placebo – koncert udany, repertuar złożony z utworów ostatniego krążka „Meds” oraz największych hitów grupy.

No i na koniec zostawiliśmy najlepsze kąski, a jednym z nich był występ grupy Tool. Musimy się przyznać, że baliśmy się trochę, czy po ostatniej płycie zespół będzie w stanie dać dobry koncert – oczywiście nasze obawy były bezpodstawne! Panowie pokazali najwyższą klasę, być może nawet wyższą niż na trasie po „Lateralusie”. Inna sprawa, że „10000 Days” planują promować dopiero w listopadzie i dlatego latem grali przeglądówkę ze wszystkich płyt - było „Opiate”, „Sober”, „Aenima”, „Stinkfist”, „Forty Six & 2”, „Schism”, „Lateralus”, „The Pot”, „Jambie”. Ich ciężkie brzmienie zdołało unieść publikę nad ziemię i po półtorej godziny grania można było zauważyć mnóstwo osób, które nie do końca wiedziały co się z nimi dzieje. Wokalista, zwykle małomówny, stojący spokojnie z tyłu sceny, tym razem przedziwnie się rozgadał. Podczas chwilowych problemów technicznych z komputerem Maynard ubrał kamizelkę obsługi festiwalu i świecąc latarką na kumpli z zespołu pytał: ”Sir, can I see your pass, please?”. Zwrócił się również do tłumu: „You all smell nice tonight”.
Z zupełnych nowości, to przede wszystkim Gogol Bordello. Formacja międzynarodowa grająca, jak to sami określili, cygańskiego punka. Nie spodziewaliśmy się, że o godzinie 14:00 ktoś będzie w stanie tak porwać ludzi do tańca. Widzowie zostali uderzeni potężną dawką entuzjazmu i czystej energii, która obudziła nawet najbardziej zaspanych po czwartkowej imprezie. Szybkie zagrywki pod krzywą folkową nutę i przegenialnie brzmiący wokal (zwłaszcza akcent w anglojęzycznych tekstach) to ich recepta na zabawę. Niesamowita muzyka – polecamy wszystkim!
A teraz koncert zespołu, który jest za młody na główną scenę, więc grał na mniejszej (dokładnie to w największym z namiotów, czyli na scenie zwanej Areną) i nie dało się wcisnąć igły, bo tylu ludzi przyszło ich usłyszeć i zobaczyć – Arctic Monkeys! Wszystko, co z nimi związane, dzieje się w tempie nie uchwytnym dla normalnego człowieka. Wydaje się, że sam zespół nad tym nie nadąża. Świeżość i szczeniactwo biły ze sceny, a doskonałe nagłośnienie przekazywało każdy surowy dźwięk stojącym nawet daleko poza namiotem. Aż chciałoby się powiedzieć: zobaczymy, co z nich wyrośnie.

Sigur Rós na żywo to rzecz ciężka do opisania. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek doświadczył tego i nie był w stanie słowa wykrztusić, gdy później pytano go wrażenia – tak działa ta muzyka! Działa nawet jeszcze mocniej! Widok ludzi płaczących, w otępieniu siadających na ziemię, wychodzących w trakcie koncertu z powodu nadmiaru wrażeń – nie wyolbrzymiamy ani słowem, tak to wygląda naprawdę! Występ Sigur Rós to przeżycie nie mieszczące się w granicach normalnego koncertu. Jest to doświadczenie metafizyczne, albo wręcz mistyczne. Poprzez skumulowanie ogromnej ilości niesamowitych dźwięków o bardzo wysokim natężeniu odkrywamy tą muzykę nie na scenie, lecz głęboko w nas samych i pozostaje ona w nas na długo jeszcze po koncercie. Ten zespół to ewenement i chyba nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wielki!
