California Stories Uncovered

Właściwie to nie ma co się rozpisywać: dobry, klasyczny post-rock w polskim (wyśmienitym!) wykonaniu. Długie, melodyjne, niezwykle przestrzenne kompozycje, wypełnione chmarą uskrzydlająco brzęczących dźwięków, zmierzających do paraliżującego zgiełku. Utwory patetyczne, lecz jednocześnie kojące. Melodie trochę z innej galaktyki.

California Stories Uncovered narodziło się w Tczewie, jak twierdzą, na przełomie 2004/2005 roku. Zespół założyło czterech znajomych: Mikołaj Motylski (gitara), Mateusz Szymański (gitara), Jakub Litwiński (bas) i Eugeniusz Suchowarów (perkusja). Po pewnym czasie dołączył do nich trzeci gitarzysta, Paweł Plotta. Twierdzą, że zawsze kierowali się emocjami i podświadomością, zamiast wirtuozerii i pędu do ujarzmienia instrumentów. Nie mieli nigdy muzycznych idoli, cenionych ponad wszystko – chociaż przyznają się do sympatii względem wykonawców, do których zwykło się już CSU porównywać, czyli Mogwai, Mono i Explosions In The Sky.

Przy okazji koncertu w gdańskim klubie Żak, 26 stycznia tego roku, udało mi się zadać członkom zespołu kilka pytań.


Dlaczego California?

Paweł: Było to bardzo dawno temu, jak byliśmy jeszcze zupełnie młodymi ludźmi, wzrostu takiego jak ten stół (a stół był dosyć mały – przyp. td). Były wakacje, lato, słoneczko świeciło, jakieś używki się pojawiały i tak bawiąc się, przenosiliśmy się w taka wyimaginowaną Kalifornię. To była taka idylla, w której zawsze jest lato, zawsze zabawa. I gdy raz wpisałem w google "California”, wyskoczyła okładka jakiejś książki, której tytuł brzmiał California Stories Uncovered – ładnie brzmiące hasło, które chłopaki zdecydowali się podać w opisie zespołu na przeglądzie w Pelplinie w 2005 roku. Ja jeszcze nie należałem do zespołu, ale miałem już swój wkład w postaci nazwy.

Od jakich inspiracji muzycznych, jakimi drogami doszliście do tego, co teraz gracie?

Mateusz: Od wczesnego dzieciństwa interesowaliśmy się muzą, każdy inną, ale w reguły „gitarową”. Nie chcę podawać żadnych nazw, bo to generalnie szybko się działo. Tych zespołów było mnóstwo, ale pamiętam taki moment, gdy granie instrumentalne, ze ścianą dźwięku, zaczęło nam najbardziej odpowiadać. Zgrało się to z etapem naszego dojrzewania, wyjścia z tej Kalifornii, z tej dziecinady i zabawy.

Paweł: Postanowiliśmy słuchać muzyki takich wykonawców, którzy nie grają dla sławy i podobnych rzeczy. To kwestia realizacji siebie i przeżywania jakiegoś katharsis w trakcie grania i tworzenia. To również nie były inspiracje pod względem brzmieniowym, czy strukturalnym, tylko przede wszystkim pod względem tego, jak ci twórcy podchodzą do tego, co robią.

Jakie podejście najbardziej Wam odpowiada? Zachowanie dystansu, czy raczej bezgraniczne oddanie się tworzeniu...


Paweł: Stanowczo  to drugie. Tworzenie, granie musi być szczere. Nie może to być przybieranie jakichś póz. Nie traktujemy tego jako pracy, no chyba, że w odpowiedniej kolejności. Granie może dopiero stać się pracą – a nie, że z braku pracy chwytam za gitarę i tworzę zespół.

Gdy zobaczyłem Wasza EP-kę, zastanowiła mnie ta staranność wydawnicza, efektowna okładka...

Mateusz: Dużą rolę przykładamy do estetyki. Jednocześnie wydaje nam się, że jak już coś robimy, to musimy dopiąć to na ostatni guzik. Czy to jest pierwsza płyta, czy zbiór greatest hits, to warto się przyłożyć do tego, co się oddaje ludziom.

Paweł: To jest nasze, wiec ciężko by było, żeby ktoś decydował, jak ma wyglądać opakowanie. Jeżeli to jest sygnowane nazwą zespołu, to musimy zająć się wszystkim, nawet designem. Tym bardziej jeśli nie jest to specjalnie trudne, czy super drogie.

Mateusz: Zwłaszcza że wiemy czego chcemy. Przyłożyliśmy się do tego. Była akcja z zebraniem dużej ilości ludzi i taka reżyserska zabawa. Na tej okładce jest dużo ludzi, którzy biegną. Miło to wspominamy, ale teraz planujemy zrobić cos nowego i tamto traktujemy już jako przeszłość.

No właśnie, to była EP-ka, a teraz już myślicie o Longplay’u.

Mateusz: Kończymy koncertowanie z tym materiałem, został jeszcze jeden koncert z obecnym aranżem i planujemy zamknąć się w studiu na luty, marzec i kwiecień.  Nabraliśmy znacznego doświadczenia poprzez granie i kontakt z ludźmi, również w sprawach technicznych i mamy nadzieje, że zaowocuje to w pracy w studiu.

