The Prodigy - Invaders Must Die



Invaders Must Die jest piątym studyjnym albumem kultowej grupy The Prodigy. Jest on efektem zażegnania sporu pomiędzy frontmanem Keithem Flintem oraz kompozytorem i głową zespołu - Liamem Howlett’em, do czego nawiązuje już sam tytuł wydawnictwa. Jak głosi plotka, owymi „najeźdźcami” miałyby być osoby trzecie, które - jak to w świecie show businessu - podsycały konflikt pomiędzy dwoma dżentelmenami.

Poszło o „zbyt punkowy image” pana Flinta, który Liam uznał za niepasujący do wizerunku grupy, bądź co bądź zaczynającej od DJ-owania na rave’owych imprezach lat dziewięćdziesiątych; oraz o jego solowy punk rockowy album (Device #1), wydany w 2003 roku. Tak więc od AD 2004, kiedy pojawiło się Always Outnumbered, Never Outgunned, o Prodigy zrobiło się nieco ciszej, niż w czasach Firestartera, chociaż zespół cały czas mniej lub bardziej regularnie koncertował.

Trudno więc dziwić się wielkiemu hukowi, z jakim pod koniec 2008 roku, wcześniej niż zapowiadano, ukazał się singiel Invaders Must Die, a chwilę później promujący go klip.

Sami muzycy reklamują album jako powrót do korzeni, czyli bardziej klasycznego dance’owego klimatu, bez punkowych, czy industrialnych naleciałości, w jakie The Prodigy zaczęli brnąć mniej więcej od albumu The Fat of The Land. Jednak już sam singiel zapowiada cięższe brzmienie, a jego linię melodyczną można bez trudu wyobrazić sobie graną na mocnych gitarach elektrycznych. Osobiście, słuchając tego kawałka, widzę raczej watahę pogujących dzieciaków z dziwnymi włosami, niż brakedance’a w techno klubie.

Tak samo rzecz ma się z dwoma moim zdaniem najbardziej udanymi utworami, czyli Take Me To The Hospital oraz Run With The Wolves, w którym zresztą na perkusji gra nikt inny, jak Dave Grohl, znany m.in. z Nirvany, czy Foo Fighters. Choć Take Me To The Hospital być może faktycznie więcej ma wspólnego z utworami z Music for The Jilted Generation, niż hitami, znanymi i lubianymi przez wszystkich jak np. Smack My Bitch Up, czy wspominany już Firestarter, to spory udział wokalny Keitha Flinta przywodzi wręcz na myśl singiel Baby’s Gotta Temper, od którego cały spór pomiędzy muzykami się rozpoczął.

Album zawiera wprawdzie typowo klubowe kompozycje, jak Thunder oraz Warrior’s Dance, jednak zdecydowana większość, w tym także bardzo dobre Omen i World’s On Fire podejrzanie przeważają szalę w stronę industrialnego-nie-wiadomo-czego, czyli pomieszania gatunków, jakie pod koniec lat dziewięćdziesiątych stało się znakiem firmowych The Prodigy. Odnosi się wrażenie, że niepokorna osobowość Keitha Flinta mimo wszystko odcisnęła na Invaders Must Die spore piętno.

Starzy elektroniczni wyjadacze, którzy byli fanami Brytyjczyków od początku ich kariery mogą czuć się zawiedzeni dość komercyjnym profilem płyty. Jednak tym, którzy lubią po prostu posłuchać porządnie skomponowanej muzyki, a nad niszowe szufladki bardziej cenią sobie jakość i oryginalność „dobrej marki” polecam Invaders Must Die jako pozytywnego kopa energetycznego przed grubszą imprezą, wszystko jedno w jakim klubie.

Aleksandra Molak


[ Wróć ]