Przystanek Woodstock 2005
5 - 6 sierpnia 2005, Kostrzyn
To już 11 lat. Dla jednych 11 lat wspaniałych imprez, muzycznych wzlotów i upadków, niepowtarzalnej atmosfery, nowych znajomości, upojnych nocy, klimatu wolności i zapomnienia od codziennych problemów. Dla innych 11 lat zboczenia, brudu, dzieci-śmieci, narkotyków, niemoralności, wszelkiego zła.
Owsiak & Co. nie zrażeni przeciwnościami po raz kolejny rozruszali maszynę o nazwie Przystanek Woodstock. Drugi raz kilkusettysięczny tłum ugościła ziemia kostrzyńska.
Po raz pierwszy natomiast Przystanek był tak szeroko rozreklamowany za naszą zachodnią granicą, co zaowocowało całkiem pokaźną rzeszą naszych „szwargocących braci”.
W tym roku również wśród zaproszonych kapel całkiem sporą część stanowiły zespoły niemieckie: Die Toten Hosen, Beatsteaks, Knorkator, Scavenger, She Male Trouble, Mad Doggin. O tym, że niemiecki duch unosił się nad polem na równi z polskim świadczyło też to, że po raz pierwszy Woodstock został otwarty w dwóch językach. Po niemiecku przywitała wszystkich pani rzecznik Urzędu Miasta w Kostrzynie, a około godziny 15:30 piątkowego popołudnia ze sceny rozległ się gwizdek znanego i lubianego pana Romka Polańskiego – ostatniego zawiadowcy stacji w Żarach. Rok czekania – i znów można było poczuć niezapomniany klimat Woodstocku.
Tegoroczny Przystanek rozpoczął się wesołym akcentem. Pogodno - tego zespołu nie trzeba chyba już nikomu przedstawiać. Singiel z ostatniej płyty („Pielgrzymka Psów”) rozbrzmiewał przez długi czas na wielu stacjach radiowych. Wszyscy śpiewali „Uśmiech się”. Nie inaczej było tego dnia w Kostrzynie. Publika szalała pod sceną, Budyń szalał na scenie. Nie zabrakło żadnego hitu, była nawet niechętnie grana na koncertach „Orkiestra”. Ale nie mogło być inaczej, skoro koncert ten miał zostać zarejestrowany na potrzeby wydawnictwa DVD. Jednak nieco irytujący był Owsiak, który nakazał zagrać „Orkiestrę” po raz drugi, właśnie po to by ją lepiej nagrać. Budyń jednak słynie z nietuzinkowych poczynań – co prawda zaśpiewał znów „Orkiestrę” ale z nieco zmodyfikowanym tekstem – „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Robi Nam PaPaRaaRaaa!” Oj działo się działo podczas tego występu. A to przecież dopiero początek…
Prawdziwa uczta czekała na wszystkich w późnych godzinach nocnych. Moskwa, KSU, DTH i Lao Che, ale i wcześniej nie zabrakło wspaniałych występów. Konopians – bujające reggae, hiszpańska Dhira o krishnowych korzeniach i wspaniały zespół z Mołdawii – Zdob Si Zdub. Punkowo folkowe granie trafiło do publiki już przy pierwszym kawałku. Pod sceną można było zostawić litry potu, wyszaleć się do woli po czym pójść na piwo i zebrać siły na to co czekało nas później. Najpierw Freak of Nature – genialna wprost kapela z Wałbrzycha. Ich występ, tak gorąco przyjęty, to dowód na to, że Woodstock to nie tylko miejsce do taplania się w błocie w takt punkowych czy metalowych utworów, ale również miejsce na prawdziwe doświadczanie muzyki. Gorzkie dźwięki, piękny wokal, a na koniec roztrzaskana gitara. Dla takich koncertów warto jeździć na Woodstock, jeden z najlepszych występów tegorocznego festiwalu. Żal ściska serce, że zagrali tak krótko. Filujcie jednak i szukajcie ich na koncertach w mrocznych, zadymionych knajpach w całym kraju... prawdziwa magia!