Czy do studia zaprosicie wokalistę?


Mikołaj: Ewentualnie, żeby mógł posłuchać.

Paweł: Zdecydowanie nie, zostaniemy przy tym, co gramy. Kiedyś była taka próba, ale została ona wymuszona graniem koncertu w Trójce.

Mikołaj: Tyle, że chodziło jedynie o wykorzystanie wokalu w celu urozmaicenia dźwięku. Nikt nie miał śpiewać żadnego tekstu. Niemniej mile wspominamy współpracę z Asią Karzyńską i pozdrawiamy ją z tego miejsca serdecznie.

Czy brak wokalu oznacza dla Was brak treści? Czy opowiadacie historie muzyką, czy też jest ona wyłącznie „materią” oddaną do dyspozycji słuchacza?

Paweł: To że nie ma wokalu, nie znaczy, że jest mało treści. My tylko pozostawiamy więcej wolności dla odbiorcy. On może to odbierać na swój sposób, bo każdy z nas interpretuje wszystko na swój sposób. Nawet gdy są słowa, to i tak każdy rozumie je inaczej. Myślę, że nie będziemy ich wprowadzać.

Ale zaczęliście nadawać utworom tytuły.


Mateusz: Co wydaje mi się dowodem na to, że to właściwie już wystarcza. Jest to również świadectwo, że utwór nie jest przypadkowym zbiorem dźwięków i melodii, że nie ma on charakteru improwizacji, jest strukturą bardziej zamkniętą, wiemy jak utwór brzmi, jaki się zaczyna i kończy.

Powiedzcie co myślicie, gdy porównuje się Was do Mogwai, czy Explosion In The Sky?


Paweł: Są to sztandarowe zespoły w gatunku post-rocka, no i co tu ukrywać, słuchaliśmy takich zespołów. Inna sprawa, że to nie jest żaden wstyd – wręcz przeciwnie, jesteśmy z tego dumni, że kojarzy się nas z takimi zespołami. Inna sprawa, że obojętnie, czego byśmy nie zrobili, obojętnie czego nie zrobiłby jakikolwiek artysta, to i tak zostanie do kogoś porównany.

A co gdy porównania dotyczą na przykład polskich 3moonboysów?

Mateusz: Wydaje mi się, ze zawsze tak jest, ze porównuje się i do tych wielkich i do zespołów krajowych, a człowiek, który dokonuje takiego porównania ma do tego prawo. Ktoś tak skojarzy, rzuci to w eter i tak będzie to już krążyło, trudno...

Czy uważanie ze rozpoczęcie kariery w mieście wielkości Tczewa jest trudniejsze?


Mateusz: Jest maksymalnie trudne. Wprawdzie są miasta, które pomagają młodym zespołom. Udostępniają sale do prób, zapraszają na przeglądy. Od naszego miasta nie uzyskaliśmy pomocy w żadnym stopniu. Trzeba być również zdeterminowanym. Jesteśmy zwartą strukturą przyjacielską. Bo jeżeli się tworzy zespół z castingu, lub z ogłoszenia „szukam gitarzysty”, to wszystko przebiega inaczej, przede wszystkim sprawy logistyczne, czyli spotkania, próby, koncerty. Jeżeli zespół tworzy zgrana ekipa, to może się to udać obojętnie w jakim mieście, moglibyśmy nawet mieszkać w Czersku, czy Mławie. Z kolei ludzie z większych miast często zazdroszczą nam tego, że jesteśmy tak blisko ze sobą, jako przyjaciele. Zazdroszczą tego, że wychowaliśmy się w takim małym mieście i że się tak dobrze znamy i dogadujemy, że zależy nam na graniu muzyki.  To wszystko dlatego, że jesteśmy naturalnym produktem środowiska w którym się wychowaliśmy.

Co było dla was dotychczas największą nobilitacją?

Mateusz: Zdecydowanie koncert w Trójce, który był dla nas niezłym kopem w dupę. Ręce się nam trzęsły przed tym koncertem w Osieckiej. Mówili nam, że słucha nas 800 tysięcy ludzi. Jak to sobie wyobraziłem to...

Mikołaj: Wspaniałe przeżycie, coś pięknego, i to ze Radio nas doceniło.

A co było najtrudniejsze dla Was dotychczas?

Paweł: Połączenie grania z takimi codziennymi obowiązkami, jak szkoła czy praca. Musimy spełniać wiele ról społecznych: ucznia, syna, chłopaka, ojca - chociaż tego może jeszcze nie…  [śmiech]. Ale nie tylko muzyką się żyje. To nie jest łatwe.

Mateusz: My jeszcze studiujemy i przez to bardzo ciężko jest się umówić na próbę. Szczególnie, że jest nas wielu w zespole. To nie jest trio. Również, gdy jedziemy na koncert, to zorganizować musimy dwa samochody, a nie jeden. To niby nic, ale sześć osób i tyle sprzętu, to jest naprawdę duży wysiłek organizacyjny.

Ok, dzięki za rozmowę.

CSU: Dzięki, dzięki…

Tadeusz Bisewski

| More


[ Wróć ]