Mazurska Musicorama Rockowa 2
13 - 14 sierpnia 2004, Giżycko
„W ofercie było: hotel - pięć gwiazdek i parking. Z tego, co podali, to tylko hotel nie wypalił. Spaliśmy na parkingu, a gwiazd było w cholerę”. Tak, mniej więcej, relacjonował swojej matce wyjazd na wycieczkę do Hiszpanii Robert Górski, członek Kabaretu Moralnego Niepokoju. Przykra sprawa, ale chyba w podobnym, choć już nie kabaretowym, tonie powinno się mówić o tegorocznej Mazurskiej Musicoramie Rockowej w Giżycku. Mimo, że zaproszone zespoły dzielnie stanęły na wysokości zadania, to trudno jest uznać tą imprezę za udaną.
GIŻYCKA KONKURENCJA
Dzięki "ogromnej" promocji na terenie całego kraju i szalenie "atrakcyjnych" nagrodach, już na kilka miesięcy przed imprezą tłumy młodych zespołów waliły drzwiami i oknami do Giżyckiego Centrum Kultury, aby wręczyć organizatorom festiwalu swoje promocyjne płyty, z nadzieją, że może uda im się wystąpić w konkursie.
Ilość dostarczonych płyt musiała zaskoczyć kierownictwo imprezy. Dostali ich bowiem (raptem) 68! Po ciężkich naradach wybrano dwunastu szczęśliwców. Czterech z nich tak się tym faktem przejęło, że aż na koncert nie dojechało. Na pewno sparaliżowała ich radość. Na szczęście pozostałe zespoły w większości stanęły na wysokości zadania i o tym (no, może poza szatanem w dresach z zespołu Chassis ;) należy już opowiedzieć poważnie.
Jedną z ciekawszych propozycji byli goście z Białorusi, zespół Ściana. Nasi wschodni sąsiedzi umieją grać rock’a! Muzykę pełną energii, dopełniały dźwięki dwóch saksofonów. Dobrze wyszła również współpraca dwóch wokali – żeńskiego i męskiego. Twórczość Heavyweight, na co wskazuje nazwa, do lekkich nie należy. Ciekawe pomysły i teksty, lecz mało dopracowane wykonanie. Szkoda, aczkolwiek na przyszłość wróżę poprawę. Podobnie ze wspomnianym Chassis z Trójmiasta. Chociaż w tym wypadku image wokalisty wynagradzał wszelkie niedociągnięcia ;).
Judy4 - ich muzyka wykręca o 180 stopni i przenosi w zupełnie inny wymiar. Wymyślne igraszki gitary, perkusji i psychodelicznych odgłosów klawiszy. Szatański, gardłowy szept wokalisty nabierał niezwykłej mocy z każdym taktem. Całość filuternie uzupełniono dźwiękami saksofonu. Kilka osób z publiczności bardzo starało się to wszystko pojąć – wejść w trans, by poczuć to pełniej, lecz występ wydawał się ku temu zbyt krótki.
Skromny, trzyosobowy skład Freak Of Nature wystarczył by powalić na kolana koleżankę z redakcji Harpe, chociaż i ja nie powiem, żeby mi się nie podobało. Zespół poprawnie wykorzystał założenia regulaminowe konkursu mówiące o wykonaniu 3 utworów (zamiast określonego czasu występu) i zaprezentował je w wyśmienicie długich wersjach. Rozbrajające zakończenie występu. Improwizowany mix "The End" Doorsów, "Whola Lotta Love" Zeppelinow i innych szlagierów w specyficznym dla zespołu progresywnym wykonaniu. Po wybrzmieniu ostatnich akordów Arek King (wokal, gitara) swym zwyczajem rzucił instrument na środek sceny. Chłopcy zniknęli, pozostała samotnie leżąca gitara i przeszywający na wskroś jej sprzężony dźwięk.