Publika została jakby trochę zbita z tropu dziwną, kosmiczną muzyką, gdy zaraz po tym pojawił się Knorkator. Zapewne mało kto słyszał o nich wcześniej i jakaż to strata! Dwóch wokalistów którzy skaczą po scenie, małpują i Bóg wie co jeszcze. Stumpen – biegał w damskim, srebrzystym… body! Śpiewał, warczał, charczał, modulował głos niczym diva operowa, a przy tym wyglądał nadzwyczaj demonicznie! Jego kolega, przebrany za jaskiniowca, zaś w zespole pełniący funkcje po trochu klawiszowca i perkusisty, w pewnym momencie rozpoczął szokującą walkę z naturalnych rozmiarów pluszowym pianinem! Słabo? To jeden z tych koncertów, których nie opiszą żadne słowa. Prawdziwe wydarzenie, klimat, którego nie odda żadna płyta. Zapowiedzieli już kolejne odwiedziny naszego kraju – nie przegapcie!
Tuż po nich gwiazdy rodzimej sceny: Moskwa i KSU. Ci pierwsi w najmocniejszym składzie z Gumą, Maleo i Stopą. Grają już 20 lat, nie są młodzieniaszkami, ale energia taka, że można by nią obdzielić kilka młodych kapel. A potem KSU – „Idź pod prąd”, „Liban”, „Jabol Punk”, „Jabolowe ofiary”, „1914” – było wszystko co najważniejsze, co na przestrzeni lat nagrali Siczka z kumplami. To kolejny koncert który zostanie wydany na DVD.
Właśnie nieszczęsne DVD stało się przyczyną największego zgrzytu na tegorocznym Przystanku. Nie było tym razem afery z pobiciem dziennikarzy, czy też zdemolowaniem stoiska z okularami, ale i tak gazety (które oczywiście nie są zainteresowane muzyczną – mało medialną przecież – stroną festiwalu) miały o czym pisać. Otóż Owsiak nie pozwolił bisować muzykom Die Toten Hosen. Dali oni bardzo dobry koncert, jednak okazało się, że (z powodu błędu niemieckiej ekipy technicznej) nie został on zarejestrowany przez aparaturę WOŚP-u. Owsiak nie krył poirytowania. Podziękował muzykom i wyprosił ich ze sceny. Spotkało się to z wielkim niezadowoleniem głównie niemieckich fanów, którzy demonstracyjnie zaczęli opuszczać pole.
Szkoda, bo ominął ich zdecydowanie najlepszy koncert tegorocznego festiwalu. W strumieniach deszczu, o 2 w nocy zagrało Lao Che! Podniosła muzyka i teksty o wielkich sprawach. Bardzo zaangażowana twórczość, wymagająca skupienia w odbiorze. Były obawy czy to sprawdzi się na tym festiwalu, ale chyba pora tego koncertu wygoniła spod sceny wszystkich przypadkowych widzów. Naprawdę warto było doczekać tej chwili. Magiczny występ, gęsia skórka na całym ciele, mrówki w żołądku, można było poczuć się przygniecionym jakimś niewyobrażalnym ciężarem emanującym z tej muzyki. Łzy same cisnęły się do oczu gdy krzyczano: „Dostępu do włazu my żądamy!” lub gdy słowami Baczyńskiego śpiewano: „Czy to była kula synku, czy to serce pękło?”.
Widać było skupienie na twarzach audytorium, co jednak nie przeszkodziło żwawiej poruszać się na przykład przy dźwiękach „Zrzutów”. Doprawdy, kto jeszcze nie słyszał Lao Che na żywo, ten ma zadanie domowe do odrobienia. A kto jeszcze nie ma ich płyty, ten…. są tacy??? Wartym odnotowania jest też fakt, że w słuchowisko o Powstaniu Warszawskim wpleciono na koncercie „Ludzi Wschodu”, czyli coveru kultowej Siekiery.
