Roger Waters Show: Welcome To The Machine!
Koncertem w Toronto 14 lipca Roger Waters, były lider Pink Floyd, zakończył swój tegoroczny podbój świata. Nie mieliśmy niestety przyjemności podziwiania Jego wielkiego widowiska w naszym kraju. Część obywateli, która jeszcze w kraju pozostała, ratowała się krótkoterminową emigracją do krajów ościennych – najczęściej do Czech, lub Niemiec. Mnie przyszło spotkać się z Rogerem we Francji, w paryskim Pałacu Sportu. Nie czytuje się zazwyczaj relacji z całej trasy z błahej przyczyny – żaden dziennikarz o zdrowych zmysłach nie objeżdża świata śledząc jednego artystę, było by to bezcelowe. Następujące po sobie koncerty są zazwyczaj do siebie bardzo podobne, lecz na tyle różne, aby nie wrzucać ich do jednego worka. Waters poszedł w innym kierunku - stworzył Maszynę. Przez Nią nie ma najmniejszego sensu udział w większej ilość koncertów, niż jeden na trasie, lecz właśnie dzięki Niej, ten jeden raz oddziałuje na widza z siłą co najmniej kilkunastu koncertów.Sprawa może wydawać się kontrowersyjna. Żyjemy przecież w świecie swobody i naturalności. Nie znosimy wszelkiej sztuczności i chcemy, aby koncerty były prawdziwe, aby słowa i zachowanie Gwiazd było szczere. Puchną nam kolana od samego patrzenia na masochistyczne skoki Marcina Zagańskiego z Kombajnu, lecz plotkujemy, że Matthew Bellamy z Muse robi to samo lądując na podwójnej warstwie wykładziny, ułożonej w odpowiednim miejscu sceny. W dodatku jesteśmy dziwnie niekonsekwentni – narzekamy, że Jarre występował w Gdańsku z pół-playbacku – przecież nie ma trzech par rąk, aby grać wszystkie dźwięki, osobiście nie widzę przeciwwskazań, aby w niektórych przypadkach ograniczył się do motywu przewodniego – a jednocześnie nikt zdaje się nie słyszeć, jak dodatkowym wokalem z taśmy posiłkuje się Nosowska, która nie ma dwóch gardeł i jak by się nie starała, nie wyrobi jednocześnie z tekstem i chórkiem. Równie łatwo wielu widzów łyka sceniczną ekspresję Roguckiego z Comy, choć to samo rzuca się w oczy, że jest on aktorem nie tylko z zawodu, lecz również w trakcie koncertów. Jakieś to wszystko dziwne. Zaś największy paradoks, którego już właściwie zdaje się nikt nie zauważać, to bis. Czy ktoś naprawdę może być na tyle naiwny, aby uwierzyć, ze wywołany ponownie na scenę zespół jest tym faktem zaskoczony i że z kosmosu, bez przygotowania, zagra publiczności utwór, które wcześniej nawet nie przećwiczył? Jeden wyraz ciśnie się na usta – konwencja. Chcemy tego lub nie, lecz występami scenicznymi rządzą podobne prawa, jak wszystkimi dziedzinami sztuki. Są pewne umowy, które znają obie strony (czasem więcej stron – licząc, obok artysty i publiczności, również organizatora, czy konferansjera), bez których koncert nie byłby koncertem, a przynajmniej wypełniłby się on pewną ilością nieporozumień. Zwyczaje oczywiście się zmieniają. W pewnym szoku jesteśmy czytając słowa Roberta Brylewskiego z wywiadu opublikowanego kilka lat temu w książce Punk Rock Later: „Do dobrego tonu należało obrzucanie się inwektywami. Widownia bluzgała na zespół, a zespół na widownię. Była też taka konwencja polegająca na pluciu na zespół. Nie lubiłem tego. Ale było bardzo wesoło. Nie było w tym agresji, tylko energia”. Więc gdy w tym roku w Jarocinie grupka punków niezadowolonych z faktu zejścia ze sceny Dezertera zaczęła sypać bluzgami i piaskiem w Pogodno, zachowała się zgodnie ze zwyczajami praktykowanymi w tym miejscu przed dwudziestoma laty – co przecież w żadnym wypadku ich nie usprawiedliwia.
