HunterFest 2004
7 sierpnia 2004, Szczytno
Mazury stały się krainą letnich festiwali rockowych. Wakacje rozpoczęła impreza w Węgorzewie, po której wybrać się można było na niezwykle interesujący festiwal muzyki młodej Białorusi „Basowiszcza” w Gródku. Oprócz tego: trzydniowe reggae w Ostródzie, Mazurska Musicorama w Giżycku i wiele innych. To dobrze znane polskim fanom rocka imprezy. Niezwykle cieszy fakt narodzin nowego festiwalu, który bez wątpienia ma przed sobą świetlaną przyszłość – to HunterFest!!!
Malowniczy krajobraz szczycieńskiego jeziora, nad brzegiem którego ustawiono scenę, może nie imponującą rozmiarami, lecz, jak się później okazało, możliwościami. Bajeczne oświetlenie, telebimy i pierwszorzędne nagłośnienie, geometrią nawiązujące do kwadrofonii dawały świetny efekt na całym terenie imprezy. W piątkowy wieczór na wynajętym pod pole namiotowe stadionie rozkręcała się już impreza. Była to rozgrzewka przed niesamowicie zapowiadającą się sobotą.
Po osobistej interwencji Draka (wokal, gitara; Hunter) chwilowy brak przenośnych toalet został wynagrodzony dostępem do infrastruktury stadionu. Niestety początkowy niedobór ToiToi’i nie był jedyną wpadką organizacyjną. Nawaliła strasznie obsługa gastronomiczna imprezy przygotowując się na zaledwie 1,5 tys. osób do obsłużenia, gdy na imprezę przybyło około 5 tys., co w połączeniu z rozporządzeniem ochrony o nie wnoszeniu żadnego jedzenia (ani wody!) oraz braku możliwości opuszczenia terenu, a następnie powrotu w trakcie trwania imprezy (czyli od godziny 12 w południe do 3 w nocy!) stało się dla uczestników koszmarem. Miejscowa ochrona oprócz wymienionych zmian w regulaminie popisała się również wulgarnym zachowaniem. Do tych niedopatrzeń organizator publicznie przyznał się i przeprosił na stronie festiwalowej (www.hunterfest.pl), choć oczywiście zawiniły zatrudnione firmy, które stanowczo imprezy nie doceniły i źle się do niej przygotowały. Na szczęście nawet takie niedopatrzenia nie były w stanie odebrać ludziom przyjemności wspólnej zabawy przy wyśmienitej muzyce.
Pierwszy na scenę wszedł "Support" – dokładnie takie przedstawienie zespołu na plakatach przekonało wielu widzów, iż to ich nazwa własna. Supportem okazała się młoda, miejscowa grupa Watergate. Muzyka wzorowana na Iron Maiden oraz TSA w połączeniu z wokalem Iwony Jóźwiak stała się miłym wstępem do dalszych muzycznych przeżyć. Władzę nad sceną przejął Blinxxxer, którego tradycyjne podejście do trashu widoczne w anglojęzycznych tekstach i zawiłych gitarowych riffach wyśmienicie kłóciło się z santanowskimi wręcz solówkami Blinq’a (gitarzysty). Wśród przedstawionych utworów szczególnie wpadła w ucho ballada "Another Live". Pośród publiczności panowała atmosfera raczej piknikowa, a przez opieszałe wpuszczanie ludzi na bramce frekwencja niemal pokrywała się z nazwą następnego wykonawcy – Nikt. I tu już inna muzyka. Więcej nowoczesnego podejścia do metalu, co nie każdemu musiało się podobać, lecz przyznać trzeba, że były to idealne rytmy, aby wyszaleć się pod sceną.
Pół-growlingowy wokal i znacznie cięższe riffy grupy Hedfirst chwilowo zmieniły atmosferę koncertu. Grupa o tradycyjnym warsztacie i dobrych pomysłach musiała jednak ustąpić dinozaurom polskiego rock’n’rolla – Harlemowi. Chłopaki wprawdzie nie wjechali motorami na scenę, lecz dali iście harleyowy, muzyczny odjazd! Cztery zerwane struny w ciągu dwóch początkowych utworów świadczą o energii włożonej w występ. Po 15-minutowej improwizacji kończącej występ usłyszeliśmy słowa Rudego (wokal, gitara akustyczna) wspaniały wieczór przed Wami! – i miał rację! W swoim busie przygotowywał się już do występu Zalef. Co było do przewidzenia, średnia wieku, jak również liczba osobników płci ‘brzydkiej’ pod samą sceną diametralnie się zmniejszyły. Materiał z debiutanckiego "Pistoletu" na scenie wypadł znacznie lepiej niż na krążku. Profesjonalizm zespołu i możliwości wokalne Krzyśka nie pozostawiały nic do życzenia.
