Weekend z Floydami, czyli Ca Ira Watersa i Gilmour dla Solidarności
Nie lubię polskich dziennikarzy. Wydaje im się, że mają prawo oceniać rzeczy, o których nie mają pojęcia i porównywać to, co jest nieporównywalne. Tak też dzień po koncercie Davida Gilmoura na serwisie Onet.pl znalazłem nagłówek: „Gilmour – Waters 1:0”. Bzdura, panowie, niesamowita bzdura!Owszem, nie da się nie łączyć tych wydarzeń – dwóch liderów Pink Floyd, dzień po dniu w jednym kraju. Tylko, że wszyscy z niewiadomych powodów zapomnieli o sprawie podstawowej, a mianowicie: David nie prezentował opery, a Waters nie grał koncertu! Skąd wiec porównania, konkurencja, a nawet swoiste rankingi? Nie mam zielonego (ani nawet różowego) pojęcia.
Źródła skomplikowanych dziennikarskich rozmyślań można by było jeszcze jakoś wytłumaczyć metodą „skojarzeń” i usiłowaniem podsycenia jakiejś niepoprawnej, choć efektownej rywalizacji. Niech tak zostanie, ale jeszcze zaznaczę, że nie wszystkie idiotyzmy zostały wymyślone przez kolejne redakcje. Niektórym winni są sami organizatorzy, co z kolej należy wytłumaczyć chęcią zwiększenia sprzedaży biletów, ale to trochę nieuczciwe. Szkoda również, że media łykały każdą wymyśloną przez nich głupotę. W tym miejscu chciałbym oficjalnie zaprzeczyć doniesieniom, twierdzącym że: scena Davida Gilmoura była największą, jaką do tej pory zbudowano w Polsce – poprawka: nawet scena corocznego Przystanku Woodstock jest większa, nie wspominając dla przykładu olbrzyma jakiego przywiozła ze sobą Metallica w 2004 r. Również na wszelki wypadek zaprzeczam, że Guy Pratt, Jon Carin oraz Dick Parry są muzykami Pink Floyd – owszem są, ale sesyjnymi! Tymczasem przez pomyłkę (zapewne świadomą) w materiałach prasowych organizatora, większość mediów potraktowało ich na równi z Rickiem Wrightem, który również występuje w zespole Dave’a. Również zaprzeczam, że podczas prapremiery opery Ca Ira „pewne elementy scenografii były malowane światłem na wysokość 3 km” oraz że „efektu dopełnił pokaz elementów pirotechnicznych wplecionych w akcję” – chociaż, w sumie było kilka wystrzałów udających broń palną. Czy to wszystko oznacza, że było „słabo”? Absolutnie nie! Ale w jakim celu obiecywać rzeczy niestworzone, gdy ktoś zwyczajnie chciałby pójść na dobrą operę w plenerze lub koncert genialnego muzyka?
Całe szczęście, że telewizja transmitowała premierę opery Watersa i większość zainteresowanych, którzy nie mogli przyjechać do Poznania, oglądało widowisko na małym ekranie. W innym wypadku miałbym ogromny problem, aby to wszystko opisać. Przedsięwzięcie było ogromne, siedemdziesięcioosobowa orkiestra, trzy chóry (w tym jeden dziecięcy), kilkunastu solistów i ponad setka aktorów, a nad wszystkim wznosił się wielki budowlany dźwig, co raz urozmaicając scenę o kolejne monumentalne elementy. Nie wspominam nawet o koniach i pojazdach poruszających się po dziwacznej scenie o kształcie ósemki, albo o wykorzystaniu niestandardowych rozwiązań w postaci płonącej scenografii, lub sztucznego deszczu. Przedstawienie w wersji Janusza Józefowicza połączyło w sobie monumentalność z kunsztowną grą aktorską i porywającą choreografią – o ile udało się to połączyć twórcom, tak odbiorca miał z tym niemały problem. Nie sposób było widowni docenić kunsztu aktorskiego, będąc przygniecionym wielkością przedsięwzięcia, a z kolei widzowie TV nie byli świadomi ogromu i rozplanowania przestrzennego widowiska. Dla przykładu: trwogę wśród siedzących pod sceną VIPów zasiała ogromna gilotyna, którą dźwig zdejmując ze sceny przeprowadził nad przerażoną publicznością. Teatralnych sztuczek nie było końca, a co bardziej pomysłowe rozwiązania wstrząsały zgromadzonymi, jak np. rozrywany za sceną ogromny krzyż z postacią Chrystusa we fragmencie opowiadającym o niechęci ówczesnego papieża względem francuskich rewolucjonistów. Mocnych fragmentów było więcej, ale taka też była historia, jak i treść libretta, którego podstawę stworzył nieżyjący już kompozytor Etienne Roda-Gil, a dzieło dokończył sam Roger Waters (co zajęło mu około piętnastu lat). Z ciekawostek: przed widowiskiem publiczność obejrzała film opowiadający o procesie tworzenia opery i Roger przyznał tam, że używał m.in. starego komputera firmy Atari.
