HunterFest 2005

13 - 14 sierpnia 2005, Szczytno

Rok temu prorockowałem tej imprezie świetlaną przyszłość - nie myliłem się. HunterFest rozrósł się o drugi dzień zabawy, a na scenie zaprezentowały się grupy należące do czołówki polskiego rocka! Mimo, że nie wszystko było idealne pod względem organizacyjnym i technicznym, to festiwalowicze wracali do domów, bez wątpienia, zadowoleni i zdaje się, że to przede wszystkim za sprawą naprawdę wysokiego poziomu artystycznego.

Pochwalić trzeba organizatorów za dobór kapel. Obok wielkich wykonawców naszej polskiej sceny (Hey, Dezerter, Lipali, Behemoth), w tegorocznym szczycieńskim gwiazdozbiorze nie zabrakło wschodzących gwiazd (Hurt, Mold, Chassis), jak również supernowych (Coma, Milczenie Owiec). Cieszyły także powroty „wielkich zapomnianych” (Mech, Flapjack). Widzowie byli więc świadkami niebanalnej mieszanki stylów, brzmienia, przekazu i historii. Szkoda, że zabrakło obiecanego Lao Che. Bez wątpienia ta grupa postawiłaby kropkę nad „i” w słowie „fantastycznie”, które opisuje zestaw zaproszonych wykonawców.

Dotarcie do miejsca imprezy nie sprawiało ludziom problemów, chociaż zaskoczone olsztyńskie PKP na ostatnią chwilę dołączało dodatkowe wagony do regionalnych pociągów. Na miejscu witał ludzi skromny dworzec i długa choć urocza droga na stadion, gdzie zorganizowane zostało pole namiotowe. Nad jednym z dwóch mijanych jezior, aż do ostatniej chwili trwały prace przygotowawcze na scenie i terenie imprezy. Należy przy tym nadmienić o mazurskich krajobrazach, z którymi obcowało się tam na każdym kroku. Jak powiedziała mi rok temu Kasia Nosowska: „Okoliczności towarzyszące, jeśli chodzi o przyrodę, są ujmujące” i nie sposób się z tym nie zgodzić widząc słońce zachodzące nad łagodną wodą w sąsiedztwie wspaniale oświetlonej sceny.

Bajeczne światło sceniczne było wielkim plusem całego widowiska. Niestety gorzej wypadło nagłośnienie, które kilkukrotnie gwałtownie zamilkło, pozostawiając fanom wyłącznie ledwo słyszalne odsłuchy muzyków, którzy nieświadomi sytuacji grali dalej, co momentami mogło wyglądać trochę komicznie. Niestety nie tylko na nagłośnienie można było narzekać. Nie zachwycały również zainstalowane sanitariaty. Aż głupio o tym pisać, ale zauważyć należy, że na polu namiotowym przelewały się nie tylko młodzieżowe trunki, ale również miejsca ulgi dla nimi upojonych. Nie lepiej było na placu koncertowym.

Inna rzecz to dziwactwa regulaminowe. Mimo zastosowania praktycznych opasek zakładanych uczestnikom na rękę, nie można było opuścić miejsca imprezy, aż do jej zakończenia (tzn. opuścić było można, lecz nie miało się już prawa powrotu, nawet jeśli szło się tylko do namiotu po coś cieplejszego do ubrania). Drugiego dnia zaistniała taka możliwość, lecz w praktyce wiązała się ona z dodatkową opłatą (zdaje się, że 4 złote) – to już podchodzi pod małą kompromitację! Dodatkowo zabroniono wnoszenia, praktycznie czegokolwiek. „W trosce o dobro uczestników” – jak tłumaczono – zostali oni zmuszeni do siedzenia na miejscu od godziny 11 w dzień do 3 w nocy, niezależnie od tego, czy aktualnie grający zespół kogoś interesował, czy też nie; bez możliwości sprawdzenia stanu namiotu, który pozostawiony został na polu; bez możliwości przebrania się (np. po deszczu); na łasce skąpej gastronomii i możliwości swojego portfela. Jednak jak wiadomo, nasza polska młodzież jest na tyle wspaniała, że nawet przy takich niedogodnościach bawiła się wyśmienicie!