Główną gwiazdą festiwalu był Roger Waters objeżdżający w tym roku Europę grając suitę „The Dark Side Of The Moon”. Przyznać trzeba, że nowe wykonanie legendarnej płyty nie tylko zachowuje floydowy klimat, ale również potrafi zaskoczyć – np. wariacja z odgłosem (jak i wizją) szybko przejeżdżającego pociągu w „On The Run”. Oczywiście całemu występowi towarzyszyły wizualizacje na wielkim diodowym ekranie umieszczonym na plecach sceny – podczas „Ciemnej Strony Księżyca” obrazy wyświetlano jedynie na planie koła niczym na trasie z 1973 roku. Gdyby się uprzeć nad porównaniem liderów Pink Floyd, czyli Watersa z Gilmourem, to należałoby powiedzieć, że o ile ten drugi tworzy prawdziwą muzykę, to pierwszy bezbłędnie gra emocjami. Dało się to poczuć zwłaszcza podczas bardziej osobistych dla Rogera utworów. Maksimum wzruszenia przypadło na „The Fletcher Memorial Home”, utwór sam w sobie genialny, w wykonaniu mistrza nabrał olbrzymiego patosu przy zachowaniu niezwykle skromnych środków. Ujściem dla tak nagromadzonej energii był widz i bez wątpienia każdy to poczuł. Po „Domu Pamięci Fletchera” zawitaliśmy na chwilę w „Odysei Kosmicznej” – „Perfect Sense”! To przykre, że na solowych koncertach w tym roku, Roger grał tylko dwa swoje solowe utwory. Nie mamy nic przeciwko grania przebojów Pink Floyd, których jest współautorem (a często nawet całkowitym twórcą), ale wiele jego prywatnych kompozycji jest wyśmienitych i zupełnym spokojem można by je było wykorzystać podczas koncertów. Drugim solowym utworem było napisane stosunkowo niedawno i wydane jedynie na singlu „Leaving Beirut”. Inna sprawa dlaczego Waters wciąż męczy biedne „Shine On You Crazy Diamond”, gdy ani on sam, ani jego zespół w ogóle sobie z tą kompozycją nie radzą. Co do bisu to „Another Brick In The Wall” nie zaskoczył nikogo... ale co nastało po tym! „Vera” i „Bring The Boys Back Home” – dwie niepozorne, drobne kompozycje z płyty „The Wall”, zdawałoby się, że wręcz wymuszone fabułą. Roger wycisnął z nich wszystko, co najlepsze i taką esencją emocji pożegnał się z publicznością. Zostało tylko „Comfortable Numb” do zakończenia tegorocznej edycji Roskilde Festival. Utwór niezwykle trafny na koniec imprezy – większość ludzi, po wyczerpujących czterech dniach zabawy, wracała spod głównej sceny do namiotów, będąc w pewnym sensie przyjemnie odrętwiałym.
Za morzami, za wyspami, wśród niezliczonych mostów i ludu o niezrozumiałym języku, znajduje się miasteczko Roskilde. W roku 1971 zebrało się tam kilku miejscowych hipisów, aby stworzyć coś na kształt festiwalu w Woodstock, który miał miejsce zaledwie dwa lata wcześniej. W roku 1977 dobra wróżka Mick Jagger sprzedał organizatorom wielką pomarańczową scenę, aby już nikt nigdy nie pomylił tego festiwalu z żadnym innym. Z roku na rok historia się powtarzała, lecz za każdym razem z coraz większą pompą, robiąc coraz większe zamieszanie. Aż wreszcie w 2006 roku wydarzyło się coś wyjątkowego – na festiwal w Roskilde przyjechali RockDiggerzy!No i na tym się właściwie bajeczka kończy, bo jak tylko RockDiggerzy przyjechali, tak ich zamurowało, to co tam zobaczyli, że aż nie wiedzą, co o tym napisać. Po pierwsze: impreza jest przeogromna. Sam tzw. camping rozmiarami przypomina małe miasteczko (tyle, że w centrum znajduje się bardzo wszystkim potrzebna kopalnia odkrywkowa, ale co poradzić). Po drugie: scen jest sześć, dni są cztery, wykonawców ponad 160 (!). Momentami nie wiadomo, co ze sobą zrobić