Nic nie przychodzi do głowy...
Nie mam najmniejszych wątpliwości co do genezy słów piosenki Urke nieszczęsnych Wilków. Jestem pewien, że Robert Gawliński śpiewa w niej po prostu o sobie, czyli o nie młodym już, zblazowanym rockerze, któremu skończyły się pomysły, który nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości, który ostro zatracił pojęcie „świeżości”, a nawet „dobrego smaku”. Najgorsze jest jednak to, że w swoim zagubieniu Gawliński nie jest wcale osamotniony.Oczywiście każdy ma prawo skompromitować się według własnego uznania. Tyle, że przy tej okazji nam pozostawia niesmak, szczególnie jeśli ceniło się wcześniejsze dokonania danego artysty. Istnieje tylko niewielka grupa twórców, którzy potrafią spojrzeć na swoją twórczość z pewnej perspektywy i rozdzielać ją według różnych stylów i kategorii. W wielu przypadkach owocuje to niekiedy nawet jednoczesnym udzielaniem się w kilku odmiennych projektach. I wówczas nic się nikomu nie nudzi i nikt nie robi niczego na siłę. Trochę smutny jest fakt, że większość twórców boi się porzucić wypracowaną i znaną powszechnie markę – czyli nazwę zespołu – nawet jeśli to, co się proponuje, nie ma już nic wspólnego z tym, za co się tę markę ceni. Chociaż z drugiej strony pamiętać należy, że artysta-muzyk to również zawód, że reprezentanci tego zawodu również muszą zarabiać i z tego względu powinni trzymać się sprawdzonych rozwiązań. W tej sytuacji, gdy każda ze stron ma swoje racje, proponuję odwołać się do podstawowej kwestii, jaką jest zasadnicza relacja pomiędzy artystą a słuchaczem/niekiedy widzem/fanem. Co ma powiedzieć starszy bywalec dawnych Jarocinów, który teraz wybierze się na koncert Sztywnego Pala Azji i zobaczy w roli wokalisty kręcącego tyłkiem Idola? Albo powód, a raczej impuls, do popełnienia tego felietonu, czyli przedwczorajszy singiel Agnieszki Chylińskiej. Nie żebym był szczególnym zwolennikiem jej twórczości (być może to kwestia indywidualnych preferencji), tylko zastanawiam się dla kogo został on nagrany!? Bo przecież nie dla jej „fanek, które nazywa sukami” – jak to usłyszałem kiedyś w trakcie jednego z występów. I co mają jej wierne suki teraz z tym zrobić?
Niestety showbiznes rządzi się prawami nie mającymi nic wspólnego z szeroko pojętą uczciwością. W show biznesie liczy się skandal. I gdy taki hip-hopowiec o ksywie Peja na jednym z koncertów skutecznie namawia do pobicia „niemiłego” uczestnika koncertu, to w wyniku afery w następnym tygodniu jego ostatnia płyta trafia do czołówki OLiS (rankingu najlepiej sprzedających się płyt w Polsce)! „Przestępstwo” Chylińskiej nie ma wprawdzie uzasadnienia prawnego, lecz jego konsekwencje zapewne będą podobne – czyli doprowadzi do osiągnięcia sukcesu. Z braku pomysłu (jak u Gawlińskiego?), czy też z innych przyczyn, postanowiła ona wskoczyć do łodzi o nazwie „skandal” i owszem utrzymać się na fali, lecz kosztem trwałego wtopienia się w bezkresny ocean powszechnej tandety – a przecież, co by nie uważać na temat Chylińskiej, przyznać jej należy, że posiadała silny i niepowtarzalny charakter.
Tadeusz Bisewski

