Yeah Yeah Yeahs - It's Blitz



Po tym jak Yeah Yeah Yeahs wydało swojego trzeciego longplaya zatytułowanego It’s Blitz pojawiło się wiele recenzji typu: "nigdy nie byłem fanem/ką YYYs, ale dzięki tej płycie doceniłem/am ten zespół”.  Nie oznacza to wcale, że nagrali oni dobrą płytę, lecz że zatracili swoje podziemne, proste brzmienie.

Pierwsza ich płyta Fever To Tell brzmiała ostro, spontanicznie, gitarowo, z lekkimi "zabrudzeniami”. Była czymś świeżym w dobie, gdy gitary zaprzyjaźniły się z syntezatorami. Druga płyta Show Your Bones była już bardziej wymuskana, ale wciąż miała stary klimat YYYs. Przy trzeciej płycie czar prysł. Gitara zeszła na dalszy plan, a główną rolę odegrały syntezatory. Nie twierdzę, że taka droga rozwoju zawsze jest zła, ale w przypadku YYYs ich muzyka stała się mało wyróżniająca i – co tu dużo mówić – po prostu nudna. Po kilku, a nawet kilkunastu, przesłuchaniach nie zamieszkuje w głowie słuchacza i nie zmusza do ponownego włączenia płyty. Większą część krążka stanowią ballady, co dziwi biorąc pod uwagę fakt, że wokal Karen O jest z reguły agresywny. Słychać to przede wszystkim na koncertach – na płycie zaś została spreparowana jej subtelna wersja.

Co do poszczególnych utworów to właściwie żaden nie zwrócił szczególnie mojej uwagi. W miarę ciekawą balladą jest Hysteric, a jeśli chodzi o szybsze utwory, to jedynie Heads Will Roll zawiera jeszcze jakieś pozostałości po dawnych energicznych utworach.

Największą zaletą YYYs była energiczność, spontaniczność, „pieprzność”, a niestety It’s Blitz nie posiada już żadnej z tych cech. Tym razem obyło się bez "przypraw”. Jest taka anegdota z czasów początku zespołu: znajomy muzyków, gdy pierwszy raz usłyszał jak grają krzyknął "yeah yeah yeahs!”. Ten okrzyk stał się od tamtej pory nazwą zespołu. Po przesłuchaniu najnowszej płyty można by śmiało odebrać im ten zaszczytny tytuł, gdyż na usta nie rzuca się już żaden okrzyk radości, tylko wielkie "buuuuu!”

Alicja Bisewska


[ Wróć ]