A może jesteśmy świadkami rywalizacji miast? W wersji scenicznej opery wprowadzono nawiązania do Poznania’56, jak i całe widowisko wystawione zostało w ramach obchodów sześćdziesięciolecia tamtych wydarzeń. Z kolei David Gilmour zagrał koncert w dniu 26-ej rocznicy podpisania porozumień sierpniowych. Zważając na to, że początkowo premierę Ca Iry planowano na 7 lipca, taki pomysł jest mało prawdopodobny, a osobiście uważam, że Poznań’56 do września’80 można porównywać tak samo, jak Ca Irę do On An Island – czyli nie można, a przynajmniej nie powinno się!
Czyli co – Wojna Floydów? Trudno coś na to poradzić, że takie opinie wciąż powstają, po wielu latach jawnej rywalizacji i sporów (również sądowych), lecz po występie na Live8 oraz wypowiedziach w ostatnich wywiadach można sądzić, że może Panowie nie planują wspólnej przyszłości, ale też obydwoje pogodzili się z faktem, że po tylu latach wspólnego tworzenia pod szyldem „Pink Floyd”, ich drogi do końca życia będą się co jakiś czas przecinać i że nie ma już najmniejszego sensu wzajemnie sobie przeszkadzać. Wiemy również, że na opóźnienie premiery Ca Iry nalegał przede wszystkim Józefowicz. Inna sprawa, że David na konferencji poprzedzającej swój występ nie życzył sobie pytań o możliwość zaproszenia Rogera na gdański koncert (chociaż i tak takowe niefortunnie padło). Z drugiej strony, czy trzeba się temu dziwić? Wszyscy uwierzyli, że ten występ będzie naprawdę wyjątkowy – był taki, bo zagrano z wyjątkowej okazji, ale zaproszenie Watersa oznaczałoby kolejną reaktywację zespołu, a to bardziej skomplikowane, aby zostało wymuszone „okazją” – Abramowicz to nie Geldof. Więc zasypywano Dave’a bezmyślnymi pytaniami, a do obiegu publicznego dostały się wyssane z palca domysły.
Na koncercie w Gdańsku nie zobaczyliśmy żadnych gości, oprócz tych „zaplanowanych”, czyli Leszka Możdzera i Zbigniewa Preisnera wraz z 38-osobową Orkiestrą Filharmonii Bałtyckiej. Obu Polaków spodziewano się podczas pierwszej części koncertu, w której zagrano przede wszystkim utwory z ostatniej solowej płyty Davida (On An Island). Mają bowiem swój znaczący udział na tym krążku. Preisner przygotował również niespodziankę aranżując partie orkiestrowe do znanych przebojów Pink Floyd, takich jak: High Hopes, Comfortably Numb. Nie były to jedyne utwory supergrupy, które zabrzmiały tego wieczoru. Szczególne wrażenie robiły aranżacje starszych dzieł, takich jak porywające Astronomy Domine oraz Echoes. Te stare charakterystyczne dźwięki, gitarowe improwizacje i muzyczne dialogi pomiędzy Davem a Rickiem. Miało się wrażenie, że to nie koncert Gilmoura, tylko takie Małe Pink Floyd. Oczywiście David nie dał publiczności zapomnieć, że to jest Jego występ. Zmieniał brzmienie, aranżacje, np. pierwszą zwrotkę Shine On zaśpiewał wyłącznie przy akompaniamencie swojego elektryka, a wcześniej jego ekipa wykorzystała odgłosy poruszanych kieliszków wypełnionych winem, bowiem dokładnie w taki sposób uzyskano dźwięki zapisane w wersji studyjnej utworu – w Gdańsku odtworzono je na scenie.
Mówiono, że będzie to wielkie show i owszem było, lecz ekipa Marca Brickmana (odpowiedzialna za światła Flydów od trasy The Wall) ograniczyła się wyłącznie do oświetlenia sceny. Więc jeśli ktoś spodziewał się fajerwerków na miarę zeszłorocznego występu Jeana Michela Jarre’a, to się przeliczył, ale nie o to przecież chodzi. To był przede wszystkim przepiękny rockowy koncert być może najgenialniejszego gitarzysty w historii muzyki, przy okazji tylko idealnie ozdobiony bajecznymi światłami i laserami. To była gitara i głos, który podziwiamy od dziesiątek lat, a nigdy przedtem nie mieliśmy okazji usłyszeć go na żywo w naszym kraju i kto wie, czy kiedykolwiek jeszcze go usłyszymy.
Niedosyt. Wracając z koncertu było się zmęczonym nie tylko kilkugodzinnym staniem pod sceną, ale przede wszystkim wyczerpanie było spowodowane wielkimi muzycznymi emocjami, których doświadczył każdy widz gdańskiego występu. Mimo zmęczenia, chciałoby się, aby ten koncert trwał wiecznie. Niestety w okolicy północy nastąpiło to, co nastąpić musiało. David Gilmour pożegnał się z nami utworem Comfortable Numb i jego popisową solówką. Wcześniej wspomniał o wydarzeniach sprzed 26 lat i z tej okazji zagrał A Great Day For Freedom. Niestety ten utwór był jedyną niespodzianką w porównaniu z setlistą ostatnich koncertów tegorocznej trasy.
To był jeden z najbardziej emocjonujących weekendów w moim życiu i tym bardziej nie podobało mi się to, co zrobiły z nim media. Zamiast cieszyć się, że takie wydarzenia dzieją się właśnie u nas i że możemy bez większych problemów w nich uczestniczyć, to doszukujemy się teorii spiskowych i porównujemy obie imprezy tak, jak by to miało jakikolwiek sens.
Tadeusz Bisewski