Pozostała jeszcze kwestia zatrudnionej ochrony. Podsumowując festiwal Drak powiedział o nich, że: „trochę puszczały im nerwy”. Panowie w jaskrawych kamizelkach zostali dużo ostrzej potraktowani przez muzyków Dezertera, którzy w trakcie występu przerwali jeden z utworów, aby przypomnieć im, że „tu chodzi o to, aby wszyscy mieli przyjemność; można go normalnie odprowadzić, a nie od razu rozszarpywać na strzępy”. Dlaczego tak często na rockowych imprezach beztroską zabawę młodych ludzi psują zatrudnieni ochroniarze. Nikt jakoś nie dostrzega wspaniałego przykładu, jakim są koncerty z tras grupy Kult, z ochroną myślącą i bawiącą się wraz z widzami. Budżety polskich festiwali nie są imponujące. Nic dziwnego, że organizatorzy oszczędzają, na czym się da, lecz myślę, że ludzie byliby skłonni dopłacić kilka złotych na rzecz większego komfortu zabawy.

Najbardziej zaskoczył mnie zespół Chassis. Nie śledzę dokonań tej grupy na bieżąco, ale zauważyłem znaczącą zmianę. Wokalista zdjął dresy i założył normalne spodnie. Grupa często bywa porównywana do amerykańskiego towaru eksportowego o nazwie Korn. Na szczęście, a zwłaszcza po tej drastycznej zmianie wizerunku, chłopcom z Gdańska dużo brakuje do zagranicznego „ideału”. Mieli wprawdzie mało czasu na zaprezentowanie swojego dorobku twórczego, lecz udało im się skutecznie rozkręcić zebraną pod scena publiczność. Wykorzystała to Orbita Wiru, która jednak sama nie potrafiła zaprezentować nic ciekawszego niż covery Nirvany. Wcześniej wystąpiło Trzyczwarte, które należy wyróżnić przede wszystkim za wciąż uparcie grany, mimo bojkotu medialnego, utwór „Ja nie pozwalam”, który bardzo śmiało traktuje o sytuacji w polskim sejmie, co najwidoczniej trafiło w poglądy młodych ludzi zebranych wśród widowni.

Flapjack narzekali na mało czasu, lecz zapowiedzieli, że wrócą i chyba nikt się temu nie sprzeciwi po tak świetnym, dynamicznym występie, jaki nam zafundowali. Jednak nawet tak znakomita kapela została przyćmiona przez trio Lipali. Właśnie w tej formacji poznajemy Tomka Lipnickiego jako wirtuoza gitary elektrycznej i autora świetnych tekstów. Publiczność również bardzo miło przyjęła mistrzowsko wykonany cover utworu Czesława Niemena „Płonie stodoła”, a zdziwili się wszyscy, gdy na prośby rozochoconego tłumu Lipa odpowiedział: „Dorosłem i dupy nie pokażę!” – najwidoczniej na dobre mu wyszło zerwanie z Acids. Panowie z Lipali ukazali się fanom ponownie podczas występu Akurat. Tym razem nie zagrali, tylko odprawili zabawny taniec z tyłu sceny, uwaga: ubrani wyłącznie w bokserki. Ani im, ani radosnej młodzieży nie przeszkadzała temperatura 13°C, jaka panowała o północy pierwszego dnia imprezy. Dodatkowo pozytywne melodie i nawoływania muzyków „niechaj wyjdzie słońce!” po prostu zaczarowały ludzi.

Atrakcje przygotowało Indos Bravos. Mogliśmy podziwiać na scenie m.in. taniec indiańskiej pary. Za to bez fajerwerków wystąpiła Coma. Oryginalna muzyka, poruszające teksty i charyzma Piotra Roguckiego wystarczyły, aby skupić uwagę nie tylko publiczności, ale również dużej części artystów występujących drugiego dnia. Elektryzujące było wykonanie „Schizofrenii” – ujmującego utworu, którego do tej pory znamy wyłącznie z koncertów. Starsze piosenki nic nie straciły na sile, a duże wrażenie zrobił finałowy „Zbyszek” rozbudowany o rewelacyjne partie instrumentalne. Pod koniec występu Łodzian pod sceną gromadzili się już fani pomorskiej Bestii. Przodownik rodzimej branży metalurgicznej tak rzadko koncertuje w naszym kraju, że do Szczytna przyjechało spore grono jego fanów. Behemoth, bo o nim mowa, dał wspaniałe godzinne show! Czy muszę wspominać o strojach, makijażach, perkusiście ziejącym ogniem? Zawodowcy na światową skalę! W repertuarze zabrakło tylko „Lasów Pomorza”, ale i bez tej pieśni występ był idealny.

