Indukti
"Indukcja pięciu umysłów, muzyczny konglomerat mający na celu pobudzanie wyobraźni, wywoływanie wyjątkowych doznań i niepowtarzalnych emocji" - tak piszą o sobie muzycy Indukti. Postanowiłem przedstawić tą niesamowitą grupę, spróbować przybliżyć chociaż trochę jej historię i twórczość, być może nakłonić do sięgnięcia po tę niezwykłą, ciężką, progresywną muzykę.
Obecny skład grupy ustabilizował się w okolicach stycznia 2003 roku. Wcześniejsza historia to ciągłe zmiany, przede wszystkim, personalne. Źródeł całej historii należy szukać na początku lat 90-tych, kiedy dwóch znajomych z warszawskiego technikum mechanicznego odkryło wspólną pasję muzykowania. Mowa o Michale Mioduszewskim (Miodu) oraz Arturze Nadobniku (Pajda). Paweł Oleksiak, kolega ze starszej klasy, postanowił dołączyć do dwóch ambitnych młodzieńców. W tym samym czasie rozpadła się thrashowa formacja SCUM. Gitarzysta, Piotr Kocimski (Kociam), poszukiwał nowej grupy - łatwo odgadnąć do kogo trafił. Tak powstał kwartet Mikamwes. Dziwny był to twór - wszystkie songi nazywały się Progrock i tylko numery się zmieniały: 1, 2, 3...Na jednej z prób, pojawiła się skrzypaczka Ewa Jabłońska (miała wtedy szesnaście lat!). Jej niekonwencjonalna gra bardzo przypadła do gustu chłopakom. Długa historia i wiele zmian czekało jeszcze tą grupę ludzi. Formą przejściową do Indukti było Vein. Przesycone duchem King Crimson progresywne kompozycje zostały ocenione po latach przez samych twórców jako "niedojrzałe". Czuć w nich jednak wielki potencjał. Słychać, że byli na właściwej drodze do osiągnięcia czegoś niezwykłego - dzisiaj już wiem, czym jest to "coś"!
Z pierwotnego składu przetrwali do dnia dzisiejszego Ewa Jabłońska (skrzypce) i Piotr Kocimski (gitara). U ich boku stanęli Maciej Jaśkiewicz (gitara), Maciej Adamczyk (bas) oraz Wawrzyniec Dramowicz (perkusja).
20 września 2004 roku ukazało się debiutanckie wydawnictwo pt. S.U.S.A.R. Wszystkie teksty na płycie były po angielsku, dlatego zespół zdecydował się na anglojęzyczny skrót. Suspected Unexpected Serious Adverse Reactions to termin farmakologiczny związany z raportowaniem poważnych i nieoczekiwanych reakcji na działanie leku. Już w warstwie wokalnej słyszymy wyjątkowość tego wydawnictwa. Pomijając fakt, że w ogóle jest wokal (Indukti to grupa instrumentalistów) zastanawiające jest, komu udało się wkomponować śpiew w tak nietypową muzykę. Dokonał tego Mariusz Duda (lider Riverside). Teksty zostały napisane przez Martę Muraszewską - życiową partnerkę Mariusza.
Użyto zaskakującego instrumentarium. Obok standardowego zestawu (2 gitary + bas + perkusja) i wspomnianych skrzypiec na płycie znalazły się dźwięki: elektrycznej harfy (zagrała na niej znana polska harfistka Anna Faber), saz (instrument turecki; rodzaj lutni) i didjeridoo (tradycyjny instrument australijski; wydrążona przez termity gałąź lub pień Eukaliptusa).
Muzycy twierdzą, że płyta powstała metodą "na setkę", czyli cały zespół grał jednocześnie. Wreszcie o wyjątkowości płyty świadczy sama muzyka. Takiego projektu w Polsce jeszcze nie było! Na krążku dominują niezwykle udziwnione melodie i bardzo świeże brzmienie. Nowatorskie pomysły pozwoliły na zgromadzenie w tej muzyce wielkiej energii, która promieniuje szaleńczymi emocjami. Z całego serca polecam tą płytę. Żaden fan ambitnego, progresywnego, ciężkiego grania na pewno się nie zawiedzie!