Występ grupy odbył się w strugach ulewnego deszczu, co wprawdzie mogło dodać magii muzyce, lecz skończyło się na skutecznym upchnięciu publiczności pod parasolami obok stanowisk z piwem. Nie było to trudne zadanie, bowiem ilość ludzi podczas koncertów konkursowych była niewielka (od razu wyjaśnię, że podczas występów gwiazd było lepiej, lecz też nie imponująco). Tylko dwóch, utaplanych w błocie kolesi dramatycznie starało się dostać na scenę, a przeszkodą był bardziej brak koordynacji ruchowej, niż ochrona (gdzieżby tam ochrona?!... przecież oni też nie lubią moknąć!). Miałem momentami wrażenie, jakby muzyka na tym festiwalu lubiła się marnować. Szkoda.
Część konkursową zakończył zespół Milczenie Owiec z Gdańska. Zarówno ostatnia pozycja startowa, jak i ‘piątek 13-tego’, okazały się dla nich bardzo szczęśliwe. Jury, w skład którego wchodził m.in. Paweł Kukiz z zespołu Piersi, przyznało grupie Grand Prix. Wygraną w wysokości dwóch tysięcy złotych wręczył Marcin Rusek z firmy MomentMedia (sponsor imprezy). Zespół zgarnął również nagrodę publiczności, którą była sesja nagraniowa Radia Olsztyn. Wręczający nagrodę Grzegorz Kasjaniuk (audycja "Głową w Mur", RO) wyraził nadzieję na miłą współpracę, lecz jakże z takim zespołem mogłaby ona być niemiła?
Nagrodą był również prawie godzinny koncert drugiego dnia imprezy. Zespół przedstawił dużą część własnego dorobku, m.in. popularne wśród trójmiejskich fanów przeboje "Zew", czy "Cisza". Wokalistka o bardzo miłej aparycji (Ola Wysocka) przedstawiła możliwości lekko zachrypniętego, lecz mocnego głosu w coverze Madonny "Frozen".
Milczenie Owiec to kompromis między popową prezencją, a undergroundowymi treściami. Podobnie w kwestii samej muzyki – nawet ostrzejsze zagrywki potrafią zostać wykonane w sposób łatwo przyswajalny dla szerokiej publiczności. Zwycięzcom oczywiście gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów, a te już są zapowiadane – na wiosnę należy przygotować się do zakupu ich debiutanckiego albumu!
GIŻYCKI GWIAZDOZBIÓR
Wspaniali goście przyjechali z zagranicy. Pierwszego dnia Generation Fuck z Niemiec. Świetny, żywiołowy punk-rock, z elementami innych stylów np. bluesowej linii basu. Pierwszy zespół, który skutecznie rozgrzał publiczność.
Drugiego dnia festiwalu mieliśmy okazję podziwiać znakomitą grupę z Ukrainy – Ot-Vinta. To była największa niespodzianka festiwalu. Zespół w Polsce mało znany w ciągu kilku chwil przekonał do siebie całą publiczność. Na przemian energiczny blues i rock’n’roll z elementami folku, takie rock-a-billy, czy też jak by woleli sami wykonawcy ukr-a-billy. Wesołe zachowanie i zabawny ubiór artystów podkreślały pozytywną energię płynącą z ich muzyki. Dialogowy podział tekstów między trzech wokalistów. Świetne zagrywki i ciekawe instrumenty: flet, harmonijka ustna, bardzo specyficznie wyglądający kontrabas. Na koniec występu rozdali publiczności własne koszulki z logo zespołu. Konferansjer chciał namówić ich na sprezentowanie publice niezwykle ciekawych, żółtych spodni, lecz bariera językowa nie pozwoliła na dogadanie się w tej kwestii.
Przechodząc do polskich gwiazd... Hunter chyba polubił granie na festiwalach. Ostatnio podziwiać ich można było co weekend: to na Woodstocku, HunterFescie, czy właśnie Musicoramie. Wszędzie mocno, efektownie i bezbłędnie. Mieszanka utworów ze starego krążka "Requiem", jak i z ostatniego "MedeiS". Dodatkowo dwa nowe utwory "Wyznawcy" i "Łoś", które trafią na zapowiadaną nową płytę.
Pierwszy dzień imprezy zakończył występ grupy IRA, na który składały się nie tylko stare przeboje takie jak: "Mój Dom", "California", czy "Bierz Mnie", lecz również utwory z nowej płyty "Ogień". Artur Gadowski z zespołem zaprezentował się bardzo efektownie, choć w wielce nowoczesnym stylu.
