Franz Ferdinand - Tonight: Franz Ferdinand



Swoim najnowszym albumem Franz Ferdinand potwierdzają wysoką klasę i status jednego z najważniejszych zespołów współczesnego rocka. Ubierzcie się ładnie i poprawcie włosy. Imprezę czas zacząć.

Brytyjczycy bardzo umiejętnie dawkowali emocje związane z premierą nowego albumu. Najpierw w sieci pojawiły się "Ulysses" (ach, to "C'mon let's get high!" i "la la la" w refrenie!) i "Lucid Dreams". Można było powiedzieć, że zaczyna się nieźle. Niedługo później - koncertowa wersja "What She Came From". Dobrze. A potem do internetu wyciekł "Twilight Omens". Szybko zniknął z youtube'a, ale do tego czasu zdążyłem przesłuchać go już co najmniej kilkanaście razy i do reszty się w nim zakochać. "Twilight omens in my life..." rozbrzmiewało w mojej głowie raz po raz i z wielką niecierpliwością zacząłem odliczać do premiery.

Pamiętam, że gdy ukazał się debiutancki album Franz Ferdinand byłem zachwycony. Jednocześnie zastanawiałem się - uda się im powtórzyć ten sukces? Nie jest to przypadkiem kolejny zespół jednej płyty? Jednak następca debiutu, album "You Could Have It So Much Better" rozwiał wszelkie wątpliwości - wraz z nim uznałem Franz Ferdinand za jeden z najważniejszych (obok The Libertines) brytyjskich zespołów ostatniej dekady. Przesadzam? Nie sądzę. Uwielbiam ich za świetne melodie, doskonałe przeboje i rewelacyjną zabawę. Tylko tyle i aż tyle. W kategoriach imprezowych są kapitalni, a o to w rock'n'rollu przecież głównie chodzi.

Nigdy nie szczędziłem im ciepłych słów, więc po trzeciej płycie spodziewałem się wiele. Bardzo wiele. I przyznam, że gdy wysłuchałem jej po raz pierwszy, daleki byłem od zachwytów. Niby ok, fajna rzecz, ale udostępnione przed premierą utwory nakręciły mnie na muzyczne arcydzieło, które rzuci mnie na kolana już od pierwszych minut i nie pozwoli wstać z podłogi aż do końca trwania albumu. Tak się nie stało. Ale posłuchałem drugi raz. I trzeci. Po kilku przesłuchaniach "Tonight: Franz Ferdinand" zaczął mi się podobać bardzo, po kilkunastu - byłem zachwycony, po kilkudziesięciu wiedziałem, że to jedna z najlepszych płyt, jakie miałem okazję ostatnio poznać.

To co zwraca uwagę od samego początku to śmiałe wykorzystanie syntezatorów. Jak dla mnie - strzał w dziesiątkę. Elektroniczne dźwięki podkreśliły taneczno-zabawowy klimat, nadały muzyce nowych odcieni i barw. Poza tym zmieniło się niewiele. Nie jest to jednak zarzut - nie chodzi mi bowiem o to, że Brytyjczycy stoją w miejscu, ale o to, że wciąż są prawdziwą kopalnią przebojów. Z pierwszych dwóch płyt niemal każdy kawałek można było wybrać na singiel, teraz jest podobnie, a może nawet jeszcze lepiej? Popatrzmy. Do tej pory jako single wydano już "Ulysses" oraz "No You Girls", a listę tę spokojnie będzie można wydłużyć o jeszcze kilka pozycji. Moi faworyci? Wspomniany już "Twilight Omens" - przestrzenny i nieprzyzwoicie wręcz (uzależnia, naprawdę!) przebojowy. A następujący zaraz po nim "Send Him Away"? To, powtórzone cztery razy, "Oh, can't you let me stay tonight?", połączone z burzącą spokój utworu połamaną rytmiką, jest jednym z najciekawszych fragmentów płyty. Ale to oczywiście nie koniec imprezy. "Cała sala się buja, to nie koniec imprezy, nie walcie chu...!" - pamiętacie to jeszcze z czasów szkolnych dyskotek? Ach, cóż to były czasy. Jak wczasy albo jak adidasy, cytując bohaterów fenomenalnego "Bandziorno" ZF Skurcz. Ale wracając do tematu - syntezatorowy motyw z "Can't Stop Feeling" niszczy. Pewnie niektórzy stwierdzą, że przesadzam z tą ekstazą, ale "you can't feel anymore, feel anymore, feel anymooooore" śpiewa Alex i zabawa trwa dalej. Pulsujący rytm tego kawałka nie pozwala na chwilę odpoczynku. "What She Came From" też zdecydowanie daje radę. "Woohow! Look out! Know what she came from!". Ciekawe brzmi również finalna wersja "Lucid Dreams", zahaczająca momentami o lekko psychodeliczne klimaty (elektroniczne plamy i ten pogłos). Trochę nie rozumiem tylko trwających prawie cztery minuty zabaw z syntezatorem na jakie pozwolili sobie Brytyjczycy w tym kawałku. Niczego to do albumu nie wnosi, a brzmi trochę tak, jakby chłopcy odkryli nagle możliwości, jakie roztacza przed nimi dźwięk stereo i koniecznie starali się wykorzystać fakt, że to, co słyszymy z lewego głośnika wcale nie musi wydobywać się z prawego. Szkoda też, że po tych kilku minutach nudy dostajemy jeszcze dwa odbiegające poziomem od reszty utwory. "Dream Again" i "Katherine Kiss Me" to ballady i cóż, niech lepiej Franz Ferdinand zajmą się tym, co wychodzi im najlepiej czyli dynamicznymi, wpadającymi w ucho, tanecznymi rockowymi przebojami. Udało im się co prawda popełnić w swojej karierze kilka udanych ballad ("Walk Away" na przykład), ale w przypadku tych dwóch, wieńczących najnowszy album, dobrze nie jest. Z kawałków wieje nudą, banałem i nie ma co się nawet oszukiwać, że jest inaczej.

Na dwanaście utworów dziesięć jednak jest bardzo dobrych, a wśród tych dziesięciu dobrych znajdziemy kilka doskonałych. W ostatecznym rozrachunku "Tonight: Franz Ferdinand" okazuje się więc być płytą wyjątkowo udaną. Jeżeli lubicie dobrą, prawdziwie hedonistyczną zabawę, pokochacie ten album. I co jeszcze istotniejsze - "Tonight: Franz Ferdinand" to album, który pokochają wasze dziewczyny. Macie moje słowo, naprawdę. A zatem - C'mon, let's get high...

Kamil Brzeziński



[ Wróć ]