Z zespołem spotkałem się przy okazji gościnnego występu u boku grupy Guess Why w gdyńskim klubie uCho. Ta wspaniała muzyka zaprezentowana na scenie przybrała jeszcze mocniejszą postać - żywioł, ekspresja, emocje nabrały ekstremalnej siły. Dobre nagłośnienie pomagało w odbiorze karkołomnych melodii. Hipnotyzowała pełnia brzmienia. Brak wokalu... niezauważalny - sama muzyka malowała barwne krajobrazy, przedstawiała historie dźwiękami. Szkoda tylko, że towarzystwo na scenie tak przeciętne. Raperski wokalista występującej kilka chwil wcześniej miejscowej grupy S.A.Inc. rozbawił publiczność do bólu krzycząc co drugie zdanie "łods de faaaaaakkk??!!!", a podczas występu gwiazdy wieczoru, zespołu Guess Why, zajął się prowokowaniem bójek - na szczęście nikt nie traktował chłopaka poważnie. Sam gospodarz imprezy (Guess Why), bądźmy szczerzy, po występie Indukti, zaprezentował się jako gwiazda co najmniej przyćmiona. Publiczność okazała się niezwykle krytyczna i w trakcie tego występu zaczęła efektownie wykruszać się dając do zrozumienia organizatorom, że coś było nie tak w kolejności prezentowanych kapel. Zostali oczywiście wierni fani grupy i podziwiając popisowe numery dziwili się ludziom, którzy jakby zbyt dosłownie zrozumieli towarzyszący trasie tytuł "The Plan of Escape". Dziwne więc były okoliczności, w jakich udało mi się zamienić parę słów z gitarzystą Piotrem Kocimskim i managerem Wojtkiem Kozłowskim. Poniżej efekt naszej rozmowy.
Indukti to bardzo ciekawa nazwa. Jak to było z tą wycieczką azjatów i maglem?
Piotrek: Nawet nie wiedziałem, że ta wersja jest tak znana, (śmiech), bo teorii powstania tej nazwy jest kilka. Faktycznie ta jest najbardziej prawdopodobna. Nasz były basista, Artur Nadobnik, zajmował się kiedyś dorywczą pracą fizyczną w jednej z bram warszawskich - opalał farbę z zabytkowej bramy. Przyszła wycieczka Chińczyków, czy Wietnamczyków. Spojrzeli na napis "magiel prasujący". Spytali się na migi, co znaczy ten napis? Wytłumaczył więc na migi, że magiel, a oni stwierdzili już bardziej werbalnie między sobą, że to jest indukti.
Przyznasz, że Wasza muzyka jest trudna w promocji. Jak radzi sobie Wasz krążek na rynku muzycznym?
Piotrek: Radzi sobie na tyle dobrze, ze pierwotny nakład został sprzedany i była konieczność dotłoczenia tej płyty. Przeszło to nasze oczekiwania. Nie przypuszczaliśmy, że będzie to tak dobrze wyglądało. W tej chwili prowadzimy rozmowy z pewnym wydawcą na temat ewentualnej sprzedaży płyty w Stanach i na świecie. Firma zajęłaby się dystrybucją ogólnoświatową, tak że właściwie nie można jeszcze powiedzieć, że kwestia sprzedaży tej płyty jest zamknięta.
Cozy: No ja bym powiedział nawet, że ona właśnie się otwiera. Dochodzą do nas liczne sygnały ze świata z bardzo miłymi reakcjami na tą płytę i zainteresowaniem. Możliwe więc, że ta płyta będzie miała swój drugi debiut poza Polską i wtedy dopiero się okaże jaka jest siła promocyjna tej muzyki.
Na płycie znajdujemy tajemnicze nazwy, liczby 11812, 11811...
Piotrek: Myślę, że jeżeli ktoś widział film Langa pod tytułem Metropolis, którego fragmenty również można zobaczyć na jednym z teledysków zespołu Queen, to myślę, że będzie wiedział o co chodzi.
Cozy: No przynajmniej jest tam odpowiedź na temat Fredera i liczby 11811.
Wasza płyta sprawia wrażenie niezwykle dopracowanej w szczegółach. Aż trudno uwierzyć, że była nagrywana na setkę. Jak naprawdę wyglądała praca w studiu?
Piotrek: Właściwie w większości płyta została zrealizowana na setkę. Nagraliśmy tak dwie gitary, bas i perkusję. Studio, w którym nagrywaliśmy było piętrową willą. Na górze grali basista z perkusistą. Na dole było dwóch gitarzystów. Widzieliśmy się w monitorach telewizyjnych. Dźwięk mieliśmy w słuchawkach. Dzięki temu mogliśmy zagrać razem to wszystko. Natomiast dogrywane do tego były skrzypce, harfa, śpiew, saz i didjeridoo.
A propos śpiewu. Jak doszło do współpracy z Mariuszem Dudą?
Piotrek: Spotkaliśmy się z Mariuszem gdzieś na dwa lata przed rozpoczęciem pracy nad płytą. Zdaje się, że poznaliśmy się w klubie "Przestrzeń Grafenberga" na koncercie Riverside. No cóż, Mariusz tak zaśpiewał, że nam kapcie spadły. W związku z tym stwierdziliśmy, że dobrze by było pozyskać taką osobę do pracy nad naszą płytą. On właściwie już o nas słyszał. Przyszedł na koncert do Nemo. Spodobało mu się. No i tak od słowa do słowa. Jeden browar, drugi browar... i się stało! (śmiech).
Czy prawdziwe są plotki o konflikcie z Mariuszem na tle finansowym?
Piotrek: Bardzo dziwne plotki, pierwszy raz słyszę. Myślę, że Mariusz nie ma do nas żadnych pretensji z finansami, ale jak tylko wrócimy do Warszawy, to do niego zadzwonię. Spytam się jeszcze. Prawdę mówiąc finanse z wydania takiej płyty są na tyle skromne, że nie ma sensu wszczynać jakiegokolwiek konfliktu, bo praktycznie nie ma o co.