Po dłuższej przerwie technicznej publiczność wykrzyczała sobie zespół Acid Drinkers. Już podczas pierwszego utworu dał się we znaki gęsty kurz unoszący się spod glanów rozszalałej publiczności, skaczącej po piaskowej plaży. Nowy gitarzysta Olass (w maju tego roku przeszedł do Acids z zespołu None) nie zawiódł publiczności zarówno świetną grą, wokalem, jak i sceniczną żywiołowością. Wyśmienitą formą wykazał się również Popcorn, który wprawdzie riffy "Wild Thing" odegrał od niechcenia, lecz w utworach z "Rock Is Not Enought" fundował publice niesamowite popisy wirtuozerskie.
W promieniach zachodzącego słońca miał początek koncert grupy Hey. Dominowały utwory z ostatniej płyty "Music, music", jak również z troszeczkę starszego "Sic’a". Rozpoczęto utworem "Muka!", po którym dowiedzieć się można było o sukcesach wędkarskich zespołu (chłopaki złowili dwa szczupaki!:). W trakcie "Manto" rozpoczął się enigmatyczny taniec Kasi Nosowskiej, który powracał niespodziewanie w późniejszych utworach. Wspaniale przyjęto akustyczne wykonanie dwóch starszych utworów "Sowa" oraz "Ho!". Niestety zabrakło przeboju "Moja i twoja nadzieja" – nawet obfity bis nie uwzględnił tego hitu.
Nadszedł w końcu czas na występ gospodarza imprezy – zespołu Hunter! Bez ogromnych sztandarów i zatrudnionych aktorów zespół dzielnie zachował swoją sceniczną wyjątkowość. Początek występu był powrotem do roku ‘95 - płyta "Requiem". Po czym występującego gościnnie Tomka "Goliasha" na basie zastąpił Saimon (ech, aby nie zaplątać w gryf gitary tak długich włosów, to jednak trzeba być profesjonalistą;), by wraz z Jelonkiem (skrzypce) rewelacyjnie odegrać "Why?". Pamiętacie, że walka z przemocą jest wpisana w naszą twórczość... "So"... – powiedział Drak. Następnie przystąpiono do odegrania kolejnych szlagierów. "Grabaszszsz" z zamaskowanym skrzypkiem wplatającym w utwór fragmenty marszu żałobnego. Wyszeptanie przez Draka początku "Fantasmagorii" skutecznie zachęciło publikę do wspólnego odśpiewania utworu. To tylko kurwa papier! – wykrzykiwał ze sceny. Na koniec panowie pozostawili "Kiedy Umieram" z gromkim udziałem publiczności. Koniec zawsze jest początkiem – te słowa mogły nabrać w tej sytuacji nowego znaczenia – stać się zapowiedzią kolejnych występów, następnego HunterFestu? Oczywiście nie obyło się bez bisu. "Piosenka o upadku", czyli "Fallen" oraz zadedykowana fanom "Loża Szyderców". Wtedy to podarowano Drakowi flagę z logo zespołu, w którą ubrany zakończył występ.
Największą gwiazdą festiwalu był bez wątpienia Kult, który zachwycił wszystkich dwugodzinnym występem. Tradycyjne rozpoczęcie występu "Barankiem". Potem przekrojówka przez liczne płyty zespołu. Pierwszorzędnie bawiono się przy "Brooklińskiej radzie Żydów". Była też interesująco zaaranżowana "Arahja", "Zgroza" rozpoczęta przez Kazika wymownym gestem klęknięcia i przeżegnania się i na koniec "Psalm 151". Kazik i siedmioosobowy zespół zostawili publiczność wybawioną i oczarowaną ich muzyką.