i gdzie się podziać. Chciałoby się sklonować, ale niestety pozostaje tylko ciągła wędrówka od sceny do sceny w poszukiwaniu coraz mocniejszych wrażeń. Po trzecie: idealna organizacja. Komfort oglądania występów jest ogromny, ponieważ Duńczycy nie zapomnieli o niczym. Nawet najmniejsza scena jest lepiej produkowana (nagłośnienie, światła, telebimy) niż nie jeden festiwal w Polsce. Najzabawniej wspominam fragment występu Rogera Watersa, gdy pod koniec utworu „Perfect Sense” ma miejsce eksplozja – była na tyle realistyczna, że cała ochrona pilnująca publiczności obejrzała się na scenę, czy rzeczywiście coś nie wybuchło. Wydzielone sektory pod główną sceną „Orange” oraz największym namiotem „Arena” działały na „światła” – jeśli było zielone, to można było wejść na sektor. No i zachowanie ludzi. Towarzystwo z reguły bardzo sympatyczne, było również odpowiednio przeszkolone na takie okazje – w Danii (po tragedii w 2000 roku, gdy podczas występu grupy Pearl Jam na Roskilde Festival w tłumie zginęło 9 osób!) wprowadzono bardzo rygorystyczne przepisy dotyczące publiczności. Zakazany jest crowd-surfing oraz wszelkie „przepychanki”. Nie można nawet podbiec kilku metrów w sektorze, bo od razu zatrzymuje nas ochrona. I jeszcze słowo o owych służbach specjalnych ubranych w pomarańczowe kamizelki – po prostu wielkie brawa, nie wyobrażam sobie, kiedy w Polsce dojdziemy do takiego standardu, obsługa myśląca, rozmawiająca, rozdająca wodę, znajdująca miejsce na rozbicie namiotu. Roskilde Festival jest imprezą, jakiej nie znajdzie się nigdzie indziej, a na pewno nie w naszym kraju.
Na takim festiwalu, wśród 160 wykonawców, jest wielu nowicjuszy i małych gwiazdeczek, ale są również megagwiazdy i związane z nimi megaporażki. W tym roku mieliśmy takie dwie. Pierwszą okazał się stary bard Bob Dylan. Usztywnionego posadzono za klawiszami i kazano śpiewać resztkami sił. Zatrudniono również armię świetnych muzyków, aby niedoskonałości Artysty tuszowali swoją grą, która jednak ze starym klimatem utworów Dylana miała mało wspólnego. Pan Bob ani razu podczas całego koncertu nawet nie wstał, nie mówiąc nic o jakimkolwiek kontakcie z publicznością. Po koncercie rozchodzący się tłum niczego nie komentował, bo lepiej nie mówić nic, niż mówić źle o dawnym mistrzu, wobec którego, nawet po fatalnym występie, ciągle czuło się respekt.

Roger Waters [foto: Jakub Matyja]
Za to na Guns’n’Roses, a właściwie na tym co z nich zostało czyli Axlu Rose, nie pozostawiono suchej nitki. Zacznijmy od tego, ze zespół spóźnił się około godziny, co w ogóle nie odpowiada standardom tej imprezy, a zwłaszcza głównej sceny, na której odbywają się dziennie zaledwie cztery „pełnometrażowe” koncerty oddzielone ponad godzinnymi przerwami technicznymi i nic nie może nawalić... oczywiście oprócz Artysty. Co do samego występu, to przede wszystkim Axl, choć głos ma nadal dobry, to jego parominutowe przerwy na złapanie oddechu po każdym kawałku, były mocno irytujące. Czasem zespół starał się wypełnić czymś jego nieobecność, ale to momentami irytowało jeszcze bardziej. Poza tym obiekt westchnień z młodości wszystkich niedobrych dziewczynek utył przestrasznie i nikt mu nie powiedział, że jego specyficzne ruchy i sceniczne tańce były może sexy, ale jak był dwadzieścia lat młodszy i czterdzieści kilo lżejszy. Poza tym repertuar znakomity, wykonanie równie dobre, no ale trzeba mieć trochę szacunku dla publiki i umieć się zachować w pewnym wieku.
