Rootwater
Twierdzą, że nigdy nie mieli ambicji wyważania drzwi ani ustanawiania nowych trendów - zamiast tego skupili się po prostu na graniu muzyki. Udało im się nagrać album świeży i (jak na krajowe warunki) nowatorski. Płytą „Under” tchnęli trochę życia w skostniałą polską scenę metalową. Udowodnili wszystkim też coś jeszcze - że można wydać płytę za mniej niż 20 zł.
Rootwater powstał trzy lata temu, na początku 2002 roku. Założony został przez Sebastiana (gitara), Yoncy (gitara) i Pabla (perkusja). Wkrótce do składu dołączył wokalista Taff. Wszyscy muzycy mieli już znaczące doświadczenie. Taff znany był z występów w Geisha Goner. Sebastian przez dwanaście lat był muzykiem Sparagmosa. Pablo występował w Neolithicu. A Yonca? W oficjalnej biografii zespołu można przeczytać: "sławy nie zaznał, za to grał ze wszystkimi w tym kraju". Już po pół roku wspólnych prób, powstało pierwsze demo. W lipcu 2002 roku nagrany został (na 100% i jeszcze bez gitary basowej) rehearsal Rootwater. Miesiąc później do formacji dołączył Przemo, który objął posadę basisty. Skład zespołu ostatecznie się ustabilizował.Rozpoczęły się kolejne próby i etap dopracowywania materiału. Zespół wszedł do studia Kokszoman & Złota Skała na początku października 2002 roku. Rozpoczęły się prace nad debiutanckim albumem, na który przyjdzie jednak trochę poczekać. Album został zapowiedziany przez niezależnie wydany maxi-singiel „Hava Nagila”. W tym czasie Rootwater rozpoczął działalność koncertową. Odbył wspólne występy m.in. z Dezerterem, Neumą, Orbitą Wiru, Indukti, Moją Adrenaliną, So I Scream oraz Motorbreath i wszędzie spotykał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony publiczności. Brakowało tylko kontraktu.
Przełomowy okazał się rok 2004. Nie zaczął się najlepiej - w zespole zaszły zmiany personalne (odeszli Yonca i Pablo, a na ich miejsce zwerbowano Michała „Mike” Truonga oraz Artura Rowińskiego, byłego muzyka formacji Bian i Licorea). Całe zamieszanie spowodowało kilkumiesięczną przerwę w działalności. Nowi muzycy wnieśli jednak dawkę świeżej energii. Wreszcie nastąpiło długo oczekiwane podpisanie kontraktu. Wydawcą została firma Fonografika.
Debiutancki album „Under” ukazał się 28 sierpnia 2004 r. Został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność oraz dziennikarzy. Nic w tym dziwnego - to kawał naprawdę bardzo dobrej muzy. Thrashowy ciężar, punkową dynamika, hardcore'ową agresja, a wszystko okraszone świetnym wokalem Taffa, który w jednej chwili potrafi ryknąć niczym sam diabeł, a chwilę później zaśpiewać melodyjny, wpadający w ucho refren. Doszło oczywiście do kolejnych koncertów. Wiosną 2005 r. przez nasz kraj przetoczył się festiwal Hellride Tour, na którym jedną z gwiazd był właśnie Rootwater. Przed koncertem w Gdyńskim klubie „uCho” z Taffem, wokalistą grupy słowo zamienił Tadeusz Bisewski. Poniżej efekt tej rozmowy.
[rozmowa z czerwca 2005 r.]
Root-water, czyli korzeń i woda. W jaki sposób te dwa słowa Was określają?
Taff: To jest podstawa, fundament. Coś co jest przyczynkiem czegoś. Bardzo infantylnie to brzmi, ale to w zasadzie o to chodzi. Gramy od lat, w różnych składach, z różnymi ludźmi. Cofnęliśmy się w swojej działalności do sedna, do korzeni, do tej pierwotnej wody, do riffu, do podstawy rytmu, do tego co nas tak naprawdę kręci. Odrzuciliśmy wszystkie rzeczy „cool”, „trendy”. Zostawiliśmy tylko to co sprawiają, że chce nam się grać, chce nam się tupać i machać łbami!
Mówicie, że nie macie ambicji wyważania drzwi, ani ustanawiania nowych trendów...
Taff: Tak, bo drzwi zostały już wyważone. Przynajmniej w tej niszy, a jeżeli ktoś wywali teraz drzwi, to będzie geniuszem. My geniuszami nie jesteśmy! Jesteśmy zwykłymi grajkami.
Jakimi drogami, od jakich inspiracji doszliście do tego co gracie?