Cozy: Docierają do nas sygnały, że próbuje się podsycać jakąś dziwną rywalizację miedzy naszym zespołem, a Riverside. Osobiście uważam, ze to jest kompletnie pomylone z dwóch powodów. Po pierwsze - dlatego, że lubimy się z nimi, a po drugie oni grają zupełnie inną muzykę. Oni grają muzykę bardziej dla grzecznych chłopców, a my gramy muzykę dla szaleńców.
Piotrek: Nie no, to że oni grają muzykę dla grzecznych chłopców, to też jest przesada, ale grają coś zupełnie innego. Grają naprawdę fajną muzykę - przestrzenną, kolorową, wzruszającą i klimatyczną. Bardzo się z nimi lubimy. Kiedyś pewne nieporozumienie wyniknęło na tle trasy koncertowej, na którą mieliśmy z nimi jechać, ale okazało się, że nie możemy. Względy zawodowe sparaliżowały możliwość uczestnictwa z naszej strony. To było jedyne nieporozumienie z Riverside, w tej chwili raczej jest wszystko w porządku.
A liczne zmiany personalne w Waszej historii. Czy obecny skład jest już tym właściwym?
Piotrek: Myślę, że tak. Dowodem jest to, że jednak się trzymamy. Istnieje dużą nić porozumienia miedzy sobą. Ludzie, którzy biorą udział w tym przedsięwzięciu, są naprawdę bardzo różni. Są to osoby, które różnią się od siebie diametralnie, mają nawet różne upodobania muzyczne. Znalazły natomiast taką płaszczyznę porozumienia, którą jest właśnie Indukti. Jest to raczej nasza działalność amatorska, ale to naprawdę fajne, kiedy ma się ludzi w zespole, z którymi dobrze się pracuje. Każdy z nas ma kompletnie inne podejście do rzeczy, którą robimy wspólnie i w dodatku nie jest to źródłem nieporozumień, lecz twórczego działania. Chociaż też się trochę kłócimy, ale te kłótnie są bardziej kreatywne niż kiedyś. Myślę, że na dzień dzisiejszy, chcemy to robić w takim kształcie, w jakim to robimy. Pewnie by nam się przydał jakiś specjalista od wokalu w niektórych momentach, ale jest jak jest.
Co robicie poza induktowaniem?
Piotrek: Ewa jest grafikiem komputerowym w jednym z dzienników warszawskich. Maciej Jaśkiewicz jest inżynierem studia w jednej z dużych stacji telewizyjnych. Maciek Adamczyk, nasz basista, powiedzmy, ze pracuje w sektorze telekomunikacyjnym, zajmuje się pracą z klientami. Wawrzyniec jest nauczycielem języka angielskiego. Natomiast ja jestem psychologiem i zajmuje się zarządzaniem zasobami ludzkimi w jednej z dużych firm telekomunikacyjnych. Cozy, nasz manager, jest informatykiem. Jedyny zdrowy psychicznie w naszym towarzystwie to Michał Stryga - nasz producent, nagłośnieniowiec, wieloletni przyjaciel zespołu i Prezes "Indukcji" - zawodowo informatyk.
Jakie macie plany na przyszłość bliższą i dalszą?
Piotrek: Plany na przyszłość są dosyć proste. Grać koncerty gdzie się da i jak się da. Na przykład tak, jak dzisiaj z zespołem Guess Why. To jest plan na bliższą przyszłość. Dalsze plany to pogranie paru ciekawych, dużych koncertów w najbliższym roku i nagranie płyty.
Cozy: No i wydanie naszej pierwszej płyty poza granicami kraju. Być może za tym pójdą jakieś inne propozycje i możliwości.
Piotrze, wspomniałeś po raz kolejny o drugiej płycie. Macie już materiały, pomysły?
Piotrek: Mamy na razie, gdzieś ze trzy numery na nową płytę. U nas duża część materiału tworzy się w bardzo krótkim okresie, ale czekamy na taką iskrę dosyć długo. Takich iskier parę się już zdarzyło, mamy nadzieje, że jeszcze kilka się zdarzy. Nie wygląda to tak, że ktoś siedzi w domu i tworzy muzykę. Raczej iskrzy się gdzieś na próbach. Dlatego rozdzielamy czas między koncertowanie, a robienie nowych rzeczy. Bo gdy się dużo koncertuje, to trzeba wyszlifować stary materiał, a gdy się robi nowe rzeczy, to trzeba spędzać dużo czasu ze sobą, żeby coś zaiskrzyło. Tak wiec w naszej twórczości jak w miłości - im więcej spotkań ze sobą, wspólnych randek, tym więcej iskierek, plonów i płodów, że tak się wyrażę (śmiech).
Dziękuję bardzo za rozmowę!
Piotrek i Cozy: Dziękujemy bardzo!
Tadeusz Bisewski