Tak minął dzień pierwszy i w ciągu niego można było zauważyć kilka poważnych zmian, a główną z nich była nowa scena. Do historii przeszła piękna półokrągła estrada, a szkoda, bo jej kształt i szczególne możliwości po trzech latach były już pewnym symbolem tego festiwalu. Zamiast tego zobaczyliśmy w tym roku zwykłego prostokątnego kloca. Czy to rzeczywiście tak istotne? Śmiem twierdzić, że przyczyniło się to znacznie do spadku efektowności tego widowiska. Dla przykładu: oświetlenie! Mimo, że podium pozostało w podobnym rozmiarze, to światła miały dużo więcej przestrzeni do zagospodarowania, przez co wypadły dużo słabiej, nie wspominając już o jakichś pomylonych rozwiązaniach w postaci czegoś co przypominało „świecące kaloryfery” i raczej „migało sobie a Muzom” niezależnie od tego, co działo się na scenie, ale na szczęście nie oświetlając właściwie niczego. Miło też ze strony organizatorów, że zadbali o diodowe ekrany po bokach sceny (działające również w dzień), ale odbyło się to kosztem ekranu na tyle wierzy realizatorskiej, co bardzo skróciło zasięg widoczności. Nie wspomnę już o nowym ustawieniu sceny po stronie zachodniej, co może i ładnie wyglądało na planie woodstockowego pola i dawało piękny nocny widok z naprzeciwległego pagórka, ale w godzinach popołudniowych fani zostali dzięki temu zmuszeni do patrzenia na scenę prosto pod słońce, co mogło być trudne do wytrzymania.
Z kwestią sceny i oświetlenia wiąże się jeszcze jedna sprawa. Woodstock przyzwyczaił nas do swoich możliwości technicznych. To tutaj oglądaliśmy największe show Sweet Noise i Huntera. Po cichu liczyłem na to, że w tym roku, kwestię widowiska zapewni nam Lao Che i mimo cudownego nastroju i mocnego przekazu jakiego byliśmy świadkami, uważam ten występ za nie do końca wykorzystaną szansę! Przecież ta muzyka, tak bardzo wypełniona obrazami, aż prosi się o sceniczne wizualizacje, czy jakąkolwiek teatralizację. Technika obecna na tej imprezie pozwoliłaby im wjechać na scenę czołgiem – przy okazji dopowiem, że dokonał tego niegdyś Michael Jackson, tak więc nie jest to jakaś kompletna abstrakcja – a tymczasem nic, żadnego szczególnego obrazka nasze oczy nie dostrzegły, szkoda!
Tradycyjna jest już opieka zespołu Carrantuohill nad małą sceną festiwalu (tzw. folkową), tak też było w tym roku, a próbkę tego co się tam działo, mogliśmy również podziwiać na głównej scenie. Zespół wykorzystał swoje wejście w sposób szczególny, bowiem podzielił się czasem ze swoimi gośćmi i tak dla przykładu na koniec mogliśmy podziwiać rewelacyjne ukraińskie Haydamaky.
Występ grupy ze Wschodu podkreślił, i tak już wyraźnie widoczny, międzynarodowy charakter imprezy, ale bezkonkurencyjne w kategorii „gwiazda zagraniczna” okazało się niemieckie Beatsteaks! Nasi sąsiedzi po raz drugi tego lata (po festiwalu w Węgorzewie) pokazali nam, co powinno się robić na scenie! Ci ludzie byli dosłownie wszędzie, nie pomijając znajdującej się w środku tłumu, około 30 metrów od sceny, platformy na wysięgnik telewizyjny, na której, nie wiadomo w jaki sposób, znalazł się nagle wokalista Armin Teutoburg-Weiss, aby stamtąd kontynuować porywający występ. Muzyka szła w parze temu osobliwemu żywiołowi. Nie mogło nam się trafić nic lepszego, niż takich pięciu rozbrykanych rock’and’rollowców, którzy na niespełna godzinę wyrwali się spod wszelkiej kontroli! Brawo Beatsteaks! Ode mnie macie Złotego Bączka i zaczarowane skrzydełka dla Armina!