Następnego dnia, podczas występu SexBomby, usłyszeć można było utwory pamiętające festiwal w Jarocinie. Szkoda, że nowe opowieści o brazylijskich serialach i sms’ach o treści ‘sex’ skutecznie zabiły klimat tamtych starych numerów. Chociaż, jak wiadomo, nic nie zastąpi romantycznych, poetyckich tekstów w stylu "czy Ty też lubisz sex?" oraz rozrywkowych coverów takich jak: "Ramaja" (Realm), czy "Daddy Cool" (Boney M) zagrane na bis.
Koncert zespołu Piersi okazał się dla tej imprezy strzałem w dziesiątkę. Zaczęli od "muzyki zachodnich grup rockowych", czyli coverów grupy Black Sabbath z oryginalnymi słowami Pawła Kukiza. Wysłuchać można było również tanga dla posłanki Renaty Beger, jak również bardzo ostrej krytyki w kierunku aktualnie rządzącego ugrupowania politycznego w utworze "Wirus SLD". Nie zabrakło nawet utworów z Yugotonu. Na samiutki koniec odegrano "Skórę" zespołu AyaRedLove, przez co ludzie w nostalgicznym nastroju opuszczali mury XIX-wiecznej twierdzy Boyen, gdzie festiwal miał miejsce.
GIŻYCKIE AMBICJE
Popisali się organizatorzy: ściągnęli bardzo ciekawe gwiazdy i zorganizowali ogólnopolski konkurs dla młodych zespołów. Co więc jest nie tak? Zdaje się, że prosty brak ambicji na stworzenie czegoś niepowtarzalnego na skale kraju. Giżycko bez wątpienia ma ku temu możliwości (świetny amfiteatr, dobry dojazd – PKP). Tymczasem impreza jest "mazurska" nie tylko z nazwy. Wystarczyło sprawdzić na plakacie patronów medialnych, aby zrozumieć, że imprezie było trudno przebić się poza najbliższą okolice, a zapewnić mogę, że mało które media odmówiły by takiej imprezie, gdyby odpowiednio wcześnie się do nich zwrócono, a następnie traktowano poważnie.
Tak naprawdę, trudno tu o wpadkę organizacyjną, bo po prostu nie było na nią miejsca. Nie można narzekać, że na polu namiotowym nie było bieżącej wody, bo takie pole w ogóle nie istniało! Nie da się już ściągnąć ludzi z dalszych części kraju nie gwarantując im darmowego i bezpiecznego miejsca na rozbicie namiotu. Przyjezdni rozbijali się ‘na dziko’ w okolicznych lasach, co nie zawsze musiało być przyjemne. Również nie można powiedzieć, że obsługa gastronomiczna była źle przygotowana, a to dlatego, że ludzi na samym koncercie było tyle, co by byle uliczna budka z hamburgerami obsłużyła. Absolutnie nie są tu na miejscu argumenty, że to przez złą pogodę. Świadczy to tylko o tym, że większość publiczności była miejscowa, bo gdyby ktoś przyjechał z dalszych odległości, to przyszedłby na koncert w jakąkolwiek pogodę.
Brakowało w tym ludzi z werwą, którzy dopilnowaliby chociażby szybkiej wymiany sprzętu przez zespoły – trwało to stanowczo za długo, a widzowie nie po to płacili za bilety, aby słuchać Bon Jovi z taśmy. Na niejasne kwestie odpowiedzią organizatora było okrutnie konkretne: "w regulaminie jest napisane..." – dopóki będą robić to ludzie traktujący całe zamieszanie jako zestaw poleceń i wytycznych to impreza nie ma szans powodzenia. Takie rzeczy tworzy się z pasją i poświęceniem, jak również dla przyjemności własnej, zespołów i samej publiczności. Miejmy nadzieję, że tegoroczna edycja festiwalu dużo tych ludzi nauczyła. Giżycko to naprawdę miłe miejsce. Taki festiwal pasuje tam jak ulał. Życzyłbym sobie i wszystkim zainteresowanym udanej III Mazurskiej Musicoramy Rockowej. Czy życzenie się spełni!?