Z mniejszych gwiazd, które zawiodły, to przede wszystkim Amplifier. Mówiąc w skrócie, nie jest to już tych trzech zaskakujących i pełnych werwy chłopaków, których zobaczyliśmy w krakowskim studiu TV na Krzemionkach w styczniu 2004 roku, a był to ich pierwszy występ poza Wyspami Brytyjskimi. Wtedy dopiero startowali w show biznesie. W Roskilde, po wydaniu drugiej płyty, wielu sukcesach i zagranicznych koncertach stanęło przed publicznością trzech nadętych ważniaków i nawet ignorując ich zachowanie, nie dało się nie zauważyć zmian w samej muzyce. To już nie miało takiej energii, przekazu i szczerości jakie zapamiętałem z krakowskiego występu. Ta kapela swoje najlepsze dni ma już niestety za sobą.
Całe szczęście, że listę wygasłych gwiazd można zakończyć na trzech powyższych. Występy pozostałych należy z reguły zaliczyć do udanych. Niewątpliwie do takich należał koncert Morrisseya, który swój występ dwa lata temu na mniejszej scenie uważa za jedno z ważniejszych wydarzeń w swojej solowej karierze. Tym razem występował na głównej scenie i dał porywający koncert. Jak zwykle elegancki i szarmancki, taki na jakiego wszyscy czekali. Przeważały utwory ze jego najnowszej płyty Ringleader Of The Tormentors, ale nie zapominał również o fanach The Smiths.
Także doskonale spisał się Primal Scream. Udowodnili, że wiedzą, czego chce festiwalowa publiczność, i zwyczajnie zaczęli rżnąć największe hity jeden za drugim. Było promujące nowy krążek „Country Girl”, był „Kowalski”, „Movin On Up”, „Swastika Eyes”, „Kill All Hippies”, „Rocks” – zupełnie jak by się słuchało „Dirty Hits”. Rozmowy Maniego z publicznością, w których widać było zadowolenie obu stron ze spotkania w Roskilde. Tak się właśnie dziękuje fanom za wierność (zwłaszcza jeśli nowa płyta odstaje trochę od poprzednich).
Czy poczynania Happy Mondays można nazwać wielkim powrotem? Każdy z nas myślał, że już nigdy nie zobaczy ich na żywo, aż tu nagle w zeszłym roku zaczęli pojawiać się na festiwalach. Dlatego też może reakcje publiki były takie żywe i spontaniczne. Zaczęli od „Loose Fit”, było też „Step On, Kinky Afro”, ale przede wszystkim „24 Hour Party People!” Wielkie dzięki dla nich za porywającą wycieczkę po Madchesterze!

Scissor Sisters [foto: Asia Lebiedzińska]
Roskilde już dawno przestało być festiwalem rockowym. Inne muzyczne nurty stały się bardzo popularne na tej imprezie i nie można ich w żaden sposób pominąć. Jednego dnia mieliśmy popis angielskiego hip-hopu na najwyższy poziomie. Zafundowała go nam młoda i niepozorna bomba energetyczna – Lady Sovereign. Naśmiewając się z samej siebie i wszystkich naokoło pokazała swój „delikatny i kobiecy” charakterek a’la fuck off i choć zagrała krótko, to zdołała wprowadzić wszystkich w bardzo skoczny nastrój podkładami w stylu drum’n’bass, jakie serwował jej DJ.
Przedostatniego dnia zagrał niemiecki zespół Seeed, który tworzy hip-hop z elementami ska, dancehall i dub, a całość prezentuje w iście performance’owy sposób. Cały zespół liczy 11 osób i uwierzcie, że naprawdę na scenie dużo się dzieje. Trzy niesamowite tancerki, trzej wokaliści w lśniących bordowych garniturach, ale przede wszystkim genialni muzycy wraz z klasyczną sekcją dętą. I choć zespół śpiewa w swoim ojczystym języku to i tak mnóstwo ludzi spoza Niemiec jest ich wiernymi fanami, a my do tego grona dołączamy po tym występie.
Nie można zapomnieć o porywającym tanecznym show Scissor Sisters. Jeśli ktokolwiek ma jeszcze jakieś wątpliwości co do tego zespołu, to koniecznie musi wybrać się na ich koncert, aby dać się porwać nieskrępowanej zabawie przy tych niesamowicie pozytywnych dźwiękach. No i perfekcyjnie dopracowane przedstawienie z każdym ruchem i szczegółem wyglądu – professional, jakiego nie mamy zbyt często okazji podziwiać. Grali wszystkie singlowe przeboje, ale także rzeczy z nowej płyty, a przy wszystkich kawałkach publika bawiła się kapitalnie, oczywiście oprócz tych osobników, których Ana Matronic oczarowała tak bardzo, że nie mogli oderwać od niej oczu i tylko stali gapiąc się na scenę.