Z latami idziemy coraz dalej. Obecnie wiele światowej sławy zespołów oprócz zatrudnienia specjalistów od świateł i nagłośnienia, nie zapomina znaleźć odpowiedniej osoby na stanowisko „reżysera”. Jego zadaniem jest zgranie projekcji ekranowych, świateł, dźwięku (czasem przestrzennego, jak w wypadku Rogera Watersa), oraz samych muzyków (częstokroć włącznie z ich gestami). Wielkie widowiska zawdzięczamy tym nieznanym ludziom, ukrytym w realizatorkach, gdzieś za akustykiem. Nie szukając daleko, przypomnijmy sobie występy Pink Floyd z trasy promującej płytę Division Bell – koncert wydany pod nazwą Pulse. Lecz dwadzieścia pięć lat wcześniej, prawdziwy rockowy teatr – The Wall Live – niestety niewydany nadal z wizją (jedynie audio pt. Is There Anybody Out There), lecz dla chcącego nic trudnego, a jeśli ktoś naprawdę nie ma pomysłu, w jaki sposób mógłby zdobyć nagranie z tego być może najważniejszego spektaklu w historii rocka, to pozostaje mu dokument pt. Behind The Wall, który szczerze polecam nie tylko fanom zespołu.
Różnica nie tkwi tylko w tym, którzy artyści przyznają się do takiego stanu rzeczy (czasem na wydawnictwach DVD znajdujemy bardzo interesujące dodatki w stylu Making Of), a którzy uparcie twierdzą, że wcale tak nie jest. Prawdziwa różnica pojawia się wtedy, gdy takie teatralne praktyki prowadzą do widocznych korzyści, a nie są jedynie ograniczającym swobodę ułatwieniem i zabezpieczeniem przed ewentualnymi „wpadkami”. Różnica jest dopiero wtedy, gdy scena nie ozdabia jedynie artystów, lecz sama dopowiada nowe treści!
Pozwólcie, że właśnie w tym miejscu zaprezentuje wam fragment koncertu Rogera Watersa, będzie to utwór Vera, lecz nie w tej wersji słyszalnej dla publiczności, a dokładnie w takiej, jaką słyszy ją Roger. Nagranie to pochodzi z 18 marca tego roku i zostało zarejestrowane z odsłuchów w trakcie występu w Buenos Aires – oczywiście nikt nie ma pojęcia w jaki sposób zostało upublicznione.
Mały szok? Ja również byłem zawiedziony. Nie spodziewałem się, że może to brzmieć aż tak drastycznie (aby wszystko było jasne, na koncercie nikt nie zdaje sobie sprawy z metronomu oraz odliczającego takty głosu, który nie zapomina nawet podpowiedzieć Rogerowi „After five: Vera”). Po pierwszym odsłuchaniu tego nagrania odruchowo powróciłem do pozycji siedzącego w dziesiątym rzędzie, kilkanaście metrów od sceny, człowieczka przygniecionego efektownością i wielkością widowiska – to pozycja bez wątpienia przyjemniejsza!
Otóż pytanie zasadnicze: cóż takiego Waters osiągnął? Odpowiedź jest banalna: idealną synchronizację! Przyjrzyjmy się wpierw Rogerowi, aby zrozumieć dlaczego jest to takie ważne. Tego artystę trudno nazwać muzykiem, bo sensu stricto takim nie jest. Nie jest takim muzykiem, jakim bez wątpienia jest genialny gitarzysta i kolega z byłego zespołu David Gilmour. Basista z Rogera marny, o wokalu nie wspominam. Lecz ten człowiek robi coś innego – on myśli. Tworzy w swej zdziwaczałej główce dźwięki, obrazy i słowa (ciekawe, że po odejściu Rogera z Floydów, tekstami zajęła się żona Dave’a, a nie on sam). Następnie zgrywa te trzy sztuki w całość. Czym była by Ciemna Strona Księżyca bez pryzmatu, The Wall bez faktycznego muru, a Animals bez latającej świni? W Pink Floyd od zawsze chodziło o coś więcej, niż o samą muzykę. Nie twierdzę oczywiście, że pozostali członkowie zespołu nie współtworzyli tej całej pozamuzycznej otoczki (częstokroć robili to ludzie nawet spoza zespołu, tacy jak Storm Thorgerson), lecz właśnie Roger był motorem takiego kierunku działania, czego dowodem mogą być projekty i koncerty solowe tych artystów.