„W ofercie było: hotel - pięć gwiazdek i parking. Z tego, co podali, to tylko hotel nie wypalił. Spaliśmy na parkingu, a gwiazd było w cholerę”. Tak, mniej więcej, relacjonował swojej matce wyjazd na wycieczkę do Hiszpanii Robert Górski, członek Kabaretu Moralnego Niepokoju. Przykra sprawa, ale chyba w podobnym, choć już nie kabaretowym, tonie powinno się mówić o tegorocznej Mazurskiej Musicoramie Rockowej w Giżycku. Mimo, że zaproszone zespoły dzielnie stanęły na wysokości zadania, to trudno jest uznać tą imprezę za udaną.GIŻYCKA KONKURENCJA
Dzięki "ogromnej" promocji na terenie całego kraju i szalenie "atrakcyjnych" nagrodach, już na kilka miesięcy przed imprezą tłumy młodych zespołów waliły drzwiami i oknami do Giżyckiego Centrum Kultury, aby wręczyć organizatorom festiwalu swoje promocyjne płyty, z nadzieją, że może uda im się wystąpić w konkursie.
Ilość dostarczonych płyt musiała zaskoczyć kierownictwo imprezy. Dostali ich bowiem (raptem) 68! Po ciężkich naradach wybrano dwunastu szczęśliwców. Czterech z nich tak się tym faktem przejęło, że aż na koncert nie dojechało. Na pewno sparaliżowała ich radość. Na szczęście pozostałe zespoły w większości stanęły na wysokości zadania i o tym (no, może poza szatanem w dresach z zespołu Chassis ;) należy już opowiedzieć poważnie.
Jedną z ciekawszych propozycji byli goście z Białorusi, zespół Ściana. Nasi wschodni sąsiedzi umieją grać rock’a! Muzykę pełną energii, dopełniały dźwięki dwóch saksofonów. Dobrze wyszła również współpraca dwóch wokali – żeńskiego i męskiego. Twórczość Heavyweight, na co wskazuje nazwa, do lekkich nie należy. Ciekawe pomysły i teksty, lecz mało dopracowane wykonanie. Szkoda, aczkolwiek na przyszłość wróżę poprawę. Podobnie ze wspomnianym Chassis z Trójmiasta. Chociaż w tym wypadku image wokalisty wynagradzał wszelkie niedociągnięcia ;).
Judy4 - ich muzyka wykręca o 180 stopni i przenosi w zupełnie inny wymiar. Wymyślne igraszki gitary, perkusji i psychodelicznych odgłosów klawiszy. Szatański, gardłowy szept wokalisty nabierał niezwykłej mocy z każdym taktem. Całość filuternie uzupełniono dźwiękami saksofonu. Kilka osób z publiczności bardzo starało się to wszystko pojąć – wejść w trans, by poczuć to pełniej, lecz występ wydawał się ku temu zbyt krótki.
Skromny, trzyosobowy skład Freak Of Nature wystarczył by powalić na kolana koleżankę z redakcji Harpe, chociaż i ja nie powiem, żeby mi się nie podobało. Zespół poprawnie wykorzystał założenia regulaminowe konkursu mówiące o wykonaniu 3 utworów (zamiast określonego czasu występu) i zaprezentował je w wyśmienicie długich wersjach. Rozbrajające zakończenie występu. Improwizowany mix "The End" Doorsów, "Whola Lotta Love" Zeppelinow i innych szlagierów w specyficznym dla zespołu progresywnym wykonaniu. Po wybrzmieniu ostatnich akordów Arek King (wokal, gitara) swym zwyczajem rzucił instrument na środek sceny. Chłopcy zniknęli, pozostała samotnie leżąca gitara i przeszywający na wskroś jej sprzężony dźwięk.