Taff: Normalnie. Zaczynając grać jesteś w jakiejś subkulturze. Zawsze. Czy w hip-hopie, czy w nu-metalu. My byliśmy w punku, potem przyszedł metal. Masz 16 lat, zmieniają Ci się gusta. Potem na siłę próbujesz być ‘cool’. Chcesz grać grunge, nie wychodzi Ci, bo to nie jest Twoja muza. Zaczynasz się męczyć. Myślisz, a może połączymy to z tym, tamto z tamtym dodamy funky. I tak się mordujesz. W końcu chrzanisz to wszystko i zaczynasz się zastanawiać o co Ci chodzi. Po pierwsze, czy chcesz grać? Równie dobrze mógłbyś zbierać grzyby, albo grać w ping-ponga. Dochodzisz do wniosku, że jeżeli chcesz grać, to musi Ci to sprawiać radość, tylko o to chodzi. Gramy dla radości naszej i tych ludzi, którzy zechcą to słuchać To jest inspiracja. Inspiracją jest otrzymanie maksymalnej dawki radości. Takiej jaką można zebrać z przestrzeni, od Boga, jakkolwiek to nazwać.
Świeżość wyczuwalną na Waszej płycie zawdzięczacie w dużej mierze studyjnemu brzmieniu. Jak osiągnęliście takie efekty?
Taff: Moja subiektywna ocena jest taka: brzmienie jest totalnie spierdolone, kompletnie nam się nie udało, a ta świeżość to rzecz zaskakująca. Ludzie mówią, że to świeży powiew, a dla nas to są rzeczy wtórne. Gdy pierwszy raz usłyszałem pomysły kolegów to powiedziałem, że słyszałem to w latach osiemdziesiątych. Lecz podoba mi się, właśnie dlatego, że to słyszałem. Zaczęliśmy wspólnie grać te rzeczy. Może dlatego robi to wrażenie świeżości, bo sprawia nam radość, to jest radość po prostu, nic więcej. Studio zaś cóż, obecny tutaj Marek Bereszczyński, który dzisiaj będzie nas nagłaśniał, dokonywał cudów, Wszystko co mogliśmy zepsuć z własnej strony, jako muzycy, to zepsuliśmy. Marek starał się to tylko ratować, no i w dużej części uratował.
Na płycie utwór trzeci, „Hava Nagila”, chyba najbardziej błyskotliwy, jest również interesujący pod względem merytorycznym. Czy mógłbyś nam przybliżyć jego przekaz?
Taff: Pierwowzorem była hebrajska pieśń o radości, o chwaleniu tego, że świat jest piękny. Była ona na tyle przewrotna, ze powstała pod koniec XIX w. kiedy duża część społeczności różnych krajów była zamykana w gettach. W XIX-wiecznej Austrii i w Hiszpanii od średniowiecza te getta już istniały. Ludzie, którzy tam mieszkali, byli gnębieni podatkami, nie mieli prawa wychodzenia, byli bici, tępieni, gwałceni, okradani. Oni w XIX wieku stworzyli taką pieśń, że w takiej swojej ponurej sytuacji byli w stanie wyjść, popatrzeć w górę i powiedzieć: niebo jest niebieskie, jest pięknie, jest słońce, ptaki śpiewają, Bóg istnieje, Bóg nam to dał, Bóg jest wielki, cieszmy się, jest cudownie. To jest po prostu niesamowite. Jest to wielka lekcja dla nas, lecz chyba nie wykorzystana, bo jak spojrzysz dookoła, charakterem dzisiejszych czasów, a być może tylko młodych Polaków jest to, że narzekamy. Jesteśmy narodem strasznie narzekającym. Tak naprawdę mamy wszystko... Mieliśmy ochotę przyjechać sobie do Gdyni, zagrać dla kogoś i tak zrobiliśmy. Mam ochotę wyjechać na wakacje to wsiadam w samochód, bo go mam. Ale co robimy? Spotykamy się przy browcu i tak: chujnia stary, szef mnie wyjebał, jest źle, podatki wysokie, rząd do dupy, ten prezydent, kurwa jak się spasł. Narzekamy: żona mi dzianga, dlatego uciekam do pubu, nie mogę się piwa napić w domu, rozumiesz? Cały czas narzekamy, a mamy wszystko. Pół mojej rodziny zginęło w powstaniu warszawskim i mieli od 16 do 21 lat. Zginęli m.in. po to, żebym mógł żyć, żebym nie musiał ginąć, żebym nie musiał walczyć tak jak oni, żebym miał młodość, umiał się bawić, żebym mógł się bawić. Nie narzekać! Nauczmy się doceniać to co mamy. Jeżeli przez sekundę czujesz się szczęśliwy, to znaczy, że Twoje życie jest zajebiste. Wiadomo, problemy są. Problemy zawsze były, będą, są wpisane w nasze życie, ale jeżeli tylko umiesz docenić tą sekundę szczęścia to jest bardzo dobrze. To jest taka piosenka.
A czym jest właściwie to zaskakujące zakończenie? Bonusowy motyw na końcu ostatniej ścieżki.
Taff: To był objaw przemęczenia. Trwały miksy i już byliśmy tak zdołowani tą płytą, która nam się kompletnie nie udała, że myśleliśmy: ale żeśmy syf nagrali, a to mogła być fajna płyta. No i zaczęliśmy robić różne głupoty, dodawać efekty, dogrywać po sześćdziesiąt ścieżek wokali. Z każdą godziną nagrywania, miksu, było coraz gorzej. Więcej efektów, więcej przestrzeni, to się wszystko rozmywało, byliśmy coraz bardziej załamani. W pewnym momencie dostałem szału. Zacząłem ryczeć, kwiczeń. Marek to nagrał. Ja się wkurzyłem, rzuciłem mikrofonem, wyszedłem. Żeśmy się pokłócili. Gdy wróciłem Marek powiedział: stary patrz! fajne! Strasznie się uśmialiśmy. Jest to ślad, po tych emocjach, które tam buzowały, zostawiliśmy to z premedytacją.
