Marilyn Manson: The End...

Histeria wokół grupy Marilyn Manson rozpętała się w 1996 roku, kiedy Trent Reznor wziął pod swoje skrzydła mało jeszcze wówczas znany zespół z Florydy, co zaowocowało wydaniem głośnej płyty Antichrist Superstar. Wraz ze spektakularnym sukcesem „Antychrysta”, frontman zespołu Brian Warner, początkujący dziennikarz muzyczny, obdarzony cennym zmysłem obserwacji, przeobraził się w samonapędzającą się legendę. Jaką legendę? Koncepcja ulegała zmianie z albumu na album i nigdy nie wydawała się być chybiona... do czasu!

Sam Warner,  każący już tytułować się Mansonem, przyznał w końcu, że Antichrist Superstar było zaplanowane ściśle według gustu producenta (chaotyczne, agresywne brzmienie i histeryczne teksty o upadku cywilizacji). Wydana dwa lata później płyta Mechanical Animals diametralnie różniła się od poprzedniej, z industrial metalu przechodząc w melodyjnego glam rocka. Zmienił się także wizerunek wokalisty, który dotychczas zwracał na siebie uwagę fanów i anty-fanów jako broczący krwią, owinięty podartymi pończochami pacjent domu bez klamek. Manson stał się teraz update’owaną wersją Ziggy’ego Stardusta, i bez żenady korzystał z motywów zaczerpniętych od Davida Bowie’ego (np. krzyż z telewizorów). Bilans na koncie pozostał jednak zadowalający – nastoletni buntownicy opuścili zastępy fanów MM, na ich miejscu pojawili się geje, aspirujący artyści i zwykli zjadacze chleba.

Po katastrofie w Columbine High School, gdzie dwóch nastoletnich fanów Mansona urządziło strzelaninę w szkole, o co winą oczywiście obarczono artystę, zespół znów pogrążył się w mrocznych klimatach, jednak nieco bardziej dojrzałych niż „Antychryst”. W efekcie powstał refleksyjny, acz dość nachalny w swojej biblijno-apokaliptycznej treści album Holy Wood.

W roku 2003 Manson znów zaskakuje kompletną zmianą nastroju wraz z Golden Age of Grotesque, która początkuje erę współpracy ze szwedzkim muzykiem, Timem Skoldem. Z zespołu odchodzi legendarny basista Twiggy Ramizrez, a Skold jako współproducent krążka nadaje mu bardziej elektroniczny, zrytmizowany charakter. Mimo, że sam Warner sięga w tym okresie szczytów ekstrawagancji, pozując na dadaistę, płyta jest wyjątkowo bezpretensjonalna i przyjemna dla ucha, co oczywiście znów jednym się podoba, a innym – wręcz przeciwnie. W 2007 Marilyn Manson wydają prawie klasycznie rockowy album Eat Me , Drink Me, który wyróżnia się długimi solówkami gitarowymi Tima Skolda.

Łatwo wywnioskować, że każda z dotychczasowych płyt Mansona miała swój skrupulatnie wykalkulowany „target audience” i trzeba przyznać, że polityka ta doskonale się sprawdzała, a albumy w znakomitej większości były świetnie dopracowanymi produktami, po które zwyczajnie miło było sięgnąć. Konsument mógł mieć pewność, że płaci za dawkę porządnej muzyki, zgrabnie napisanych tekstów i może nie wyjątkowo kunsztowną, lecz ciekawą i charyzmatyczną interpretację wokalną.

Trudno jednak dociec, do kogo miałaby przemówić ostatnia płyta Marilyn Manson pod dość niefortunnym tytułem The High End of Low. Krążek zawiera 15 kawałków w niezidentyfikowanym, jękliwym stylu, które z trudem można od siebie odróżnić. Także pod względem lirycznym całość można streścić w jednym zdaniu: „Jestem Marilyn Manson i jestem zły dla kobiet”.

Wśród całego tego bełkotu przebijają się dwa klasycznie „imprezowe” kawałki - Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon i We’re From America, które nadają się jednak tylko do puszczania w większym i odpowiednio wesołym gronie, broń Boże do samodzielnego analizowania twórczości muzyka, który skończył bądź co bądź 40 lat i uchodzi za wyjątkowo inteligentnego człowieka. Odróżnić od reszty da się także balladę Four Rusted Horses z klimatyczną gitarą akustyczną, i zupełnie już niezłe Leave A Scar, w którym przejrzysta, lekka melodia kontrastuje z – fakt, że pretensjonalnym – ale bynajmniej nie sielankowym tekstem o relacjach damsko-męskich.

Jednak cztery znośne kawałki to raczej żenujący efekt, jak na wydawnictwo takiej marki jak Marilyn Manson. Pomijając fakt, że The High End of Low jest owocem reunionu z Twiggy’m Ramirezem, po którym wielu starych fanów zespołu spodziewało się nie wiadomo czego.

Podobno Trent Reznor zauważył zgryźliwie w jednym z wywiadów, że dotychczasowemu pracoholikowi Mansonowi nie wyszło na dobre rzucenie się na stare lata w wir „seksu, narkotyków i rock and rolla”. Trudno nie przyznać mu racji. Podczas, gdy inni artyści, dobiegając czterdziestki idą na odwyk i zakładają rodziny, Marilyn Manson ugania się za dwudziestolatkami, przychodzi na koncerty ledwo trzymając się na nogach i zapomina o wymaganiach, jakie ma wobec niego publiczność.

Aleksandra Molak



[ Wróć ]