Flint - Device #1


Wydany w 2002 roku głośny singiel The Prodigy Baby’s Gotta Temper, promowany zresztą jednym z najbardziej udanych klipów formacji, zasiał zamęt nie tylko wokół, ale także wewnątrz brytyjskiego składu. Podczas, kiedy media i obrońcy praw zwierząt zarzucali angielskim dżentelmenom nieskromność oraz niepoważne podejście do problemu choroby wściekłych krów, głowa The Prodigy, czyli Liam Howlett zarzucił liderowi Keithowi Flintowi… zbyt punkowy image.
Spór zaowocował, jak wiadomo, tym, że na kolejnym krążku zespołu Always Outnumbered, Never Outgunned Keith musiał zastosować się do nakazu kategorycznego ograniczenia udzielania się wokalnie, oraz następnie pięcioletnią przerwą w działalności The Prodigy, zakończoną dopiero wydanym w zeszłym roku albumem Invaders Must Die, którego tytuł nawiązuje do tegoż właśnie sporu.
Jednak jednym z mniej znanych szerokiej publiczności „efektów ubocznych” nieporozumień pomiędzy gwiazdami jest nagrany przez Keitha w 2003 roku wraz z zespołem pod roboczą nazwą Flint album Device #1, który ostatecznie nigdy oficjalnie się nie ukazał. Dziś istnieje jedynie singiel Aim4 i niewielka liczba trudno dostępnych kopii promocyjnych płyty. Czy rzeczywiście jest czego żałować?
Pierwsze dźwięki rozpoczynającego krążek utworu Asteroids robią nadzieję – jest to rytmiczny, profesjonalnie nagrany i nieco update’owany od złotych czasów Sex Pistols punk rock. Niestety, wrażenie już w pierwszej minucie psuje nikt inny jak sam Keith, gdy okazuje się, że… zupełnie nie umie śpiewać. Charyzma i zachrypnięty głos, które służyły mu doskonale, gdy jego zadaniem było wywrzaskiwanie od czasu do czasu kilku linijek tekstu utworów The Prodigy, okazują się niewystarczające w starciu z realnym wyzwaniem wokalnym. W drugim kawałku Piggy pan Flint radzi sobie już nieco lepiej, pewnie ze względu na dość prostą linię melodyczną, jednak już kolejny Laughs jego wokal czyni nieznośnym, chociaż sam utwór w warstwie instrumentalnej mógłby być interesujący ze względu na pewną nutkę dramatyzmu.
Reszta albumu prezentuje się podobnie - kawał solidnej roboty muzyków i raczej nieskładne wokale lidera. Rzeczywiście najmocniejszym punktem Device #1 jest singlowy kawałek Aim4, emanujący dziwnie miłą dla ucha desperacką dekadencją, w którym można nawet rozróżnić część śpiewanych przez Keitha słów. Niestety, wygląda na to, że praca kolegów z zespołu poszła na marne, ponieważ ostro sepleniący pan Flint rzadko trafia w linię melodyczną i trudno zrozumieć, o czym w ogóle śpiewa, tak więc całość, którą w innym przypadku można by określić jako spójną, staje się monotonna. Ale może właśnie o to chodzi w punk rocku…
Aleksandra Molak