Na deser została legendarna grupa Mech. Reaktywowana niedawno formacja na własne życzenie zagrał na koniec imprezy. Niestety do przewidzenia było, że po występie Kultu 80% ludzi opuści teren imprezy. Najwidoczniej dla zespołu liczyła się jakość, a nie ilość widzów, zaś ci co zostali na pewno nie wyszli zawiedzeni. Grzegorz Kasjaniuk (Radio Olsztyn), zagadujący ludzi w trakcie przerw, kilkukrotnie wspominał, o tym, że jezioro, nad którym odbywał się festiwal, niosło dźwięk na prawie całe miasto. Można było więc słuchać koncertów z dalszej odległości, lecz w wypadku zespołu Mech, była by to conajwyżej połowiczna przyjemność. Ubiór (długa czarna szata) i zachowanie Macieja Januszko (wokal) odpowiednio podkreślały enigmatyczność tekstów. Reszta zespołu wcale nie zostawała w tyle. Niezwykle dynamiczna hard-rock’owa muzyka i niespotykana barwa głosu Maćka były idealnym zakończeniem imprezy. Na finał odegrano ostatni przebój kapeli pt. "Painkiller"
Już w trakcie występu zespołu Kult dotarło do organizatorów zezwolenie od burmistrza Szczytna na zorganizowanie następnej edycji festiwalu w roku 2005. Z zapowiedzi, które można było już wtedy usłyszeć, spodziewać się można za rok imprezy dwudniowej, z udziałem gwiazdy zagranicznej. O ile pierwsza kwestia jest całkiem prawdopodobna, to w międzynarodową gwiazdę trudno jest mi uwierzyć. Wystarczy przypomnieć sobie zeszłoroczne zapowiedzi organizatorów festiwalu w Wegorzewie dotyczące "zachodniego wykonawcy dużego formatu". Miejmy nadzieję, że ekipa HunterFestu okaże się bardziej słowna. Drak zapewniał mnie o "pewnych kontaktach", lecz nazwy zespołu nie wymienił. Przygotowania do przyszłorocznego festiwalu ruszają lada dzień. Organizatorzy chcą w ten sposób uniknąć wpadek, jakie miały miejsce w tym roku. Trzymajmy za nich kciuki, abyśmy za rok mogli bawić się w niczym niezakłóconej atmosferze i przy jeszcze lepszej muzyce. Do zobaczenia na HunterFescie!!!
Mazury stały się krainą letnich festiwali rockowych. Wakacje rozpoczęła impreza w Węgorzewie, po której wybrać się można było na niezwykle interesujący festiwal muzyki młodej Białorusi „Basowiszcza” w Gródku. Oprócz tego: trzydniowe reggae w Ostródzie, Mazurska Musicorama w Giżycku i wiele innych. To dobrze znane polskim fanom rocka imprezy. Niezwykle cieszy fakt narodzin nowego festiwalu, który bez wątpienia ma przed sobą świetlaną przyszłość – to HunterFest!!!Malowniczy krajobraz szczycieńskiego jeziora, nad brzegiem którego ustawiono scenę, może nie imponującą rozmiarami, lecz, jak się później okazało, możliwościami. Bajeczne oświetlenie, telebimy i pierwszorzędne nagłośnienie, geometrią nawiązujące do kwadrofonii dawały świetny efekt na całym terenie imprezy. W piątkowy wieczór na wynajętym pod pole namiotowe stadionie rozkręcała się już impreza. Była to rozgrzewka przed niesamowicie zapowiadającą się sobotą.
Po osobistej interwencji Draka (wokal, gitara; Hunter) chwilowy brak przenośnych toalet został wynagrodzony dostępem do infrastruktury stadionu. Niestety początkowy niedobór ToiToi’i nie był jedyną wpadką organizacyjną. Nawaliła strasznie obsługa gastronomiczna imprezy przygotowując się na zaledwie 1,5 tys. osób do obsłużenia, gdy na imprezę przybyło około 5 tys., co w połączeniu z rozporządzeniem ochrony o nie wnoszeniu żadnego jedzenia (ani wody!) oraz braku możliwości opuszczenia terenu, a następnie powrotu w trakcie trwania imprezy (czyli od godziny 12 w południe do 3 w nocy!) stało się dla uczestników koszmarem. Miejscowa ochrona oprócz wymienionych zmian w regulaminie popisała się również wulgarnym zachowaniem. Do tych niedopatrzeń organizator publicznie przyznał się i przeprosił na stronie festiwalowej (www.hunterfest.pl), choć oczywiście zawiniły zatrudnione firmy, które stanowczo imprezy nie doceniły i źle się do niej przygotowały. Na szczęście nawet takie niedopatrzenia nie były w stanie odebrać ludziom przyjemności wspólnej zabawy przy wyśmienitej muzyce.