To, co widzieliśmy w tym roku na koncertach Rogera Watersa, przeszło najśmielsze oczekiwania. Koncert rozpoczął się na kilkadziesiąt minut przed wejściem artystów. Na stanowiącym plecy sceny wielkim ekranie ujrzeliśmy przedwojenne radio, butelkę whisky, pustą szklankę i popielniczkę. Tajemnicza ręka przełączająca kanały radiowe ustawiała odbiornik na stare przeboje, usłyszeliśmy m.in. Verę Lynn i jej We’ll Meet Again. Ten obraz powracał wielokrotnie w trakcie koncertu – to gość napił się przygotowanego trunku, to zapalił papierosa, lub niczym na płycie wyłączył przydługą solówkę do Have A Cigar, ustawiając odbiornik na Wish You Were Here. Zagadkowego jegomościa ujrzeliśmy dopiero w finale, gdy kamera rozciągając kadr odsłoniła człowieka, który jak Pinky w The Wall siedział w starym fotelu, bez ruchu, przy dźwiękach Comfortable Numb. Wcześniej, w trakcie Shine On You Crazy Diamond wielki diodowy ekran pozwolił Rogerowi złożyć hołd dla Syda Barreta, zaś Fletcher Memorial Home uaktualnić o kilka nowych postaci, nie wymienionych w tekście z 1983 roku, takich jak George Bush, czy też Osama Bin Laden. Atak łodzi podwodnej na platformę wiertniczą w Perfect Sense zakończony został prawdziwą eksplozją z żywego ognia, którego ciepło dało się wyczuć nawet w dziesiątym rzędzie. Z kolei w trakcie Sheep zawitał nad publicznością sterowiec w postaci latającej świni, a finał Ciemnej Strony Księżyca ozdobił prawdziwy rozszczepiający światło ponad głowami widzów pryzmat. To tylko przykłady tego co można zrobić na koncercie rockowym, aby go urozmaicić, jednocześnie nie ograniczając się do nic nie znaczących i przypadkowych fajerwerków. Do tego kwadrofoniczny dźwięk pozwalający słyszeć różne dźwięki z różnych części sali – szczególnie efektowne zegary we wstępie do Time oraz odgłosy z utworu Money. Koncert Rogera Watersa to po prostu trzy godziny przemyślanego i dopracowanego do najmniejszego szczegółu widowiska, które bardzo mocno zapisuje się w pamięci widzów.
Można oczywiście narzekać. Na kondycję Watersa – zwłaszcza wokalną. Na setlistę – po tylu udanych solowych projektach Roger nadal decyduje się na repertuar floydowy, co oczywiście fanom nie przeszkadza (ostatni raz całą suitę The Dark Side Of The Moon odegrało Pink Floyd na koncertach Pulse ponad dziesięć lat temu), lecz bywa strasznie naciągane, np. Shine On You Crazy Diamond, przy którym nie wyrabia ani on sam, ani tym bardziej jego muzycy (szczególnie gitarzystom brakuje tego wyczucia, którym Gilmour zrobił z tego utworu arcydzieło). Jednak nawet te niedociągnięcia nadrabiane są momentami, które tylko ten zgorzkniały starzec jest w stanie zagrać tak ujmująco – mowa o przepełnionych goryczą utworach z The Final Cut, czy The Wall (Vera, Bring The Boys Back Home) – to elektryzujące uczucie przebiegających po plecach dreszczy i łzy, które pod wpływem przesiąkniętego emocjami powietrza same cisną się do oczu. To zaskoczenie, gdy silne światło reflektora znad sceny w trakcie In The Flesh wskazuje właśnie Ciebie, a Roger krzyczy, że "najchętniej ustawiłby Cię pod murem". No i popisy indywidualne, czyli wokal PP Arnold i cowboyskie solówki Andiego Fairweather-Low w Leaving Beirut.
Panie i Panowie – jakkolwiek by nie patrzeć na sztuczność grania koncertu pod dyktando reżysera, to w tym wypadku (jak w żadnym innym!), jest to po prostu kawał dobrej Sztuki!
Tadeusz Bisewski