No ale cóż z tego, skoro kilka chwil później zanudzić nas musiało Raz Dwa Trzy. Nic złego nie można powiedzieć o tym zespole, ale na litość, jak długo można grać? Kiedy wszystkie zespoły ograniczyli swoje występy do zwięzłych i mocnych setów, to żaden zespół, a na pewno nie Raz Dwa Trzy, nie zasłużył na jakiekolwiek szczególne traktowanie. Tymczasem oni właśnie zdecydowali się na pełen set, a to za sprawą DVD, które ma zostać wydane z tego właśnie koncertu. Panowie, do takich rzeczy wynajmijcie sobie studio telewizyjne na krakowskich Krzemionkach i tam grajcie do bólu, ale nie zamęczajcie biednych festiwalowiczów!
Do połowy drugiego dnia nikt nie był pewien kto w tym roku otrzymał Złotego Bączka, czyli nagrodę woodstockowej publiczności, która wiąże się z ponownym zaproszeniem na festiwal. Wyjątkowo długo udało się utrzymać w tajemnicy, kim był tegoroczny laureat, ale w końcu, na finał imprezy, miejsce na scenie zdobył zespół Hey, który został wyróżniony za nadzwyczajny zeszłoroczny występ. W tym roku równie mocno, porywająco i szczerze! Lepszego zakończenia organizatorzy urządzić nie mogli.
Machinę wyłączono. Na scenie zostały tylko delikatne białe światła. Otoczyła nas względna cisza. Słychać było tylko odgłosy kwitnącego o każdej porze polowego życia. Wracając do namiotów przypatrywaliśmy się temu magicznemu miejscu, do którego tęsknić będziemy, aż do następnego lata.
To już 11 lat. Dla jednych 11 lat wspaniałych imprez, muzycznych wzlotów i upadków, niepowtarzalnej atmosfery, nowych znajomości, upojnych nocy, klimatu wolności i zapomnienia od codziennych problemów. Dla innych 11 lat zboczenia, brudu, dzieci-śmieci, narkotyków, niemoralności, wszelkiego zła.Owsiak & Co. nie zrażeni przeciwnościami po raz kolejny rozruszali maszynę o nazwie Przystanek Woodstock. Drugi raz kilkusettysięczny tłum ugościła ziemia kostrzyńska.
Po raz pierwszy natomiast Przystanek był tak szeroko rozreklamowany za naszą zachodnią granicą, co zaowocowało całkiem pokaźną rzeszą naszych „szwargocących braci”.
W tym roku również wśród zaproszonych kapel całkiem sporą część stanowiły zespoły niemieckie: Die Toten Hosen, Beatsteaks, Knorkator, Scavenger, She Male Trouble, Mad Doggin. O tym, że niemiecki duch unosił się nad polem na równi z polskim świadczyło też to, że po raz pierwszy Woodstock został otwarty w dwóch językach. Po niemiecku przywitała wszystkich pani rzecznik Urzędu Miasta w Kostrzynie, a około godziny 15:30 piątkowego popołudnia ze sceny rozległ się gwizdek znanego i lubianego pana Romka Polańskiego – ostatniego zawiadowcy stacji w Żarach. Rok czekania – i znów można było poczuć niezapomniany klimat Woodstocku.