Pierwszy na scenę wszedł "Support" – dokładnie takie przedstawienie zespołu na plakatach przekonało wielu widzów, iż to ich nazwa własna. Supportem okazała się młoda, miejscowa grupa Watergate. Muzyka wzorowana na Iron Maiden oraz TSA w połączeniu z wokalem Iwony Jóźwiak stała się miłym wstępem do dalszych muzycznych przeżyć. Władzę nad sceną przejął Blinxxxer, którego tradycyjne podejście do trashu widoczne w anglojęzycznych tekstach i zawiłych gitarowych riffach wyśmienicie kłóciło się z santanowskimi wręcz solówkami Blinq’a (gitarzysty). Wśród przedstawionych utworów szczególnie wpadła w ucho ballada "Another Live". Pośród publiczności panowała atmosfera raczej piknikowa, a przez opieszałe wpuszczanie ludzi na bramce frekwencja niemal pokrywała się z nazwą następnego wykonawcy – Nikt. I tu już inna muzyka. Więcej nowoczesnego podejścia do metalu, co nie każdemu musiało się podobać, lecz przyznać trzeba, że były to idealne rytmy, aby wyszaleć się pod sceną.
Pół-growlingowy wokal i znacznie cięższe riffy grupy Hedfirst chwilowo zmieniły atmosferę koncertu. Grupa o tradycyjnym warsztacie i dobrych pomysłach musiała jednak ustąpić dinozaurom polskiego rock’n’rolla – Harlemowi. Chłopaki wprawdzie nie wjechali motorami na scenę, lecz dali iście harleyowy, muzyczny odjazd! Cztery zerwane struny w ciągu dwóch początkowych utworów świadczą o energii włożonej w występ. Po 15-minutowej improwizacji kończącej występ usłyszeliśmy słowa Rudego (wokal, gitara akustyczna) wspaniały wieczór przed Wami! – i miał rację! W swoim busie przygotowywał się już do występu Zalef. Co było do przewidzenia, średnia wieku, jak również liczba osobników płci ‘brzydkiej’ pod samą sceną diametralnie się zmniejszyły. Materiał z debiutanckiego "Pistoletu" na scenie wypadł znacznie lepiej niż na krążku. Profesjonalizm zespołu i możliwości wokalne Krzyśka nie pozostawiały nic do życzenia.
Po dłuższej przerwie technicznej publiczność wykrzyczała sobie zespół Acid Drinkers. Już podczas pierwszego utworu dał się we znaki gęsty kurz unoszący się spod glanów rozszalałej publiczności, skaczącej po piaskowej plaży. Nowy gitarzysta Olass (w maju tego roku przeszedł do Acids z zespołu None) nie zawiódł publiczności zarówno świetną grą, wokalem, jak i sceniczną żywiołowością. Wyśmienitą formą wykazał się również Popcorn, który wprawdzie riffy "Wild Thing" odegrał od niechcenia, lecz w utworach z "Rock Is Not Enought" fundował publice niesamowite popisy wirtuozerskie.
W promieniach zachodzącego słońca miał początek koncert grupy Hey. Dominowały utwory z ostatniej płyty "Music, music", jak również z troszeczkę starszego "Sic’a". Rozpoczęto utworem "Muka!", po którym dowiedzieć się można było o sukcesach wędkarskich zespołu (chłopaki złowili dwa szczupaki!:). W trakcie "Manto" rozpoczął się enigmatyczny taniec Kasi Nosowskiej, który powracał niespodziewanie w późniejszych utworach. Wspaniale przyjęto akustyczne wykonanie dwóch starszych utworów "Sowa" oraz "Ho!". Niestety zabrakło przeboju "Moja i twoja nadzieja" – nawet obfity bis nie uwzględnił tego hitu.