Występ grupy odbył się w strugach ulewnego deszczu, co wprawdzie mogło dodać magii muzyce, lecz skończyło się na skutecznym upchnięciu publiczności pod parasolami obok stanowisk z piwem. Nie było to trudne zadanie, bowiem ilość ludzi podczas koncertów konkursowych była niewielka (od razu wyjaśnię, że podczas występów gwiazd było lepiej, lecz też nie imponująco). Tylko dwóch, utaplanych w błocie kolesi dramatycznie starało się dostać na scenę, a przeszkodą był bardziej brak koordynacji ruchowej, niż ochrona (gdzieżby tam ochrona?!... przecież oni też nie lubią moknąć!). Miałem momentami wrażenie, jakby muzyka na tym festiwalu lubiła się marnować. Szkoda.
Część konkursową zakończył zespół Milczenie Owiec z Gdańska. Zarówno ostatnia pozycja startowa, jak i ‘piątek 13-tego’, okazały się dla nich bardzo szczęśliwe. Jury, w skład którego wchodził m.in. Paweł Kukiz z zespołu Piersi, przyznało grupie Grand Prix. Wygraną w wysokości dwóch tysięcy złotych wręczył Marcin Rusek z firmy MomentMedia (sponsor imprezy). Zespół zgarnął również nagrodę publiczności, którą była sesja nagraniowa Radia Olsztyn. Wręczający nagrodę Grzegorz Kasjaniuk (audycja "Głową w Mur", RO) wyraził nadzieję na miłą współpracę, lecz jakże z takim zespołem mogłaby ona być niemiła?
Nagrodą był również prawie godzinny koncert drugiego dnia imprezy. Zespół przedstawił dużą część własnego dorobku, m.in. popularne wśród trójmiejskich fanów przeboje "Zew", czy "Cisza". Wokalistka o bardzo miłej aparycji (Ola Wysocka) przedstawiła możliwości lekko zachrypniętego, lecz mocnego głosu w coverze Madonny "Frozen".
Milczenie Owiec to kompromis między popową prezencją, a undergroundowymi treściami. Podobnie w kwestii samej muzyki – nawet ostrzejsze zagrywki potrafią zostać wykonane w sposób łatwo przyswajalny dla szerokiej publiczności. Zwycięzcom oczywiście gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów, a te już są zapowiadane – na wiosnę należy przygotować się do zakupu ich debiutanckiego albumu!
GIŻYCKI GWIAZDOZBIÓR
Wspaniali goście przyjechali z zagranicy. Pierwszego dnia Generation Fuck z Niemiec. Świetny, żywiołowy punk-rock, z elementami innych stylów np. bluesowej linii basu. Pierwszy zespół, który skutecznie rozgrzał publiczność.
Drugiego dnia festiwalu mieliśmy okazję podziwiać znakomitą grupę z Ukrainy – Ot-Vinta. To była największa niespodzianka festiwalu. Zespół w Polsce mało znany w ciągu kilku chwil przekonał do siebie całą publiczność. Na przemian energiczny blues i rock’n’roll z elementami folku, takie rock-a-billy, czy też jak by woleli sami wykonawcy ukr-a-billy. Wesołe zachowanie i zabawny ubiór artystów podkreślały pozytywną energię płynącą z ich muzyki. Dialogowy podział tekstów między trzech wokalistów. Świetne zagrywki i ciekawe instrumenty: flet, harmonijka ustna, bardzo specyficznie wyglądający kontrabas. Na koniec występu rozdali publiczności własne koszulki z logo zespołu. Konferansjer chciał namówić ich na sprezentowanie publice niezwykle ciekawych, żółtych spodni, lecz bariera językowa nie pozwoliła na dogadanie się w tej kwestii.
Przechodząc do polskich gwiazd... Hunter chyba polubił granie na festiwalach. Ostatnio podziwiać ich można było co weekend: to na Woodstocku, HunterFescie, czy właśnie Musicoramie. Wszędzie mocno, efektownie i bezbłędnie. Mieszanka utworów ze starego krążka "Requiem", jak i z ostatniego "MedeiS". Dodatkowo dwa nowe utwory "Wyznawcy" i "Łoś", które trafią na zapowiadaną nową płytę.
Pierwszy dzień imprezy zakończył występ grupy IRA, na który składały się nie tylko stare przeboje takie jak: "Mój Dom", "California", czy "Bierz Mnie", lecz również utwory z nowej płyty "Ogień". Artur Gadowski z zespołem zaprezentował się bardzo efektownie, choć w wielce nowoczesnym stylu.