Tegoroczny Przystanek rozpoczął się wesołym akcentem. Pogodno - tego zespołu nie trzeba chyba już nikomu przedstawiać. Singiel z ostatniej płyty („Pielgrzymka Psów”) rozbrzmiewał przez długi czas na wielu stacjach radiowych. Wszyscy śpiewali „Uśmiech się”. Nie inaczej było tego dnia w Kostrzynie. Publika szalała pod sceną, Budyń szalał na scenie. Nie zabrakło żadnego hitu, była nawet niechętnie grana na koncertach „Orkiestra”. Ale nie mogło być inaczej, skoro koncert ten miał zostać zarejestrowany na potrzeby wydawnictwa DVD. Jednak nieco irytujący był Owsiak, który nakazał zagrać „Orkiestrę” po raz drugi, właśnie po to by ją lepiej nagrać. Budyń jednak słynie z nietuzinkowych poczynań – co prawda zaśpiewał znów „Orkiestrę” ale z nieco zmodyfikowanym tekstem – „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Robi Nam PaPaRaaRaaa!” Oj działo się działo podczas tego występu. A to przecież dopiero początek…
Prawdziwa uczta czekała na wszystkich w późnych godzinach nocnych. Moskwa, KSU, DTH i Lao Che, ale i wcześniej nie zabrakło wspaniałych występów. Konopians – bujające reggae, hiszpańska Dhira o krishnowych korzeniach i wspaniały zespół z Mołdawii – Zdob Si Zdub. Punkowo folkowe granie trafiło do publiki już przy pierwszym kawałku. Pod sceną można było zostawić litry potu, wyszaleć się do woli po czym pójść na piwo i zebrać siły na to co czekało nas później. Najpierw Freak of Nature – genialna wprost kapela z Wałbrzycha. Ich występ, tak gorąco przyjęty, to dowód na to, że Woodstock to nie tylko miejsce do taplania się w błocie w takt punkowych czy metalowych utworów, ale również miejsce na prawdziwe doświadczanie muzyki. Gorzkie dźwięki, piękny wokal, a na koniec roztrzaskana gitara. Dla takich koncertów warto jeździć na Woodstock, jeden z najlepszych występów tegorocznego festiwalu. Żal ściska serce, że zagrali tak krótko. Filujcie jednak i szukajcie ich na koncertach w mrocznych, zadymionych knajpach w całym kraju... prawdziwa magia!
Publika została jakby trochę zbita z tropu dziwną, kosmiczną muzyką, gdy zaraz po tym pojawił się Knorkator. Zapewne mało kto słyszał o nich wcześniej i jakaż to strata! Dwóch wokalistów którzy skaczą po scenie, małpują i Bóg wie co jeszcze. Stumpen – biegał w damskim, srebrzystym… body! Śpiewał, warczał, charczał, modulował głos niczym diva operowa, a przy tym wyglądał nadzwyczaj demonicznie! Jego kolega, przebrany za jaskiniowca, zaś w zespole pełniący funkcje po trochu klawiszowca i perkusisty, w pewnym momencie rozpoczął szokującą walkę z naturalnych rozmiarów pluszowym pianinem! Słabo? To jeden z tych koncertów, których nie opiszą żadne słowa. Prawdziwe wydarzenie, klimat, którego nie odda żadna płyta. Zapowiedzieli już kolejne odwiedziny naszego kraju – nie przegapcie!
Tuż po nich gwiazdy rodzimej sceny: Moskwa i KSU. Ci pierwsi w najmocniejszym składzie z Gumą, Maleo i Stopą. Grają już 20 lat, nie są młodzieniaszkami, ale energia taka, że można by nią obdzielić kilka młodych kapel. A potem KSU – „Idź pod prąd”, „Liban”, „Jabol Punk”, „Jabolowe ofiary”, „1914” – było wszystko co najważniejsze, co na przestrzeni lat nagrali Siczka z kumplami. To kolejny koncert który zostanie wydany na DVD.