Nadszedł w końcu czas na występ gospodarza imprezy – zespołu Hunter! Bez ogromnych sztandarów i zatrudnionych aktorów zespół dzielnie zachował swoją sceniczną wyjątkowość. Początek występu był powrotem do roku ‘95 - płyta "Requiem". Po czym występującego gościnnie Tomka "Goliasha" na basie zastąpił Saimon (ech, aby nie zaplątać w gryf gitary tak długich włosów, to jednak trzeba być profesjonalistą;), by wraz z Jelonkiem (skrzypce) rewelacyjnie odegrać "Why?". Pamiętacie, że walka z przemocą jest wpisana w naszą twórczość... "So"... – powiedział Drak. Następnie przystąpiono do odegrania kolejnych szlagierów. "Grabaszszsz" z zamaskowanym skrzypkiem wplatającym w utwór fragmenty marszu żałobnego. Wyszeptanie przez Draka początku "Fantasmagorii" skutecznie zachęciło publikę do wspólnego odśpiewania utworu. To tylko kurwa papier! – wykrzykiwał ze sceny. Na koniec panowie pozostawili "Kiedy Umieram" z gromkim udziałem publiczności. Koniec zawsze jest początkiem – te słowa mogły nabrać w tej sytuacji nowego znaczenia – stać się zapowiedzią kolejnych występów, następnego HunterFestu? Oczywiście nie obyło się bez bisu. "Piosenka o upadku", czyli "Fallen" oraz zadedykowana fanom "Loża Szyderców". Wtedy to podarowano Drakowi flagę z logo zespołu, w którą ubrany zakończył występ.
Największą gwiazdą festiwalu był bez wątpienia Kult, który zachwycił wszystkich dwugodzinnym występem. Tradycyjne rozpoczęcie występu "Barankiem". Potem przekrojówka przez liczne płyty zespołu. Pierwszorzędnie bawiono się przy "Brooklińskiej radzie Żydów". Była też interesująco zaaranżowana "Arahja", "Zgroza" rozpoczęta przez Kazika wymownym gestem klęknięcia i przeżegnania się i na koniec "Psalm 151". Kazik i siedmioosobowy zespół zostawili publiczność wybawioną i oczarowaną ich muzyką.
Na deser została legendarna grupa Mech. Reaktywowana niedawno formacja na własne życzenie zagrał na koniec imprezy. Niestety do przewidzenia było, że po występie Kultu 80% ludzi opuści teren imprezy. Najwidoczniej dla zespołu liczyła się jakość, a nie ilość widzów, zaś ci co zostali na pewno nie wyszli zawiedzeni. Grzegorz Kasjaniuk (Radio Olsztyn), zagadujący ludzi w trakcie przerw, kilkukrotnie wspominał, o tym, że jezioro, nad którym odbywał się festiwal, niosło dźwięk na prawie całe miasto. Można było więc słuchać koncertów z dalszej odległości, lecz w wypadku zespołu Mech, była by to conajwyżej połowiczna przyjemność. Ubiór (długa czarna szata) i zachowanie Macieja Januszko (wokal) odpowiednio podkreślały enigmatyczność tekstów. Reszta zespołu wcale nie zostawała w tyle. Niezwykle dynamiczna hard-rock’owa muzyka i niespotykana barwa głosu Maćka były idealnym zakończeniem imprezy. Na finał odegrano ostatni przebój kapeli pt. "Painkiller"
Już w trakcie występu zespołu Kult dotarło do organizatorów zezwolenie od burmistrza Szczytna na zorganizowanie następnej edycji festiwalu w roku 2005. Z zapowiedzi, które można było już wtedy usłyszeć, spodziewać się można za rok imprezy dwudniowej, z udziałem gwiazdy zagranicznej. O ile pierwsza kwestia jest całkiem prawdopodobna, to w międzynarodową gwiazdę trudno jest mi uwierzyć. Wystarczy przypomnieć sobie zeszłoroczne zapowiedzi organizatorów festiwalu w Wegorzewie dotyczące "zachodniego wykonawcy dużego formatu". Miejmy nadzieję, że ekipa HunterFestu okaże się bardziej słowna. Drak zapewniał mnie o "pewnych kontaktach", lecz nazwy zespołu nie wymienił. Przygotowania do przyszłorocznego festiwalu ruszają lada dzień. Organizatorzy chcą w ten sposób uniknąć wpadek, jakie miały miejsce w tym roku. Trzymajmy za nich kciuki, abyśmy za rok mogli bawić się w niczym niezakłóconej atmosferze i przy jeszcze lepszej muzyce. Do zobaczenia na HunterFescie!!!
Tadeusz Bisewski
