Ulver: Mała mieszanka melancholii

Nie jest istotne, jak powstali, co ich skłoniło do grania, dlaczego grają tak, a nie inaczej. Nie jest istotne, jakie mieli dzieciństwo i kim są prywatnie. Ważne jest to, co wychodzi z ich umysłu, spod ich muzycznego pędzla. To i nic więcej.

Cisza. Wszędzie cisza. Jakby istnieli w ukryciu, a nikt by się nie fatygował, aby to ukrycie zdemaskować. Media nasze rodzime na ich temat milczą. Fanów maja wiernych, o wyrobionym guście, wyczekujących każdego dzieła wychodzącego spod ręki mistrzów. Dla tych nielicznych wyłaniają się z mroku norweskiego lasu, gdzieś na styku cywilizacji i natury. Błądzą między człowiekiem a wilkołactwem, światłem i mrokiem, wszechobecną ciszą, a ukrytym krzykiem. Są wszędzie, nie ma ich nigdzie. W fabrykach miast, w kurzu bezdroży, w duszy ludzkiej, w piekle, w niebie. Ulver pokazuje nam ciszę, przełamując stereotypy języka. Daje do zrozumienia ze cisza uczy nas...

Garm (Kristoffer Garm Rygg) - wokalista i trzon grupy, w swej twórczości jest zaskakujący, nieprzewidywalny, łamiący wszelkie bariery i konwenanse. Każde jego dzieło jest inne od poprzedniego, każde wprowadza coraz to większe zdziwienie i podziw. Jego muzyka krąży między skrajnymi kierunkami i prądami, u jednych wzbudzając szacunek u innych zdegustowanie. Dla większości trudna w odbiorze, ale poszukujących nie powinno to odstraszyć.

Wszystko zaczęło się dokładnie 10 lat temu. Na początku były ciemność i chaos. Agresja i spokój. Demo, epka i z mroku nocy wyłoniła się ich pierwsza płyta „Bergratt”. Płyta black metalowa, ale z ciekawymi rozwiązaniami, nieczęsto spotykanymi w obrębie tej sceny. W większości młócąca i szybka, zaskakuje momentami wyciszenia. Pomiędzy pędzące dźwięki wpleciony został spokój skandynawskiego lasu, cisza skrzącego się śniegu, puste przestrzenie, lęk. Ulver idealnie połączył swój rodzimy folk z również rodzimą odmianą metalu. Zrobili to z takim pietyzmem, że stworzyli coś zupełnie nowego i świeżego. A to był dopiero początek...

Druga płyta i od razu zaskoczenie. Ci, którzy spodziewali się kontynuacji „Bergratta” dostali do ręki rzecz całkiem odmienną, a zarazem piękną. W „Kveldsjange”r zamiast urywanego krzyku mamy wspaniałe epickie chóralne śpiewy. Metalowe wariacje zastąpiła akustyczna gitara. Niekontrolowany nocny chaos ustąpił miejsca wiatrom północy szalejącym wśród pustych fiordów.

O „Nattens Madrigal” powiem tyle, że była powrotem do przeszłości. Z tym, że jeszcze bardziej surowa, dzika i głośna. Czysty norweski black metal, już bez złagodzeń znanych z „Bergratt”.

Minęło 5 lat, cztery płyty . Ludzie zaczęli przyzwyczajać się do faktu, że mają do czynienia z „dziećmi norweskiego lasu”. Aż do roku 1998. Szok. Ulver zaskoczył malując muzyczną otoczkę dla „Zaślubin nieba i piekła” - Williama Blake’a. Na dwóch płytach odnajdujemy niezwykłą mieszankę. Znajdziemy tu ambient, industrial, mieszanki rocka, metalu, i pewnie jeszcze kilku innych bliżej niezidentyfikowanych gatunków. Garm w towarzystwie wspaniałych muzyków stworzył dzieło ponadczasowe, nadprzyrodzone, nierzeczywiste. Monumentalne, szalone i przesycone barwami muzyki.

Im bliżej dziś, tym coraz bardziej zagłębiali się w muzyczne otchłanie, dalekie od ich pierwotnego stylu. Każda kolejna płyta była jeszcze bardziej przepełniona elektroniką. Lecz nie były przez to mniej ciekawe, wręcz przeciwnie.

Nagrana w 2000 roku „Perdition City”, idealnie oddaje nastrój takiego „potępionego miasta”. Elektroniczno-jazzujaco-ambientowa muzyka snuje się smętnie po wylękłych, ciemnych ulicach i opustoszałych zakładach przemysłowych. Ulicach czasem z Chandlera, czasem z Dicka, a czasem z Lyncha. Bezmiar dźwięków sporadycznie wspomaga Trikster G (Garm) swym niezwykle melancholijnym, smutnym głosem.

Czas mijał, Ulver zawzięcie tworzył, wypuszczając w świat kolejne arcydzieła. Dwie „ciche”, minimalistyczne epki, ścieżka dźwiękowa do filmu Steve Eriksson’a „Lyckantropen” i trzy wydawnictwa w ostatnim roku. Jako pierwsza z mroku wyszła chyba ich najtrudniejsza płyta. Swoiste podsumowanie działalności zawarte w dziele „1993-2003-1st Decade in the machines” jest ciężkie w odbiorze nawet dla zagorzałych fanów. „Brudne”, niespójne, industrialno - maszynowe ale i ciekawe.

Garmowi przypadło chyba do gustu tworzenie muzycznych obrazów dla obrazów filmowych. Namalowana bogatą paletą dźwięków ścieżka do filmu Svidd Neger, jest już dojrzałą wędrówką przez oceany wyobraźni. Monumentalna, wręcz orkiestrowa, ciepła, hipnotyczna i niezwykle głęboka. Odgradza się niewiele ponad 30 minutową, szczelną barierą od szarej rzeczywistości, przenosząc nas w niezwykły świat tworzony w umyśle Garma.

A jaki to jest świat? Świat spełnionych marzeń, zaskakujących wizji, uporządkowanego chaosu, cywilizacji, natury, krzyku i ciszy. I życzę wszystkim takich podróży.

Jadwiga 'harpe' Wawrykiewicz



[ Wróć ]