A teraz rockowe granie, o którym nie można zapomnieć, ale też nie ma co się rozpisywać. Franz Ferdinand – niczego im nie brakuje, ale to jest kapela, którą można zobaczyć raz i już się wie, jak wyglądają wszystkie ich występy – niektórzy chyba już tak mają. The Raconteurs – warto było ich zobaczyć, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy Jackowi znudzi się ta grupa. Poza tym bez rewelacji na żywo, ale być może problem był w tym, że grali tuż przed Rogerem Watersem i chyba wszyscy już byli myślami na dużej scenie. The Strokes – może się czepiamy, ale czegoś w tym brakowało... autentyczności? szczerości? Trochę za bardzo to wszystko wyuczone i odegrane dla samego faktu zagrania koncertu, chyba nic więcej. Matisyahu – chłopaki grają swoje i grają to dobrze, ale zamiast wybierać się na ich koncert można spokojnie zostać w domu i posłuchać płyty „Live At Stubbs”, ponieważ nie zauważyliśmy żadnej różnicy pomiędzy tymi dwoma występami (może poza kolejnością utworów). Placebo – koncert udany, repertuar złożony z utworów ostatniego krążka „Meds” oraz największych hitów grupy.

Sigur Ros [foto: Asia Lebiedzińska]
No i na koniec zostawiliśmy najlepsze kąski, a jednym z nich był występ grupy Tool. Musimy się przyznać, że baliśmy się trochę, czy po ostatniej płycie zespół będzie w stanie dać dobry koncert – oczywiście nasze obawy były bezpodstawne! Panowie pokazali najwyższą klasę, być może nawet wyższą niż na trasie po „Lateralusie”. Inna sprawa, że „10000 Days” planują promować dopiero w listopadzie i dlatego latem grali przeglądówkę ze wszystkich płyt - było „Opiate”, „Sober”, „Aenima”, „Stinkfist”, „Forty Six & 2”, „Schism”, „Lateralus”, „The Pot”, „Jambie”. Ich ciężkie brzmienie zdołało unieść publikę nad ziemię i po półtorej godziny grania można było zauważyć mnóstwo osób, które nie do końca wiedziały co się z nimi dzieje. Wokalista, zwykle małomówny, stojący spokojnie z tyłu sceny, tym razem przedziwnie się rozgadał. Podczas chwilowych problemów technicznych z komputerem Maynard ubrał kamizelkę obsługi festiwalu i świecąc latarką na kumpli z zespołu pytał: ”Sir, can I see your pass, please?”. Zwrócił się również do tłumu: „You all smell nice tonight”.
Z zupełnych nowości, to przede wszystkim Gogol Bordello. Formacja międzynarodowa grająca, jak to sami określili, cygańskiego punka. Nie spodziewaliśmy się, że o godzinie 14:00 ktoś będzie w stanie tak porwać ludzi do tańca. Widzowie zostali uderzeni potężną dawką entuzjazmu i czystej energii, która obudziła nawet najbardziej zaspanych po czwartkowej imprezie. Szybkie zagrywki pod krzywą folkową nutę i przegenialnie brzmiący wokal (zwłaszcza akcent w anglojęzycznych tekstach) to ich recepta na zabawę. Niesamowita muzyka – polecamy wszystkim!
A teraz koncert zespołu, który jest za młody na główną scenę, więc grał na mniejszej (dokładnie to w największym z namiotów, czyli na scenie zwanej Areną) i nie dało się wcisnąć igły, bo tylu ludzi przyszło ich usłyszeć i zobaczyć – Arctic Monkeys! Wszystko, co z nimi związane, dzieje się w tempie nie uchwytnym dla normalnego człowieka. Wydaje się, że sam zespół nad tym nie nadąża. Świeżość i szczeniactwo biły ze sceny, a doskonałe nagłośnienie przekazywało każdy surowy dźwięk stojącym nawet daleko poza namiotem. Aż chciałoby się powiedzieć: zobaczymy, co z nich wyrośnie.