Udało się Wam sprzedać tą płytę po bardzo niskiej cenie...
Taff: Generalnie było to przedsięwzięcie non-profit. Poszliśmy do sklepu sprawdzić ile kosztują polskie płyty. Zobaczyłem, że kapela, która gra ze mną w kanciapie, wydaje płytę za 40 zł, czy za 55 zł. i się dziwi, ze ta płyta się nie sprzedaje. Ja bym jej nie kupił. Zastanowiłem się, ile jestem w stanie sam wydać na taką płytą. Polski debiut. 20 złotych wydawało mi się kwotą absolutnie wygórowaną. Na dzisiejsze zarobki, gdy w niektórych miejscach mamy bezrobocie 30%, czy nawet 45%, gdzie ludzie na głowę w rodzinie mają po 100 zł. miesięcznie, to wydanie 40 złotych jest niemożliwością. Nie pójdzie taki gnój do mamy i nie powie: mamo daj mi 4 czy 5 dych, bo wyszła nowa płyta kapeli X. Mama mu nie da, bo będzie miała do wyboru płytę, albo przeżycie tygodnia. Nam zależy, aby było to jak najbardziej dostępne. Graliśmy trasę na jesieni po małych miasteczkach. Wejście na koncert za 10 złotych było problemem. Trzech chłopaków składało się na dwóch, aby mogli wejść. Paranoja. Wpuszczaliśmy ich za darmo.
W Polsce udało się Wam zdobyć popularność, a czy próbujecie się jakoś przebić poza granice kraju?
Taff: Mamy nawiązanych kilkanaście kontaktów, ale zdajemy sobie sprawę, że tak zwaną ‘zagranice’ musimy traktować w kategoriach czysto eksperymentalnych, a wręcz humorystycznie. Nie możemy powiedzieć: a teraz zaatakujemy Stany, Japonie... zupełnie nie o to chodzi. Cała nasza akcja za granicą będzie podporządkowana tylko temu, aby zaszczepić taką zajawkę, że jest taki band i jeżeli chcą to my tam przyjedziemy. Płytę mogę wysłać za darmo. Jeśli chodzi o płytę, to puszczasz sobie Emule i ściągasz ją z sieci. Już nawet nasze bootlegi są w internecie. Płyta przestaje być towarem. Nie jest to rzecz tak naprawdę wartościowa. Wartościowe wydają mi się w dniu dzisiejszym koncerty, gdzie wszystko jest odarte z tej produkcji. Nie masz tej otoczki produkcyjnej studia. Tak jak dzisiaj. Będą grały cztery bandy i zobaczysz cztery prawdziwe zespoły, bez żadnych sztuczek, studyjnych, produkcyjnych itd. Będą to żywi ludzie, którzy grają tak jak dzisiaj usłyszysz. To co jest na płytach to nieprawda. Jeżeli ‘zagranica’ nam się uda, to właśnie w takim układzie.
Hasłem trasy, którą właśnie gracie, jest „No Rap and Corporate Metal”. Może zapytam tak banalnie... co to właściwie znaczy?
Taff: Pierwotnie liderem tejże trasy była grupa Corruption. Wspaniały zespół. Prawdopodobnie znasz (pewnie, że nam – przyp. td). Kłopoty personalne spowodowały, że nie mogli niestety pojechać. To są starsi ludzie, którzy nienawidzą tego całego produkcyjnego metalu, tego Linkin Park, który jest takim czołowym boys-bandem – on uosabia tą produkcję. Z kolei Corruption uosabia czyste, żywe granie. Tam rządzi riff – nic więcej. Bardzo żałujemy, że ich nie ma tutaj, bo to jest szczerze mówiąc idealne przedstawienie tego czym powinien być rock&roll. To hasło „No Rap and Corporate Metal” pozostawiamy więc w cudzysłowie.
Ostatnie pytanko. Od premiery „Under” mija pół roku. Jak długo zamierzacie ciągnąć ten materiał. Czy może już czas na coś nowego?
Taff: To już jest koniec, bo już szczerze mówiąc rzygamy tym. On jest od pół roku słyszalny, ale my tym materiałem żyjemy trzeci rok. Mamy już około 50 minut nowego materiału. Przed nami ostatnie koncerty z cyklu „Under”. Kończymy z tym definitywnie. Zajmujemy się nowym materiałem. Za kilka tygodni wyjdzie maxi-singiel „Hava Nagila”, gdzie będą dwie wersje tego utworu – polska i angielska. Tam również znajdziemy 6, czy 7 remiksów wykonanych przez naszych przyjaciół. Na tej „Havie...” zakończymy. Bierzemy się za nową rzecz. Myślę, że na listopad, grudzień pojawi się to w sklepach.