Właśnie nieszczęsne DVD stało się przyczyną największego zgrzytu na tegorocznym Przystanku. Nie było tym razem afery z pobiciem dziennikarzy, czy też zdemolowaniem stoiska z okularami, ale i tak gazety (które oczywiście nie są zainteresowane muzyczną – mało medialną przecież – stroną festiwalu) miały o czym pisać. Otóż Owsiak nie pozwolił bisować muzykom Die Toten Hosen. Dali oni bardzo dobry koncert, jednak okazało się, że (z powodu błędu niemieckiej ekipy technicznej) nie został on zarejestrowany przez aparaturę WOŚP-u. Owsiak nie krył poirytowania. Podziękował muzykom i wyprosił ich ze sceny. Spotkało się to z wielkim niezadowoleniem głównie niemieckich fanów, którzy demonstracyjnie zaczęli opuszczać pole.
Szkoda, bo ominął ich zdecydowanie najlepszy koncert tegorocznego festiwalu. W strumieniach deszczu, o 2 w nocy zagrało Lao Che! Podniosła muzyka i teksty o wielkich sprawach. Bardzo zaangażowana twórczość, wymagająca skupienia w odbiorze. Były obawy czy to sprawdzi się na tym festiwalu, ale chyba pora tego koncertu wygoniła spod sceny wszystkich przypadkowych widzów. Naprawdę warto było doczekać tej chwili. Magiczny występ, gęsia skórka na całym ciele, mrówki w żołądku, można było poczuć się przygniecionym jakimś niewyobrażalnym ciężarem emanującym z tej muzyki. Łzy same cisnęły się do oczu gdy krzyczano: „Dostępu do włazu my żądamy!” lub gdy słowami Baczyńskiego śpiewano: „Czy to była kula synku, czy to serce pękło?”.
Widać było skupienie na twarzach audytorium, co jednak nie przeszkodziło żwawiej poruszać się na przykład przy dźwiękach „Zrzutów”. Doprawdy, kto jeszcze nie słyszał Lao Che na żywo, ten ma zadanie domowe do odrobienia. A kto jeszcze nie ma ich płyty, ten…. są tacy??? Wartym odnotowania jest też fakt, że w słuchowisko o Powstaniu Warszawskim wpleciono na koncercie „Ludzi Wschodu”, czyli coveru kultowej Siekiery.
Tak minął dzień pierwszy i w ciągu niego można było zauważyć kilka poważnych zmian, a główną z nich była nowa scena. Do historii przeszła piękna półokrągła estrada, a szkoda, bo jej kształt i szczególne możliwości po trzech latach były już pewnym symbolem tego festiwalu. Zamiast tego zobaczyliśmy w tym roku zwykłego prostokątnego kloca. Czy to rzeczywiście tak istotne? Śmiem twierdzić, że przyczyniło się to znacznie do spadku efektowności tego widowiska. Dla przykładu: oświetlenie! Mimo, że podium pozostało w podobnym rozmiarze, to światła miały dużo więcej przestrzeni do zagospodarowania, przez co wypadły dużo słabiej, nie wspominając już o jakichś pomylonych rozwiązaniach w postaci czegoś co przypominało „świecące kaloryfery” i raczej „migało sobie a Muzom” niezależnie od tego, co działo się na scenie, ale na szczęście nie oświetlając właściwie niczego. Miło też ze strony organizatorów, że zadbali o diodowe ekrany po bokach sceny (działające również w dzień), ale odbyło się to kosztem ekranu na tyle wierzy realizatorskiej, co bardzo skróciło zasięg widoczności. Nie wspomnę już o nowym ustawieniu sceny po stronie zachodniej, co może i ładnie wyglądało na planie woodstockowego pola i dawało piękny nocny widok z naprzeciwległego pagórka, ale w godzinach popołudniowych fani zostali dzięki temu zmuszeni do patrzenia na scenę prosto pod słońce, co mogło być trudne do wytrzymania.