Główne danie na szczycieńskiej muzycznej uczcie rozpoczęto od „Misery” (mizerii?). Nic w twórczości Huntera nie jest przypadkowe, więc również ten jubileuszowy występ uświetniający XX-lecie istnienia grupy, nie mógł rozpocząć się innym utworem – stanowi on pierwszą ścieżkę na debiutanckiej płycie „Requiem”. Zespół zaprosił wielu gości. Przyjechał Goliash, basista grający w Łowcach do 1999 roku, aby odebrać Saimonowi instrument tradycyjnie na utwór „Freedom”. Ze studyjnego cienia wyszedł Andrzej ‘Aka’ Karp i zagrał „Siedem”, również na basie. Po kilkudziesięciu minutach świetnego występu scena zazieleniła się, usłyszeliśmy śpiew ptaków... czas na „T.E.L.I.” oraz najważniejszego gościa wieczoru. Na cały set z ostatniego krążka za perkusją zasiadł Krzysztof ‘Docent’ Raczkowski – tego dnia nikt nie mógł przypuszczać, co wydarzy się tydzień później. Pamiętam jak Drak zapowiadając „Wyznawców” powiedział, że Doc bardzo lubi grać ten utwór. Zapewne była to jedna z ostatnich scenicznych przyjemności, jakie zaznał w swoim życiu ten wyśmienity muzyk. Jego nagłe odejście zaskoczyło wszystkich...

Wśród atrakcji wartych opisania znalazł się również klip do piosenki „Białoczerw” stworzony przez jednego z fanów, puszczony na ekranie z tyłu sceny. Wśród obrazów ilustrujących grany na żywo utwór nie zabrakło polityków z „Ligi Polskich Fantastycznych” i innych pomysłowych partii. Z okazji dwudziestych urodzin Huntera nie mogło obejść się bez szampana dla muzyków i tortu dla fanów – ci z kolei odwdzięczyli się w wyjątkowy sposób. Kilkuosobowa delegacja Loży Szyderców, internetowego fanklubu grupy, wręczyła artystom piękne złote płyty. Grupa rozstała się z fanami akustycznym bisem, w którym nie mogło zabraknąć ballady „Pomiędzy niebem a piekłem”, wykonanej wspólnie z publicznością.

Festiwal zakończył Hurt, ze swoim przebojem „Załoga G”, a ich koncert poprzedził Hey, który ostatnio miał szczęście do występowania na festiwalach w późnych godzinach nocnych (podobna sytuacja miała miejsce tydzień wcześniej na Przystanku Woodstock). Pora była nieprzyjazna, lecz zespół o takiej klasie i doświadczeniu nie miał możliwości wypaść przez to ani o jotę gorzej. Kasia Nosowska nie zapomniała poinformować publiczności, że przed kilkoma godzinami Titusowi z Acid Drinkers urodził się synek. Zresztą ta informacja sprawiła przedtem również niemałe poruszenie na backstage’u – u szczęśliwego ojca rozdzwoniły się telefony ze Szczytna.

Historii związanych ze Szczytnem i HunterFestem jest coraz więcej, a wspomnienia z tego miejsca na trwałe zapisują się w pamięci. Z całego serca kibicuje Hunterowi i organizatorom tej imprezy. Niechaj rozwija się ona w rytmach pięknej muzyki i prawdziwych treści, jakie prezentują nam Łowcy i ich goście. A my cieszmy się, że ktoś to robi, dziękujmy za to, że im się chce i przyjeżdżajmy – HunterFest 2006 już za rok w tym samym miejscu!

Tadeusz Bisewski



[ Wróć ]