Rammstein - Liebe Ist Für alle Da



W zeszłym miesiącu ukazał się szósty studyjny album jednego z niemieckich towarów eksportowych, czyli zespołu Rammstein.
Od 15 lat ciesz się popularnością na całym świecie, i to nie tylko pośród miłośników ciężkiego brzmienia. Rzesze fanów nie odstrasza ani brak umiejętności wokalnych Tilla Lindemanna, ani nieskomplikowane, marszowe tempo zdecydowanej większości utworów. Przeciwnie, nieskrępowany kicz, jakim epatują wszelkie przedsięwzięcia sześciu facetów w quasi-nazistowskich mundurach oczarowuje słuchaczy, traktujących popkulturę z należnym jej dystansem. Choć wszystkie płyty Rammsteina nieco różnią się od siebie ogólnym klimatem (np. o Reise Reise można powiedzieć, że nieśmiało zmierza w kierunku bardziej gitarowego brzmienia, natomiast Mutter jest typowo marszowa), fani formacji zawsze mogli mieć pewność, że dostaną dokładnie to, czego oczekują po swoich idolach - czyli porządną dawkę Niemieckiej Masakry Gitarą Elektryczną.

Jednak, jak dowodzi najnowsza płyta Liebe Ist Fur Alle Da, wszystko ma swoją datę ważności. Zdaje się, że panowie z Rammsteina wyszli z założenia, iż jeśli kogoś do tej pory zachwycali kolesie w rzeźnickich fartuchach i nie do końca spójne teksty o drutach kolczastych w przewodach moczowych, to na tym należy poprzestać, nie koncentrując się szczególnie na jakimkolwiek urozmaiceniu muzycznym.

Krążek rozpoczyna sztampowy kawałek Rammlied, przypominający słuchaczowi, że ma do czynienia z niepokonanym zespołem Rammstein, siejącym chaos i zamęt pomimo wszelkich przeciwności losu. Wydaje nam się, że gdzieś już słyszeliśmy namolne, ciężkie riffy oraz okrzyki bojowe, i to nie jeden raz. Dwa kolejne utwory przedstawiają się nieco ciekawiej, zwłaszcza wokalnie. Ponadto, wspomniane już druty kolczaste w przewodzie moczowym z Ich Tu Dir Weh mimo wszystko wywołują sentymentalny uśmieszek, w bardziej „wyszukany” sposób przypominając, z kim mamy do czynienia. Także Haifisch oraz Buckstabu niosą ze sobą całkiem przyzwoitą dawkę energii, jeśli nie będziemy zagłębiać się w warstwę liryczną tego pierwszego utworu, znów przypominającemu nam o potędze i sile zespołu Rammstein.

Niestety, wraz z szóstym utworem następuje kompletna klęska, a jej tytuł brzmi Fruhling In Paris. Rammstein już wcześniej dość często porywał się na karykaturę romantyzmu w duchu niemieckim (np. tytułowy kawałek Rosenrot z poprzedniego albumu), jednak o ile założenie samo w sobie jest dość zabawne, o tyle Till Lindemann, śpiewający niezbyt czystym basem po francusku jest zwyczajnie nieznośny. Można by to jeszcze jakoś przeboleć, a raczej po prostu przewinąć, gorzej jednak, że do końca płyty jest już tylko pospolicie, a oficjalną, zawierająca 11 utworów edycję zamyka prawie równie męczący jak Fruhling In Paris, Roter Sand. Są wprawdzie tak zwane „momenty” w postaci dość błyskotliwych fragmentów tekstów Liebe Ist Fur Alle Da i Mehr, ale w warstwie muzycznej wieje nudą.

W sumie nie wiadomo, co skłoniło muzyków do wydania specjalnej edycji płyty, „wzbogaconej” o 5 kolejnych utworów, z których co najmniej 2 to niemożliwe do wysłuchania ballady, poza wyjątkowo dobrym w ogólnym kontekście kawałkiem Fuhre Mich; i ciekawym wokalnie, i wciągającym muzycznie, i nawet o czymś tam opowiadającym. Zastanawiające tylko, dlaczego został on potraktowany po macoszemu, jako materiał tzw. „bonusowy”.

W efekcie powstał album do bólu przewidywalny, którego - o zgrozo! - chyba najbardziej charakterystycznym momentem jest owszem, pocieszny, ale balansujący na granicy kiczu ze zwykłą tandetą singiel Pussy, promowany zresztą równie pociesznym pornograficznym teledyskiem. Wygląda na to, że nieco już podstarzali niemieccy dżentelmeni nie są w stanie zaszokować niczym poza dosztukowaniem swoich głów do ciał aktorów (i aktorek) porno.

W dużym skrócie - można, ale nie trzeba.

Aleksandar Molak




[ Wróć ]