Z kwestią sceny i oświetlenia wiąże się jeszcze jedna sprawa. Woodstock przyzwyczaił nas do swoich możliwości technicznych. To tutaj oglądaliśmy największe show Sweet Noise i Huntera. Po cichu liczyłem na to, że w tym roku, kwestię widowiska zapewni nam Lao Che i mimo cudownego nastroju i mocnego przekazu jakiego byliśmy świadkami, uważam ten występ za nie do końca wykorzystaną szansę! Przecież ta muzyka, tak bardzo wypełniona obrazami, aż prosi się o sceniczne wizualizacje, czy jakąkolwiek teatralizację. Technika obecna na tej imprezie pozwoliłaby im wjechać na scenę czołgiem – przy okazji dopowiem, że dokonał tego niegdyś Michael Jackson, tak więc nie jest to jakaś kompletna abstrakcja – a tymczasem nic, żadnego szczególnego obrazka nasze oczy nie dostrzegły, szkoda!
Tradycyjna jest już opieka zespołu Carrantuohill nad małą sceną festiwalu (tzw. folkową), tak też było w tym roku, a próbkę tego co się tam działo, mogliśmy również podziwiać na głównej scenie. Zespół wykorzystał swoje wejście w sposób szczególny, bowiem podzielił się czasem ze swoimi gośćmi i tak dla przykładu na koniec mogliśmy podziwiać rewelacyjne ukraińskie Haydamaky.
Występ grupy ze Wschodu podkreślił, i tak już wyraźnie widoczny, międzynarodowy charakter imprezy, ale bezkonkurencyjne w kategorii „gwiazda zagraniczna” okazało się niemieckie Beatsteaks! Nasi sąsiedzi po raz drugi tego lata (po festiwalu w Węgorzewie) pokazali nam, co powinno się robić na scenie! Ci ludzie byli dosłownie wszędzie, nie pomijając znajdującej się w środku tłumu, około 30 metrów od sceny, platformy na wysięgnik telewizyjny, na której, nie wiadomo w jaki sposób, znalazł się nagle wokalista Armin Teutoburg-Weiss, aby stamtąd kontynuować porywający występ. Muzyka szła w parze temu osobliwemu żywiołowi. Nie mogło nam się trafić nic lepszego, niż takich pięciu rozbrykanych rock’and’rollowców, którzy na niespełna godzinę wyrwali się spod wszelkiej kontroli! Brawo Beatsteaks! Ode mnie macie Złotego Bączka i zaczarowane skrzydełka dla Armina!
No ale cóż z tego, skoro kilka chwil później zanudzić nas musiało Raz Dwa Trzy. Nic złego nie można powiedzieć o tym zespole, ale na litość, jak długo można grać? Kiedy wszystkie zespoły ograniczyli swoje występy do zwięzłych i mocnych setów, to żaden zespół, a na pewno nie Raz Dwa Trzy, nie zasłużył na jakiekolwiek szczególne traktowanie. Tymczasem oni właśnie zdecydowali się na pełen set, a to za sprawą DVD, które ma zostać wydane z tego właśnie koncertu. Panowie, do takich rzeczy wynajmijcie sobie studio telewizyjne na krakowskich Krzemionkach i tam grajcie do bólu, ale nie zamęczajcie biednych festiwalowiczów!
Do połowy drugiego dnia nikt nie był pewien kto w tym roku otrzymał Złotego Bączka, czyli nagrodę woodstockowej publiczności, która wiąże się z ponownym zaproszeniem na festiwal. Wyjątkowo długo udało się utrzymać w tajemnicy, kim był tegoroczny laureat, ale w końcu, na finał imprezy, miejsce na scenie zdobył zespół Hey, który został wyróżniony za nadzwyczajny zeszłoroczny występ. W tym roku równie mocno, porywająco i szczerze! Lepszego zakończenia organizatorzy urządzić nie mogli.
Machinę wyłączono. Na scenie zostały tylko delikatne białe światła. Otoczyła nas względna cisza. Słychać było tylko odgłosy kwitnącego o każdej porze polowego życia. Wracając do namiotów przypatrywaliśmy się temu magicznemu miejscu, do którego tęsknić będziemy, aż do następnego lata.
Tadeusz Bisewski
Jakub 'invictus' Walczak
Jakub 'invictus' Walczak