Roger Waters [foto: Jakub Matyja]
Sigur Rós na żywo to rzecz ciężka do opisania. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek doświadczył tego i nie był w stanie słowa wykrztusić, gdy później pytano go wrażenia – tak działa ta muzyka! Działa nawet jeszcze mocniej! Widok ludzi płaczących, w otępieniu siadających na ziemię, wychodzących w trakcie koncertu z powodu nadmiaru wrażeń – nie wyolbrzymiamy ani słowem, tak to wygląda naprawdę! Występ Sigur Rós to przeżycie nie mieszczące się w granicach normalnego koncertu. Jest to doświadczenie metafizyczne, albo wręcz mistyczne. Poprzez skumulowanie ogromnej ilości niesamowitych dźwięków o bardzo wysokim natężeniu odkrywamy tą muzykę nie na scenie, lecz głęboko w nas samych i pozostaje ona w nas na długo jeszcze po koncercie. Ten zespół to ewenement i chyba nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wielki!
Główną gwiazdą festiwalu był Roger Waters objeżdżający w tym roku Europę grając suitę „The Dark Side Of The Moon”. Przyznać trzeba, że nowe wykonanie legendarnej płyty nie tylko zachowuje floydowy klimat, ale również potrafi zaskoczyć – np. wariacja z odgłosem (jak i wizją) szybko przejeżdżającego pociągu w „On The Run”. Oczywiście całemu występowi towarzyszyły wizualizacje na wielkim diodowym ekranie umieszczonym na plecach sceny – podczas „Ciemnej Strony Księżyca” obrazy wyświetlano jedynie na planie koła niczym na trasie z 1973 roku. Gdyby się uprzeć nad porównaniem liderów Pink Floyd, czyli Watersa z Gilmourem, to należałoby powiedzieć, że o ile ten drugi tworzy prawdziwą muzykę, to pierwszy bezbłędnie gra emocjami. Dało się to poczuć zwłaszcza podczas bardziej osobistych dla Rogera utworów. Maksimum wzruszenia przypadło na „The Fletcher Memorial Home”, utwór sam w sobie genialny, w wykonaniu mistrza nabrał olbrzymiego patosu przy zachowaniu niezwykle skromnych środków. Ujściem dla tak nagromadzonej energii był widz i bez wątpienia każdy to poczuł. Po „Domu Pamięci Fletchera” zawitaliśmy na chwilę w „Odysei Kosmicznej” – „Perfect Sense”! To przykre, że na solowych koncertach w tym roku, Roger grał tylko dwa swoje solowe utwory. Nie mamy nic przeciwko grania przebojów Pink Floyd, których jest współautorem (a często nawet całkowitym twórcą), ale wiele jego prywatnych kompozycji jest wyśmienitych i zupełnym spokojem można by je było wykorzystać podczas koncertów. Drugim solowym utworem było napisane stosunkowo niedawno i wydane jedynie na singlu „Leaving Beirut”. Inna sprawa dlaczego Waters wciąż męczy biedne „Shine On You Crazy Diamond”, gdy ani on sam, ani jego zespół w ogóle sobie z tą kompozycją nie radzą. Co do bisu to „Another Brick In The Wall” nie zaskoczył nikogo... ale co nastało po tym! „Vera” i „Bring The Boys Back Home” – dwie niepozorne, drobne kompozycje z płyty „The Wall”, zdawałoby się, że wręcz wymuszone fabułą. Roger wycisnął z nich wszystko, co najlepsze i taką esencją emocji pożegnał się z publicznością. Zostało tylko „Comfortable Numb” do zakończenia tegorocznej edycji Roskilde Festival. Utwór niezwykle trafny na koniec imprezy – większość ludzi, po wyczerpujących czterech dniach zabawy, wracała spod głównej sceny do namiotów, będąc w pewnym sensie przyjemnie odrętwiałym.
Joanna Lebiedzińska
Tadeusz Bisewski
Tadeusz Bisewski

