Assal & Zenn - Assal & Zenn


Assal & Zenn to zespół założony przez dwóch muzyków legendy polskiego rocka progresywnego, Abraxas, Łukasza Święcha (muzyka) oraz Adam Łassy (wokal, teksty). Do tego należy dodać jeszcze Marcina Maka, również członka Abraxas, który na tej płycie zagrał na perkusji. Wiadomo było więc, że oto mamy do czynienia z muzyką niezwykłą...
Po wyjęciu płyty z pudełka naszym oczom ukazuje się napis "Cykl obraca się... Narodziny, dzieciństwo pełne duszy, uśmiechów niewinnych i zdrady..." Zupełnie jak na na okładce debiutanckiego albumu Abraxas. Czyżby cykl zakończył się i zaczyna się od nowa? Czyżby oznaczało to powrót do stylistyki z tamtego okresu? Możliwe, możliwe... w końcu to właśnie Adam Łassa i Łukasz Święch przed laty powołali do życia Abraxas... Różne myśli kołatały mi się po głowie. W ich uporządkowaniu pomogło mi dopiero włożenie płyty do odtwarzacza i naciśnięcie przycisku "play".
Niemal natychmiast okazało się, że wszelkie moje przypuszczenia były nietrafne. Nie może być tutaj mowy o powrocie do muzyki z czasów Abraxas. Owszem, duch tego zespołu unosi się nad większością albumu (bo niby dlaczego miałoby być inaczej?), ale generalnie to coś zupełnie nowego. Zamiast powielać wzorce z przeszłości, Łukasz Święch stworzył po prostu nową jakość.
Można byłoby napisać, że utwory są krótsze i mniej rozbudowane. Można byłoby napisać, że dzięki temu płyta jest łatwiejsza w odbiorze dla przeciętnego odbiorcy, zwłaszcza, że nie brak tu przebojowości ("Ginewra"). Można byłoby też napisać, że wszystko to zostało przyprawione sporą dawką nowoczesnych, elektronicznych brzmień. Można, można, można. Przecież to wszystko prawda! Ale byłoby to tylko uogólnienie i oznaczałoby to brak szacunku dla geniuszu Łukasza Święcha i Adama Łassy. A album ten jest jak obraz, na którym odnaleźć można całą paletę barw i odcieni... Mamy tu niemal wszystko, do czego przyzwyczali nas ci muzycy. Spokojne, delikatne granie ("Alien", "Obe", "Foto"), nieco transu ("America"), odrobinę przebojowości (wspomniana "Ginewra", "Fontanna"), a także niewielką dawkę mocniejszego uderzenia ("New Orleans - Mandala"). Mimo tego pozornego eklektyzmu, album jest jednak całkiem spójny i najlepiej, kiedy słucha się go w całości, od początku do końca.
Nie zmieniły się za to teksty Adama Łassy. Utrzymane są one w jego charakterystycznym dla niego stylu. Poetyckie, pełne metafor, nie dające się jednoznacznie zinterpretować. Tym razem obok każdego z nich znajduje się krótki komentarz autora. Z pewnością więc ich prawidłowy odbiór stanie się łatwiejszy. Również wokal pozostał bez zmian i brzmi jak na późniejszych płytach Abraxas.
Napisałem wcześniej, że utwory stały się krótsze. Czy oznacza to więc, że nie jest to album progresywny? Zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem. Jeżeli długie, kilkunastominutowe kolosy, to z całą pewnością nie - tylko dwa utwory z tego wydawnictwa trwają ponad osiem minut (nie liczę jedenastominutowej, dodanej jako bonus, drugiej części słynnego "Ajudah" z pierwszego albumu Abraxas). Jednak jeżeli mianem progresji określamy poszukiwanie nowych, niebanalnych dźwięków, odpowiedź brzmi "tak". Ja właśnie w ten sposób odbieram ten album. Jako dzieło niezwykle odważne, oryginalne, pełne ciekawych pomysłów i rozwiązań, z całą pewnością progresywne.
Polska płyta roku? Choć do jego zakończenia pozostało jeszcze sporo czasu, prawdopodobnie tak. Nie mieć tego albumu to grzech.
Kamil Brzeziński
