Kylesa - Static Tensions


Static Tensions wzbudziło zainteresowanie nie tylko zagorzałych fanów metalu, ale również wywołało sporo zamieszania wśród niezalowej braci. Nietrafiony hype czy uzasadniony zachwyt?
Z lekką nostalgią wspominam dawne czasy, kiedy nocami słuchałem tych wszystkich mrocznych i ciężkich dźwięków, znanych pod ogólnie przyjętym określeniem muzyka metalowa. Z metalu się wyrasta, mówią niektórzy i faktycznie ciężko się z tym nie zgodzić, choć to chyba nie jedyny powód dla którego ludzie od ciężkiej muzyki z czasem odchodzą. Podobny wniosek można by przecież wysnuć odnośnie każdego z gatunków - jeżeli wyeksploatujemy go do granic możliwości, poznamy wszystkie jego odmiany i wariacje, osiągniemy moment, w którym zaczniemy odczuwać nudę. Wyrośniemy. Owszem, są pewne odłamy metalu, z których niewyrośnięcie wręcz trzeba uznać za powód do wstydu i refleksji nad samym sobą (czy aby na pewno w domu wszyscy zdrowi?) - no bo jak ktoś ma dwadzieścia pięć lat, a maluje sobie ryj białą farbą i wzdycha do szatana przy debiucie Mayhem to chyba nie jest z nim do końca wszystko w porządku, prawda? - ale są też przecież bardziej wyrafinowane odmiany, których słuchanie wcale nie musi oznaczać obciachu i z których na siłę wyrastać nie trzeba (poza tym w każdym z nas jest zawsze trochę z dziecka, czyż nie?). Problem w tym, że taki metal trudno obecnie znaleźć. Metal się skończył. Został wyeksploatowany do samego dna, ograny na miliard sposobów i znalezienie czegokolwiek wartościowego przypomina nieraz poszukiwania Świętego Graala. Tym bardziej cieszą takie perełki jak ta.
Krótko - Static Tensions to dla mnie najlepsza metalowa płyta od czasu debiutu Wolfmother. Gdzieś po drodze był chyba jeszcze niezły Agalloch (Ashes Against The Grain w 2006), różne Isisy, Mastodony, Dillingery, ale dopiero Static Tensions wywołał dokładnie ten rodzaj emocji, który oczekuję od prawdziwego, soczystego metalowego albumu. Wiadomo, że od zespołów grających metal nie ma co oczekiwać przełomu, więc takowego oczywiście tu nie ma. A co jest? Są naprawdę zajebiste, miażdżące, ciężkie, masywne, soczyste (bogaty zbiór epitetów, musicie przyznać), a jednocześnie wyjątkowo nośne i melodyjne riffy (na wspomnianym Wolfmother było tak samo zresztą), brzmiące właśnie tak, jak brzmieć powinny. Nie jakieś połamane, matematyczne, pseudo-inteligentne gówna, tylko moc, agresja i feeling. Taaak, kurwa, to jest właśnie to, można poczuć się o kilka lat młodszym. Mamy też dwóch perkusistów i nie jest to żaden chwyt marketingowy, tylko niezwykle sprawna, do spółki z basistą, wgniatająca w fotel maszyna. Mamy też wokalistę (czasem wspomaganego przez śpiewającą gitarzystkę Laurę Pleasants) , który na zmianę pokrzykuje, śpiewa czystym, melodyjnym głosem, a jak trzeba to i zaskakuje wyjątkowo przebojowym refrenem (Running Red czy Almost Lost). Całość trwa czterdzieści minut, jest niezwykle intensywna, świeża i ani przez chwilę nie nudzi. Tak, to jest metal, którego chciałbym słuchać i którym jestem w stanie szczerze się zachwycić. Dzięki Kylesa, jesteście świetni.
Kamil Brzeziński