Następnego dnia, podczas występu SexBomby, usłyszeć można było utwory pamiętające festiwal w Jarocinie. Szkoda, że nowe opowieści o brazylijskich serialach i sms’ach o treści ‘sex’ skutecznie zabiły klimat tamtych starych numerów. Chociaż, jak wiadomo, nic nie zastąpi romantycznych, poetyckich tekstów w stylu "czy Ty też lubisz sex?" oraz rozrywkowych coverów takich jak: "Ramaja" (Realm), czy "Daddy Cool" (Boney M) zagrane na bis.
Koncert zespołu Piersi okazał się dla tej imprezy strzałem w dziesiątkę. Zaczęli od "muzyki zachodnich grup rockowych", czyli coverów grupy Black Sabbath z oryginalnymi słowami Pawła Kukiza. Wysłuchać można było również tanga dla posłanki Renaty Beger, jak również bardzo ostrej krytyki w kierunku aktualnie rządzącego ugrupowania politycznego w utworze "Wirus SLD". Nie zabrakło nawet utworów z Yugotonu. Na samiutki koniec odegrano "Skórę" zespołu AyaRedLove, przez co ludzie w nostalgicznym nastroju opuszczali mury XIX-wiecznej twierdzy Boyen, gdzie festiwal miał miejsce.
GIŻYCKIE AMBICJE
Popisali się organizatorzy: ściągnęli bardzo ciekawe gwiazdy i zorganizowali ogólnopolski konkurs dla młodych zespołów. Co więc jest nie tak? Zdaje się, że prosty brak ambicji na stworzenie czegoś niepowtarzalnego na skale kraju. Giżycko bez wątpienia ma ku temu możliwości (świetny amfiteatr, dobry dojazd – PKP). Tymczasem impreza jest "mazurska" nie tylko z nazwy. Wystarczyło sprawdzić na plakacie patronów medialnych, aby zrozumieć, że imprezie było trudno przebić się poza najbliższą okolice, a zapewnić mogę, że mało które media odmówiły by takiej imprezie, gdyby odpowiednio wcześnie się do nich zwrócono, a następnie traktowano poważnie.
Tak naprawdę, trudno tu o wpadkę organizacyjną, bo po prostu nie było na nią miejsca. Nie można narzekać, że na polu namiotowym nie było bieżącej wody, bo takie pole w ogóle nie istniało! Nie da się już ściągnąć ludzi z dalszych części kraju nie gwarantując im darmowego i bezpiecznego miejsca na rozbicie namiotu. Przyjezdni rozbijali się ‘na dziko’ w okolicznych lasach, co nie zawsze musiało być przyjemne. Również nie można powiedzieć, że obsługa gastronomiczna była źle przygotowana, a to dlatego, że ludzi na samym koncercie było tyle, co by byle uliczna budka z hamburgerami obsłużyła. Absolutnie nie są tu na miejscu argumenty, że to przez złą pogodę. Świadczy to tylko o tym, że większość publiczności była miejscowa, bo gdyby ktoś przyjechał z dalszych odległości, to przyszedłby na koncert w jakąkolwiek pogodę.
Brakowało w tym ludzi z werwą, którzy dopilnowaliby chociażby szybkiej wymiany sprzętu przez zespoły – trwało to stanowczo za długo, a widzowie nie po to płacili za bilety, aby słuchać Bon Jovi z taśmy. Na niejasne kwestie odpowiedzią organizatora było okrutnie konkretne: "w regulaminie jest napisane..." – dopóki będą robić to ludzie traktujący całe zamieszanie jako zestaw poleceń i wytycznych to impreza nie ma szans powodzenia. Takie rzeczy tworzy się z pasją i poświęceniem, jak również dla przyjemności własnej, zespołów i samej publiczności. Miejmy nadzieję, że tegoroczna edycja festiwalu dużo tych ludzi nauczyła. Giżycko to naprawdę miłe miejsce. Taki festiwal pasuje tam jak ulał. Życzyłbym sobie i wszystkim zainteresowanym udanej III Mazurskiej Musicoramy Rockowej. Czy życzenie się spełni!?
Tadeusz Bisewski

